Metalowe Love: Gorzej nie będzie. Eliksir samouwielbienia

 Content warning: używki, przemoc


Maja Baranowska-Karwacka



Metalowe Love: Gorzej nie będzie 


Eliksir samouwielbienia




           

    Znacie tę historię, kiedy bóg i demon uprawiają hazard? Ja też nie.





*

    Wiosna przyniosła samobójstwo Lili. Przyczyna: w szpitalu psychiatrycznym nie zwykło się zabierać pacjentom zębów, w przeciwieństwie do ostrych przedmiotów.

    Akira przez cały pogrzeb wpatrywał się w czubki własnych butów. Wszystkie łzy za swoją byłą dziewczyną już wylał od czasu wiadomości o jej śmierci. Mimo, że na chwilę przed trafieniem na oddział zamknięty posunęła się do przemocy, co naturalnie oznaczało koniec ich podążającej sinusoidalnie wyboistą drogą relacji.

    Ida współczująco ścisnęła jego dłoń. Nie kryła swych uczuć, ale zbiór alternatywnych uniwersów wykluczał jej odwagę. Oraz poczucie godności w materii rzucania się na nastoletniego świeżo upieczonego wdowca. Mimo, że samoodstrzelenie Lilki nastąpiło miesiące od zerwania. Co z tego, że w ich głowach wspomnienie mnogich światów było jasne co do ich prawdziwości, a wobec możliwości działania jak sny. Ktoś o złych intencjach cię goni – mimo napędzanego adrenaliną sprintu poruszasz się tempem emeryta. Natomiast każdy krzyk, jaki wydajesz w obliczu złego losu, wychodzi z twoich ust w postaci ciszy. Ida mimo wszystko przesunęła palcem po jego nadgarstku.
    – Dzięki, że jesteś – powiedział Akira.

    Po pogrzebie dwójka młodych adeptów wielbienia muzyki metalowej wybrali się do kawiarni na herbatę rozpaczy. Obydwoje ubrani na czarno – żadna niespodzianka, zarówno w odniesieniu do dzisiejszej szczególnej okazji, jak i dnia codziennego.

    Ida obserwowała, jak chłopak machinalnie dźga palcem swój kawałek ciasta z mascarpone. Skopała cię, cisnęło się jej na usta, a potem rozpłynęło w niebycie przy próbie werbalizacji. O czym to ona… A, tak. Coś, co siła wyższa pragnęła zachować jedynie dla niej. Ida nie wierzyła siły wyższe. Poza jedną – jej własną likantropią. O innej natomiast wiedziała: był to Pan Światłość, jeden z najpaskudniejszych trolli internetowych w życiu realnym. Utkany z jasności, ucieleśnienie pokoju ducha, piewca nadziei. Cokolwiek by to nie było, Ida Werk nie życzyła sobie takich paskudztw w życiu. Zwłaszcza, że spotkania z rzeczonym bytem nadnaturalnym nigdy nie kończyły się odebraniem jej przekleństwa wilczego pasożyta.

    Niemniej, na ten moment w poważaniu miała swoją mającą nastąpić prędzej czy później śmierć.
    – O czym myślisz? – usłyszała Akirę.
    Podniosła wzrok na chłopaka. Uśmiechał się nieprzekonująco. Trudno było mu się dziwić.
    – O pieskach – odparła. – Jak zawsze.
    Teraz to Akira popatrzył ze śladem refleksji w oczach w ścianę. Widelcem, z którym jego ręka zastygła w bezruchu, włożył do ust kawałek ciasta.
    – Mój stary to fanatyk lania dzieci. Przez słuchanie o tym wszystkim Lili straciła kontrolę nad sobą. Była taka wrażliwa. Ja pierdolę… – ukrył twarz w dłoniach, a widelec szczęknął o stół.
    Kilka osób obrzuciło ich spojrzeniami. Ida miała to w dupie tak jak resztę świata, chłopakiem należało się zaopiekować jak najszybciej.
    – Aki, chyba żartujesz – syknęła. – Przemoc jest przemocą i prędzej czy później laska by się aktywowała.
    – Teraz mam już tylko ciebie – głos Akiry był pusty.
    Ciężko było to uznać za komplement czy wyraz zadowolenia jej obecnością w jego życiu, ale Ida brała na poprawkę okoliczności. Na dużą poprawkę.
    – To może chodź ze mną do kina? Teraz leci fajny horror. Taki wiesz, od 18 lat. W sam raz na Dzień Wagarowicza jutro.
    Akira, koneser używek niedozwolnych młodszym, uśmiechnął się, choć nadal raczej smutno. Ida uznała to za tak.

*

    Ida wróciła do pokoju w domu w skowronkach.
    – Hej, Konrad – rzuciła.
    Jej przybrany tatko pozdrowił ją gestem znad patelni.
    – Wyrobiłaś się na letnią jajecznicę – pochwalił.
    Ida ściągnęła bluzę i zajęła krzesło. Przystąpiła do jedzenia.
    – Co słychać? – rzucił.
    – Życie – odparła lakonicznie Ida.
    – Byle nie śmierć – przytaknął jej Konrad.
    – Co racja to racja – Ida szybko pochłonęła swoją porcję. – Jebane czasoprzestrzenie, alternatywne rzeczywistości czy inne wymiary. Fatum czy inne gówna.
    – Nie pociesza mnie, że w którejś ciebie rozsadziło, a ja skończyłem ze sobą – zamyślił się
    Ida wyglądała na nieobecną.
    – Mówiłeś coś do mnie? – odezwała się.
    – Jedz jajecznicę, bo zimna to już serio paskudztwo.
    Ida posłuchała babcinej rady, przeklinając ukrytą głęboko w jej podświadomości prawdę. Obecnie nie miała ona statusu nawet snu czy myśli, a prędzej psikusa mózgu. Kurwa.

*

    W głowie Akiry z kolei, prócz powyższych paskudztw skrywanych przez podświadomość, dryfowały myśli o umówionym wyjściu do kina. Rankiem w Dniu Wagarowicza przybrał pozory wyjścia do szkoły. Chłopak przywdział ulubione dżinsy z łańcuchem u boku. Na koszulkę Tonącej Czupakabry narzucił sweter i przeczesał palcami włosy. Lili nie przepadała za rzeczonym swetrem w paski. Na pochybel Lilce, mimo że ponoć o zmarłych można było mówić tylko dobrze. I on nadal mimo wszystko darzył ją uczuciem. Akira wzdrygnął się na tę pokraczną gonitwę myśli, ale na wspomnienie kopniaków Lili jeszcze bardziej. Niemniej, najważniejszy był teraz ociekający krwią film, na którym będzie się świetnie bawił z Idą. Chrzanić nadmiar cierpkich emocji, mimo że te niemal tryskały mu nosem. Zapomnieć. Po prostu zapomnieć.

    Była jedna rzecz, której nie potrafił chcieć wyprzeć, bo gnój, który był współtwórcą takiego zamieszania siedział na dole i zapewne zastanawiał się, czy sen o kopniakach od jego byłej dziewczyny był proroczy. Boże. Chrześcijaństwo Akiry Tomasza Janika kończyło się na zostaniu ochrzczonym piętnaście lat temu i byciu definicją porzekadła o trwodze i Bogu, ale nigdy jak wcześniej nie potrzebował modlitwy. Jeśli kiedykolwiek potrzebował. Chłopak szybko porzucił głupie myśli i udał się na dół.

    Ojciec nie był trudny do znalezienia. Siedział na ulubionej kanapie, programując na laptopie po godzinach. Chłopak butnie poprawił plecak na ramieniu, wziął zamach i rąbnął starego w łeb, a laptop ze skrzętnie tworzonym kodem pofrunął na podłogę i roztrzaskał się. Jego spłodziciel podniósł się, oszołomiony. Popatrzył na syna z niedowierzaniem, ale ten nie dał mu dużo czasu na myślenie. Chłopak kopniakiem posłał go z powrotem na podłogę. Ze ślepą wściekłością, wieloletnią bezsilnością wobec jego parszywych działań, uderzał pięść za pięścią. Zatracił się w szale do tego stopnia, że jego uwadze umknęło, jak stary chwycił go za jego sweter, który chwilę temu budził w nim wielkie refleksje o życiu i śmierci. Chłopak wylądował czołem na krawędzi ławy, a potem pod stołem. Nie pierwszy i nie ostatni raz, biorąc pod uwagę, że lubił wypić, jak to rasowy zbuntowany szczyl. Stary po szarpaninie na dywanie przygniótł go brzuszyskiem, do którego pulchności Akiry było daleko. Chłopak leżąc z nim twarzą w twarz, rąbnął pana ojczulka w twarz, a ząb tegoż potoczył się z lekkim krwawym śladem pod kanapę.
    – To za Lili, a to za Idę! – ryknął chłopak w amoku.
    Wiedziony ambicją uwieńczenia dziełka kopniakiem, pragnął zakomunikować, że rzeczony cios dedykuje byciu dręczonemu przez lata. Ale nie zdołał, huknięty czołem w czoło.

    Tak oto skończyła się kolejna próba walki z fatum.

*

    Ida kręciła się pod kinem, odziana wbrew sobie w spódnicę, zgodnie ze samą sobą zrównoważoną wielkim t-shirtem. Od spacerowania w kółko musiała rozpiąć ulubioną bluzę wielkości namiotu. Ile miała czekać? Akirze zdarzały się na przestrzeni ich znajomości idiotyzmy, ale nie byłby zdolny jej wystawić. Czy jako tę kumpelę od wisielczych żartów, czy… dziewczynę. Od wisielczych żartów. Ida uśmiechnęła się gorzko. Szlag, coś tu śmierdziało. A raczej ktoś. Wiedziona bardziej wiedzą niż przeczuciem kto, udała się w stronę domu kumpla.

*

    Obudził się, niespodzianka, z silnym bólem głowy. Chłopak po paru mrugnięciach był w stanie zobaczyć nieco więcej. Ratunek jednak nadciągał – chłopak dostrzegł personel medyczny i ich odpowiednie utensylia. A obok siedział stary, podpisując papier za papierem. Co do… Krzątająca się obok pielęgniarka przyjrzała mu się z troską.
    – Zaraz porozmawiasz z panem doktorem
    Chłopakowi przemknęły przed oczami urywki z ostatniego czasu. Śmierć Lili, krwawa bójka ze starym. Boże. Boże. A gdzie była Ida? Na pewno zainteresowała się sprawą.
    – Boże! – jęknął chłopak. – Czy tata…
    – Usiądź – rzekła kojąco, choć twardo pielęgniarka; w skrócie, wiedziała co robi.
    Akira uznał za rozsądne usiąść i poczekać. Aż rozwikła zagadkę swego dalszego losu.
    Lekarz przyszedł i rzeczowo miłym głosem poprosił chłopaka do gabinetu. Ten grzecznie udał się z nim.
    Tam już czekał jego rodzony ojciec, z napuchniętą do granic możliwości połową twarzy. Chłopak uśmiechnął się z satysfakcją na myśl, że rzeczywiście doszło do porządnego obicia mordy z jego strony.
    – Bił mnie przez lata – wyrzucił z siebie. – Niszczył mnie i moich przyjaciół. Dostał za swoje.
    – Zaraz porozmawiamy – lekarz obdarzył go niepokojąco jak na tę sytuację ciepłym uśmiechem.
    Jednak malunki na ścianach musiały świadczyć, że był w przyjaznym niepełnoletnim miejscu, prawda? Prawda? Kiedy tatko podniósł się z krzesła, pokazał mu palec i opuścił pomieszczenie, pojął, że zdecydowanie nie.

*

    Nastał wieczór, a na niebie jaśniał księżyc w pełni. Idzie natomiast zbierało się na wymioty, a tabletki, które potocznie nazwała antyrzygami, kończyły się.
    – Jesteś za dobra dla tego chłopaka – skwitował Konrad ich epicką wyprawę pod dom Akiry.     – To ja się przejdę pod garaż. Tak, żeby wiesz, nie widzieć, jak siłujesz się z zamkiem i spinką.
    – Dokładnie. Zwłaszcza, że tego dziadostwa zgodnie z przeznaczeniem nie używałam nigdy.
    Za to doświadczenie we wślizgiwaniu się do domostw innych jako niepożądany gość miała niemałe. Nie samymi bójkami człowiek żyje. Pierwszym, co zobaczyła po otwarciu drzwi były plamy krwi. Znajdowały się na stoliku do kawy, sięgając poprzez dywan aż po podłogę. Ich położenie do pary ze znajomością faktów o życiu kumpla rodziło jasne skojarzenia. Na tę myśl     Idę Werk oślepił snop światła. Ida opanowawszy kontakt z nagłym bodźcem, zamrugała.
    – Czy ktoś powiedział jasne? – wygłosił powitanie byt nadnaturalny; jego paskudne poczucie humoru miało się świetnie.
    – Jak jeszcze raz przeczytasz moje myśli, to dostaniesz wpierdol – warknęła Ida. – Czego chcesz?
    – Pomóc – ze słów bożka wylewała się nieskalana niczym dobroć.
    – Jeśli chcesz pomóc, to wyciągnij Akirę z syfu, a nie wkurzasz ludzi, którzy mają gdzieś twoje istnienie. Wystarczy chłopakowi cierpienia.
    – A propos cierpienia… chcę, żebyś zagrała z fatum raz jeszcze.
    Ida, chcąc nie chcąc, zamieniła się w słuch. Mimo, że podejmowała niejedną próbę pokonaniu złego losu. Czy kiedykolwiek wygrała? Nie pamiętała.
    – Dobrze – przyjął jej dobrą wolę Pan Światłość. – Co powiedziałaś po słowach o wyciąganiu Akiry z syfu?
    – Że wkurzasz ludzi.
    – O, to to. Zastanów się nad tym fragmentem – przykazał jej i rozpłynął się w powietrzu.
    – Ida? – odezwał się Konrad. – Z kim rozmawiałaś?
    – Jakiś kretyn – odparła. – Zablokowałam jego numer.
    – No to kogo mamy wkurzyć? – westchnął Konrad.
    – Głównego zainteresowanego. – Ida posłała mu krzywy uśmieszek.
    Mijane zarośla i drzewa odsłoniły przed nimi skromną chatkę, nie rzucającą się w oczy jeszcze mniej niż ta, którą zamieszkiwała ich dwójka.
    – Chyba żartujesz – odezwał się Konrad.
    – Jak najbardziej. Jeszcze jak! – z tymi słowy Ida tanecznym krokiem znalazła się przy drzwiach i zapukała.
    Otworzyła ciocia Bożenka. Ciepły uśmiech starszej pani do pachnącego świeżą pieczenią środka.
    – Czy jest Nadia? Przyniosłam jej lekcje – powiedziała Ida na powitanie.

*

    – Nie oszukujmy się – podjęła Nadia – przychodzisz po eliksir miłosny.
    – Tak – potwierdziła Ida – konkretnie, po taki na miłość względem samej siebie. Chociaż, no nie wiem. Może mi wystarczy metamorfoza?
    Nadia Kozłowska, najpiękniejsza dziewczyna w szkole i wielbiona przewodnicząca drużyny cheerleaderek, potakiwała na każde zdanie, rozkoszując się każdą nutą ironii. Niepodal przy kuchence krzątała się ciocia Bożenka, szykując herbatkę z imbirem. I prądem, znając sytuację z szarlotką z haszem z którejś z klasowych domówek.
    – Zdecydowanie eliksir, kochana – obwieściła Nadia. – Ja wiem, co skrywa twoje wnętrze, ty wiesz, z czym zmagam się ja. I jedno jest pewne: nie lubimy tego samego gościa.

    Co mogło poprawić samopoczucie bardziej, niż rozmowa ze szkolną wiedźmą? Ida wraz z Konradem rozgościli się w dobrze znanym sobie miejscu, w którym w innym wymiarze Ida opuściła ziemski padół, a Konrad ujrzał po fakcie, to z niej zostało po wybuchu. Zajęli przytulne krzesła przy kominku, a przyjemna woń wydobywała się z gara na kuchence. Jak dobrze wiedziało każde z nich, powstająca strawa swoją recepturę opierała na ludzkim mięsie.

    A jednak wszystkie fakty pozostawały w obrębie sennych mar. Kto jednak znał się na paskudnych siłach nadnaturalnych lepiej niż Nadia Kozłowska, naczelna szkolna cheerleaderka?

    – Śniłam ci się? – zachichotała Nadia. – To niesamowite, bo ty mi też.
    Ponury uśmiech zagościł na twarzy Idy.
    – W takim razie wiesz, że nie jesteśmy przyjaciółkami.
    Nadia nie przestawała odwzajemniać uśmiechu.
    – Mamy wspólny cel – rzekła. – Czy to nie wystarczy?
    Ach, ta Nadia. Jedyną bezinteresowną rzeczą w jej życiu była chyba tylko pasja do wygibasów podczas szkolnych meczów. Dlatego Ida podjęła ten rodzący się motyw przewodni rozmowy.
    – Naszym wspólnym celem jest ukatrupienie naszego ukochanego świetlistego bóstwa – odparła.
    Nadia klasnęła w dłonie z rozczulającym, pełnym ciepła uśmiechem.
    – Nasze wspólne marzenie się spełni – potwierdziła początek pięknej współpracy.
    – Poproszę więc o eliksir samouwielbienia.

    Po kilku podejściach do otrzymania wywaru idealnego Ida była gotowa. Wymieniwszy spojrzenia z Nadią, wypiła przygotowany przezeń napój.
    – Dobrze, że ci smakuje – odezwała się wiedźma. – Wielu nie docenia mikstur z ludzkich paznokci. Wyrwanych oczywiście.
    Kamienna twarz Idy przyprawiła ją o konsternację.
– W życiu spotykały mnie gorsze rzeczy – powiedziała Ida Werk, cierpliwie czekając na efekty.
    Te nadeszły szybko. Ida raptowanie zapragnęła samą siebie przytulić. Nadia na ten widok zachichotała w kułak.
    – Nigdy cię nie widziałam w takim stanie – powiedziała. – W tej czy innej rzeczywistości, czy codziennie w szkole. Promieniejesz, Werk.
    Odpowiedź Idy zawarła się w porozumiewawczym spojrzeniu rzuconym Nadii. Nic tak nie działało na nią, jak wola uratowania kumpla wraz z jakimkolwiek poczuciem własnej wartości. I to rosnącym wraz z każdą chwilą. Zatrzymując się kwestii zwiększających się rozmiarów, czuła wielką gulę w gardle. I dobrze wiedziała, o czym to świadczy. Z tym, że w tej chwili obce były jej mdłości.

    Świat powitał wilka, oślizłego od wydzielin ludzkiego organizmu. Nadia z wdziękiem zrobiła krok w tył. Ida za to pozostała w miejscu, w imię samouwielbienia. Uniosła głowę, łeb uniósł i wilk. Skrzyżowali spojrzenia, a wilk postawił krok w stronę Idy. Ta czekała na jego dalsze ruchy. Zwierzę stanęło przed własną wieloletnią żywicielką.
    – Szczek – rzuciła mu Ida a ten, o dziwo, stanął na dolnych kończynach. – Zajebiście – podsumowała. – A tutaj masz tabsy od mojego przyjaciela. Znajdź go, woof woof.

*

    Sytuacja Akiry Tomasza Janika była beznadziejna. Chłopaka obecnie oczekiwał na niezanene, przywiązany pasami do leżanki, zaś leżąca przy chirurgicznych narzędziach obok kamera mówiła o sytuacji dużo więcej. Odziany w lateksowe kostumy personel pozostawił go samemu sobie kilka kwadransów temu.
    – Hej, Aki – usłyszał pod drzwiami.
    – Idek! – wychrypiał chłopak.
    Idzie zawtórował chórek psich i wilczych pomruków. Aż rozległ się łomot w drzwi, te runęły i     Akirze ukazała się Ida na spółkę z watahą wilków.
    Ida promieniała, a w jej dłoni błysnął szczepak sierpak.
    – Zmywamy się stąd – rzuciła i dopadła leżanki, po czym zajęła się pasami.

    Chłopak czym prędzej stanął na nogi. Cała trójka – wraz z nieodłączną watahą – ruszyła na korytarz. Nie było nowością, że minęli kilka ciał pracowników. Niemniej, wraz z każdym kolejnym krokiem szeregi trupów zasilało coraz więcej poddanych Idzie psowatych. Wraz z tą konstatacją wydarzenia przyspieszyły niebywale. Rozległa się seria huków, poprzedzona pojawieniem się strzelców w lateksowych body. Ida zapamiętała tylko przestrzelane kolana i widok martwego Konrada osuwającego się na ziemię. Resztę wspomnień przyoblekła czerń.

*

    Dziewczyna otworzyła oczy, którym ukazała się sterta martwych wilków. Obok znajdował się Akira. Siedział z wysiłkiem na krześle, a szyję oplatał mu sznur. Ona sama znajdowała się na krześle obok. Ida powiodła wzrokiem w kierunku, w którym biegła lina. Ta swoją trasę kończyła na haku przytwierdzonym do sufitu. Całe otoczenie było niepokojąco sterylne, zupełnie jakby komuś zależało na podtrzymyuwaniu przy życiu błagających o śmierć. Mało tego, na wózku obok ostre narzędzia już czekały na zabawę.

    Do sali wkroczył osobnik w fartuchu lekarskim. Ida zamieniła się w słuch.
    – Wiem, że na to czekaliście – oznajmił na dzień dobry. – Więc już wam opowiadam, jaka jest wasza rola.
    Ida powiodła wzrokiem po pomieszczeniu. Na widok Konrada pod stertą wilczych ciał, poczuła rozpaczliwy ścisk w gardle.
    – Śmieć – wycedziła, z trudem powstrzymując łamiący się głos.
    – Tak, to ja – potwierdził oprych, a następnie zwrócił się do Akiry. – A teraz się rozluźnijcie...
    Zza jego pleców wyłoniła się kobieta z kamerą i włączyła nagrywanie. Z ciemności wyłonił się przysadzisty mężczyzna w masce i otworzył zapadnię pod krzesłami. Na chwilę przed końcem popatrzyli sobie w pełne łez oczy i powiedzieli:
    – Kocham cię.

*

    – Niech to! – Pan Światłość w pełen przerysowania sposób rąbnął niematerialną ręką w niematerialne biurko. – I jak tu z nimi się użerać?
    – I tak mnie lubisz – dobiegł go chichot.
    Jego oczom ukazała się Nadia Kozłowska. Towarzyszyła jej Liliana Elkowska, z dawno zagojonymi już nadgarstkami. Dziewczyny ściskały się za ręce jak najlepsze przyjaciółki.
    – Udało jej się wygrać – Nadia wskazała głową na Lili. – Nie mieli zginąć wszyscy, prawda?     Wisisz mi apartament na chmurce.
    – Czego chcesz? – burknął Pan Światłość.
    – Dobrze pamiętasz, jak była stawka – odrzekła wiedźma.
    Jarzący byt nadnaturalny skinął jej na znak, że słucha.
    – Przegrałeś zakład – oświadczyła Liliana Elkowska. – Pozwól nam wrócić do żywych.
    Pan Światłość wstał gwałtownie od biurka i pogroził jej palcem.
    – Dokładnie tak, że moje cierpienie kończy się tu i teraz, a zaczyna Akiry i Idy – ciągnęła dziewczyna. – Wszystko się zeruje.
Pan Światłość zamyślił się, słysząc ten niepoparty żadnymi zasadami przykład. Sterylnie białe drzwi otworzyły się.
    – Wszystko się zeruje – potwierdził jeden z zainteresowanych, czyli Akira. – Nie jesteśmy już twoimi zabawkami do żucia.
    U wejścia stał we dwójkę z Idą, na ich szyjach widniały blednące zasinienia po sznurze. Para trzymała się za ręce. Nadię zaskoczyła obojętność Lili na sytuację. Oczom wszystkich ukazał się też Konrad z bandażem na skroni.
    – Wszyscy zaprzeczyliśmy twojemu planowi – oznajmił Akira. – Wszyscy zasługujemy, ja, Ida, Lili. – Zwrócił się do swojej byłej. – Wiem, że żałujesz. I ja ci wybaczam.
    – I pamiętaj, apartamencik w niebie – zachichotała Nadia.
    – Przyjmuję do wiadomości, poza tym, że albo oni, albo twój apartamencik, Nadia – powiedział Pan Światłość po chwili namysłu.
    Nadia wbrew oczekiwaniom uśmiechnęła się rozkosznie.
    – Doskonale – odrzekła – więcej zabawy dla mnie z obserwowania ich poczynań.
    – Super. Wracajcie na ziemię, nie chcę na was patrzeć.
    – Jestem z was dumny – pochwalił Konrad i pokazał bytowi nadnaturalnemu palec. Potem wszystko się rozmyło, co Akira i Ida przypieczętowali pocałunkiem. Następnie wszyscy rozpłynęli się w powietrzu.




    Pan Światłość i Nadia zostali we dwójkę gabinecie, w którym umarli podlegali otrzymaniu skierowania do pozostania w niebie, albo zrzuceniu w czeluści piekielne. Nadia poczuła na sobie wszechwiedzący wzrok Świetlistego.
    – Co tu dalej robisz? – burknął ten.
    – Jak to co? – zachichotała Nadia. – Chcę mieć z czego się śmiać. Do piekła mnie nie strącisz, bo wszystkich tam znam.
    Z tymi słowy zniknęła w obłoku czarnego dymu. Pan Światłość czuł, że potrzebuje urlopu.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bardzo straszny sklep – część pierwsza

Metalowe Love: Popieprzony Piątek