Wilczy Bilet – rozdział jedenasty

<- Poprzedni rozdział                                                                                                  Następny rozdział ->

11


    Tydzień później, przy okazji wspólnego (i bez zakatarzonej Lili, hura!) powrotu mroźnym wieczorem Ida poruszyła temat Aśki Korczak, dziewczyny zaginionego Daniela.
    – Nadia mi powiedziała, że Aśka zmieniła szkołę – powiedziała. – Dosłownie kilka dni po zniknięciu chłopaka.
    – Nie dziwię jej się – odmruknął Akira. – Nawet próbowałem się z nią skontaktować. Zero odpowiedzi.
    Ach, Akira. Przyjaciel każdego. Nawet tych, którzy sami o tym nie wiedzą albo buntują się przeciwko tej cudownej świadomości.
    – Myślisz, że i ją porwano? – rzuciła nagle Ida.
    Oby nie. I nie myślała tak w porywie empatii, lecz dlatego, że to pogrzebałoby jej teorię w kwestii powtarzalności porwań, oddalając od rozwiązania zagadki i pozostawiając Akirę w potencjalnym niebezpieczeństwie.
    Chłopak skapcaniał.
    – Oby nie – odczytał myśli Idy, nieświadomie je powielając w wersji werbalnej.
    Plaster na jego rumianym od mrozu policzku mówił więcej niż tysiąc słów. Ida nawet nie musiała pytać, co pod nim skrywa.
    – Jak tam ojciec? – zapytała mniej bezpośrednio.
    – Nijak. Jakoś żyjemy.
    Przez ostatnich parę miesięcy zdążyła się zahartować po iluś konfrontacjach z enigmatycznymi odpowiedziami Akiry, kiedy padał temat starego. Albo pełnymi miłosnych uniesień, gdy rozmowa schodziła na Lilkę.
    – Chodzisz do szkoły, więc pewnie jest git – pociągnęła dalej temat retorycznym stwierdzeniem.
    Akira wbił wzrok w przestrzeń między drzewami. Zmęczony, nieco nieprzytomny.
    – Idę na szluga – mruknął bardziej do siebie, niż Idy.
    Obserwowała go, gdy się oddalał. Jego chwiejny krok bynajmniej nie świadczył o końskim zdrowiu.


*

    Mijały tygodnie, zbliżając uczniów do wyczekiwanych ferii świątecznych. Pierwszy etap grudniowego hedonizmu stanowiły Mikołajki, w Zespole Szkół w Miasteczku połączone z Wigilią klasową. 
    Wychowawczyni zarządziła przygotowanie "stołu", po czym wyszła na chwilę. Wraz z nią z sali zniknęła cała cisza, klasa rozbiła się na grupki i rozbrzmiała gwarem. Na wigilijnym stole ze złączonych i przykrytych ławek piętrzyły się przekąski – od chipsów, poprzez ciasta, aż po mandarynki, które prędzej czy później każdego roku wychodziły wszystkim bokiem. Ściany sali od biologii zdobiły oprószone sztucznym śniegiem girlandy, a parapet przy nauczycielskim biurku zajmowała choinka.
    – Co kupiłaś na Mikołajki? – rzucił wesoło Akira, materializując się przed Idą po kilku small talkach z kolegami z klasy.
    – Nic. Wylosowałam Wanesę – przypomniała Ida.
    – A. No tak. – Mina mocno mu zrzedła. – Ja odwrotnie; nie wylosowałem ciebie, ale uważam, że jesteś fajna. Trzymaj! – Wręczył jej podłużne zawiniątko.
    Ida była pewna, że zaraz odleci napędzana gorącem z twarzy. Rozpakowała prezent, starając się stonować okazywane emocje. W bordowym papierze spoczywało równie bordowe wieczne pióro. Powściągnęła chęć pocałowania chłopaka w policzek, mimo że przedświąteczny nastrój i radość z prezentu skłaniały ją ku temu aż nadto. Zresztą Lili patrzyła. Ułamek sekundy po dokonaniu przez Idę tejże obserwacji, Akira ją uściskał ze świątecznymi życzeniami.

    Lili patrzyła, tuląc do piersi lśniące nowością pędzle szczeciniaki, jak dziecko zabawkę, której wszyscy mu zazdroszczą, a ono nie zamierza się nią dzielić. Ida miała to gdzieś, a twarz bolała ją od uśmiechu. Przestała poddawać ją próbie, kiedy do klasy wparowała Wanesa. Ida widziała ją dziś po raz pierwszy, mimo że była to ostatnia lekcja. Dziewczyna wręczyła komuś prezent, pełnym lukru głosem życząc mu wesołych Świąt. Potem stanęła na środku klasy i sięgnęła po ciasteczko. 
    W międzyczasie Ida dostała kolejny upominek od kogoś z klasy. Była to płyta nieznanego jej (jeszcze) zespołu metalowego, którego nazwa, stworzona z poszarpanych, ciężkich zawijasów była nie do rozczytania. Na pierwszy rzut oka okładka sugerowała grupę folk metalową. Ida – po przytulasie od Akiry – pokusiła się o uściskanie koleżanki, która ją wylosowała. Była dziś w stanie użyczyć swojego szczęścia jeszcze komuś. To był dobry dzień. Uczniowie rozdawali sobie prezenty i wesoło gawędzili. Wszak nie co dzień wychodzi się po czwartej lekcji.
    – Ktoś tu jebie biedą – usłyszała nagle warknięcie Wanesy. – Tak trudno kupić pierdołę na Mikołajki? – jej głos balansował na granicy frustracji i agresji.
    Zaległa cisza i uwaga całej klasy spoczęła na cheerleaderce. Powietrze zgęstniało, a świąteczny klimat uleciał, co nie spodobało się Idzie. Mimo to, zrobiło jej się jeszcze weselej, patrząc na ból tyłka Wanesy.
    – Jesteśmy chyba klasą, nie? – ciągnęła tamta. – Kto mnie wylosował?
    Cisza. Ida nie chciała psuć zabawy sobie, klasie, ani przede wszystkim – w przewrotnym znaczeniu – Wanesie.
    – Lilianko, przekaż prezent koleżance – popsuła wszystko biolożka, która zdążyła już wrócić z dziennikiem.
    Jednak nie chodziło jej o Idę – mówiąc to, patrzyła na jedną z dziewczyn na drugim końcu sali. Palec prawdziwej Lili nieelegancko wystrzelił w stronę Idy.
    – Mówi pani o niej, o Werk! – wrzasnęła. – Ja jestem Liliana!
    Ku satysfakcji Idy, wpisano jej uwagę za podniesienie głosu na nauczyciela. Choć pewnie i tak belferka pomyliła ją z jeszcze inną uczennicą. Ida liczyła, że tym razem nie z nią. 
    Klasa po wymianie prezentów i życzeń wzięła się za jedzenie, a Ida ruszyła w stronę Akiry i Lili.
    Tymczasem Wanesa wyrosła przed nią z paskudnym grymasem.
    – Śmiałaś mnie wylosować i nie oddać od razu komuś innemu? – wycedziła. – Kpisz sobie?
    Kogo by na nią nie napuściła tym razem, Ida nie miała zamiaru stać i nic nie robić.
    – A kto by cię przyjął? – odparła zgodnie z prawdą.
    Wanesa zaśmiała się nieszczerze, ale nic do tego nie dodała. Postukując obcasami, udała się ku wolnemu krzesłu w pobliżu drzwi.
    Wszyscy zabrali się za jedzenie i pogawędki, jak na filmie po wpadce montażowej.
    – Zjadłabym coś – wymamrotała nagle Lili.
    Akira zmarszczył brwi.
    – Przecież jadłaś – zauważył.
    – Za mało.
    Po prostu stąd chodźmy – westchnęła Ida.
    Wzięła od kumpla swój plecak i całą trójką wyszli na zewnątrz.


*


    Nadszedł zmrok, a tym razem mróz zamiast bezlitośnie piec w policzki, nadawał im kojarzący się wesoło i oczywiście świątecznie rumieniec. Przerwa od szkoły potrafiła zdziałać cuda.
    Po odstawieniu Lili pod blok, Ida podzieliła się z Akirą nowymi przemyśleniami w kwestii fali porwań. Nowa teoria Idy zakładała kolejne porwanie w Wigilię.
    – W Wigilię? – zdziwił się Akira. – Przecież jest w poniedziałek.
    – Dokładnie – Ida uśmiechnęła się krzywo. – Brakuje nam trzech dni.
    Akira uśmiechnął się równie niezręcznie. Było to na tyle urocze, że zrodziło w Idzie ślad optymizmu:
    – Wierzę w nieomylność mojej likabomby.
    Akira nieudolnie powstrzymał śmieszek.
    – Likabomby?
    To rozzłościło Idę. Stanęła kumplowi na drodze. Teraz dzieliło ich ćwierć metra.
    – Mój tata wymyślił tę nazwę – warknęła. – Robili z mamą wszystko, żeby zapobiec rozwojowi tej choroby i kolejnym tragediom.
    – Nie miałem pojęcia, przepraszam. Myślałem, że to kolejny żart. W sumie, nie opowiadałaś o tym za wiele.
    – Teraz są ważniejsze sprawy – burknęła Ida.
    Na przykład twoje bezpieczeństwo, głupku.
    – Podziwiam twoje zaangażowanie w życie szkoły, zwłaszcza zaginionych. Tylko proszę, uważaj na siebie.
    Gorąco zalało twarz Idy do tego stopnia, że niemal stanęła w płomieniach. Dobry nastrój utrzymał się do odjazdu Akiry z przystanku, kiedy to Ida zdała sobie sprawę z zostawienia zeszytu ze swoim literackim opus magnum w klasie od chemii.


*


    Już jakiś czas temu Ida postanowiła działać inaczej. Dwa tygodnie wcześniej zdecydowała się na obserwowanie ludzi.

    Podwójne życie Idy. Spanie, pisanie, spanie i stalking. Gdyby miała zostać superbohaterką, przybrałaby pseudonim Człowiek-Lobotomia.

    Sama obserwacja nie zdawała się na wiele – do czasu. Konkretniej, do dnia, w którym rzuciła się jej w oczy kolejna po Wanesie osoba, której grzechem było nie stuknąć w bezmózgownicę szpikulcem do lodu przez oczodoły.
    Zaczęło się jak zwykle – od nadciągających wymiotów długi czas po lekcji, kiedy to Ida udawała, że przepisuje zeszyt Akiry, w rzeczywistości jednak uważnie obserwując pustoszejący korytarz. Kto spowodował torsje? Martwy psowaty. Którego resztki – specjalnie wyselekcjonowane tak, by można było przykleić metkę z odpowiednią za futro ceną – nosiła na ramionach pani Jola z sekretariatu, opuszczająca szkolną dyżurkę, niemal łamiąc w pośpiechu metrowe lakierowane obcasy. Ida serdecznie życzyła jej połamania nóg przy okazji. 
    Jej wrażliwy węch jednak, oprócz smrodu śmierci i poniżenia biednego jenota, wyczuwał u kobiety miażdżący wręcz stres. Ciekawe, pomyślała, aż takie straszne mam spojrzenie? Chociaż w kwestii emocji pani Joli nie musiała wytężać węchu. Po szkolnej sekretarce doskonale widać było nieumiejętne ukrywanie brzydkich tajemnic. Ida uznała, że warto przyjrzeć się bliżej szkolnej sekretarce i jej zamiarom. Serce dziewczyny zabiło szybciej z podekscytowania, gdy sekretarka, oglądając się, zniknęła nagle w kanciapie ochroniarza, w której przechowywane były nagrania z monitoringu.

 Ida, widząc to, szybko wyszła ze szkoły i zanurkowała w ośnieżonych zaroślach, bez sił na kolejne zruganie się w myślach, że nie wzięła czapki i rękawiczek.

    Przez jakiś kwadrans nikt nie wychodził z budynku, nie licząc pani Anieli ze szkolnej biblioteki. Nieco później oczom Idy ukazał się ochroniarz, również idący do domu. Ciekawe. Ponoć szkoła miała być strzeżona całodobowo, po zeszłorocznym włamaniu, o którym wspomniał kiedyś Akira.

    W obecnej sytuacji ze zniknięciami pan ochroniarz powinien się przynajmniej z kimś zamienić. Ida czekała, aż ta osoba nadejdzie. Nie doczekała się. Po godzinie siedzenia w krzakach, pewna, że zaraz pozbiera swoje odmrożone palce z ziemi, zaczęła już walczyć z chęcią powrotu do domu dziecka, gdy nagle jej wzrok przykuła zakapturzona drobna postać, owinięta ciemnym płaszczem w stopniu utrudniającym identyfikację. Wkroczyła na dziedziniec powoli, rozglądając się. Ida zanurzyła się głębiej w zarośla, wierząc, że uda się jej zobaczyć jak najwięcej. Ten mały przebłysk optymizmu okazał się proroczy – mimo, że podejrzana postać wtapiała się ze swoim płaszczem w pociemniałe uliczki, sprawę uratował widok jej jasnej dłoni, wciskającej dzwonek. Po chwili kolejnym, odcinającym się twarzą na tle ciemnych murów tropem okazał się dyrektor, a jeszcze następnym lśniący bielą prostokącik, który otrzymał od niewielkiej postaci. Ida wytężyła słuch, ale nie usłyszała, by zamienili choć słowo. Niemniej załapała, o co chodzi.

    Dyrcio przyjął kopertę. W podobnych okolicznościach załatwiało się zazwyczaj mało przyjemne sprawy. Zatajanie zaginięć za kasę zazwyczaj do takich nie należało. Ida zatrzymała mruganie, chłonąc wzrokiem każdą klatkę na sekundę. Patrzyła, jak dyrektor zniknął z powrotem za drzwiami, a owinięta wełną i pozbawiona przez cień twarzy postać powoli zmierza w drogę powrotną. Ida próbowała za nią ruszyć, ale ta szybko zniknęła w zmierzającym w stronę przystanku gęstym tłumie.


*

    Akira zadzwonił, uprzedzając Idę w wysłaniu mu salwy sms-ów z pytaniem dnia: CZY ŻYJESZ.

    Zadzwonił z życzeniami. Bynajmniej nie świątecznymi, a takimi, by on nie skończył jak Karol. Ida kojarzyła Karola. Był w drugiej liceum, od osiemnastki dzielił go miesiąc. Lubił się z Akirą i większością szkoły. Był postury ośmiu Akir liczonych na szerokość. Ida westchnęła ciężko, zmieniając się znowu w kulę nerwów. Wszystko w kwestii porwań się sprawdzało, tak jak zakładała.
    – Nic ci nie będzie – zapewniła, usiłując się opanować – jeśli nie opuścisz dziś domu.
    – Oczywiście, oczywiście – chłopak wyrzucał z siebie słowa z prędkością ledwie umożliwiającą zrozumienie. – Mam jedzenie, mam Kevina w TV. Przetrwam – roześmiał się ciepło, nie bez nerwowej nuty.
    Mimo to Ida wiedziała, że w jego sytuacji zdążyłaby sto razy zmoczyć gacie w trakcie tej rozmowy. Potwierdziła jego obietnicę ponurym mruknięciem, pożegnała się i odłożyła słuchawkę.


*


    Potem nadszedł wieczór i zaczęła się uczta. Ojciec, jak to on, zaliczył zmianę trybu na wesolutki. Podał Lili dłoń z uśmiechem.
– Zapraszamy, zapraszamy – zanucił jowialnie, wskazując na pełny stół, dzieło niemal w całości Akiry.

    Pod choinką (przyspieszoną o parę godzin) stary Janik znalazł olejny portret rodzinny - siebie, Kyouko oraz Akiry.
    – To od ciebie, Lila? – Nie krył podziwu dla warsztatu dziewczyny syna.
    Lili pokiwała głową z dumą. Cała sytuacja nadtopiła serce Akiry.
    – Za ileś lat, na kolejnej wersji będziesz z nami ty – rzekł chłopak wzruszony.
    Wzruszony również faktem, że w ferworze przedświątecznego zapieprzu nie oberwał ani razu. Ba, dziś tatko był nadzwyczaj spokojny. Ach, magia Świąt.
    – Czy mogę jeszcze pieroga? – usłyszał gorliwe zapytanie Lili.
    – Jedz jedz, Akira jak co roku zrobił zapas na trzy miesiące – ojciec pokusił się nawet o żart.
    Lili porwała na talerz blisko dziesięć sztuk pierogów z kapustą i grzybami i zaczęła pochłanianie jeszcze większe niż na klasowej Wigilii.
    – Twoja sympatia ma wilczy apetyt – roześmiał się tatko.
    Akira nie miał ochoty zarówno na świadomość, że stary prędzej czy później wróci do okładania go pasem, jak i na słuchanie o wilkach.

    Po jedzeniu wraz z prezentami udali się do pokoju Akiry i zamiast odpakowywać prezenty, pozbyli się ubrań i dali nura pod koc. Po nieziemsko intensywnej zabawie Akira, zmęczony i zestresowany wszystkim, co ostatnio się działo, zapadł w drzemkę. Obudził go telefon od mamy Lili, która wkrótce po nią przyjechała. Pożegnali się i chłopak wrócił do łóżka, zamknąwszy po drodze okno, z którego zaczynało wiać mrozem. Potem telefon znowu zawibrował. Tym razem był to sms. Od jego matki.


Nie przyjadę na święta.

PS. Sorry, że tak późno.

Mama


    Aż czuł się głupio, czytając to ojcu. Akira dostrzegł jego krzywy, cierpki uśmieszek. Oczywiście świąteczne milczenie Kyouko stanowiło temat tabu. Akirze jakimś cudem udało się bezpiecznie wrócić do pokoju, mimo, że cały ten czas narastająca chęć rozwalenia czegoś lub kogoś – z naciskiem na niego – tryskała ojcu uszami. Po wyjściu Lili z Wigilii wszystko wróciło między nimi do parszywej normy. Kyouko dorzuciła swoją cegiełkę do tego szamba.

    Chłopak leżał na łóżku, przełączając w empetrójce utwór za utworem i wpatrując się w czarny sufit kontrastujący z zielonymi ścianami. Był jak portal do lepszego świata, metalem i świętym spokojem płynącym. Oraz oferującym kupony na nowych rodziców.

    Jedyne, co poprawiało mu humor, to dzisiejsze zabawne odkrycie, że stary nie pamiętał nic a nic z oberwania od Lili pustakiem we wrześniu.




 

Komentarze

  1. Lubicie - jak nasza Lili - pierogi? Który rodzaj to Waszym zdaniem nadpierogi?

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Bardzo straszny sklep – część pierwsza

Metalowe Love: Popieprzony Piątek

Metalowe Love: Gorzej nie będzie. Eliksir samouwielbienia