Wilczy Bilet – rozdział szósty

Content Warning: fat phobia


<- Poprzedni rozdział                                                                                                  Następny rozdział ->

 6


    Po kiepskiej nocy, zafundowanej Idzie przez pełniowe torsje, rankiem nadeszły jeszcze gorsze wieści. 

    Robiąc wpis do księgi wyjść w domu dziecka, otrzymała od Akiry sms-a. W wiadomości chłopak odwołał dzisiejszy wspólny spacer, swoją decyzję uzasadniając przeziębieniem. Ale to on miał w piątek czapkę, nie ona. Ida wystukała na klawiaturze odpowiedź:


Spoko, kuruj się. Pozdrów Lili.


    W ostatniej chwili pozbyła się drugiego zdania, wysłała wiadomość i niemal wystrzeliła za drzwi, usiłując zostawić złe odczucia ze wczoraj i dzisiaj za sobą. Z przekształcania negatywnej energii w niezbędny dla zdrowia ruch wyrwał ją kolejny odgłos jęku banshee dźwięk ogłaszający nową wiadomość. Akira. Ida zaczęła lekturę, nie zwalniając kroku.


Nie mogę się dodzwonić do Arka z naszej klasy, ma mój zeszyt od polaka. Na Mimesis też nie odpisuje. Dziwne, non-stop tam przesiaduje.


    Ida nie rozumiała. Jedynym, co przyszło jej na myśl, było: 


Nie mam konta na Mimesis. 


    Cholerne klasowe forum na głupim portalu społecznościowym. Na którejś informatyce Ida kątem oka dostrzegła buszującą po nim Wanesę. Cheerleaderka śledziła wątek poświęcony największym wieśniarom biol-chemu. Kilka z przewijanych postów zawierało słowo "Werk". Ida wiedziona nagłym przypływem empatii dla dobrego wszak kumpla, na szybko dodała:


Który to Arek?  


    W życiu w tym szkolnym mijała sryliardy ludzi. Na zapamiętaniu ich wszystkich nie zależało jej w takim samym stopniu, w jakim im na zapamiętaniu jej. 


Nie znasz Arka? 


    Ida miała ochotę cisnąć telefonem do właśnie mijanego rowu. I na co jej ta wiedza? Nie spędzi nawet roku z tymi ludźmi, potem nastąpi zmiana szkoły i wymagania co do znajomości innej grupy idiotów. Idowe nerwy ukoił następny sms od Akiry. 


To ten w airmaksach. Zawsze dostaje ochrzan, by zmienić buty. 


    Rzeczywiście, Ida w parze z Arkiem mogliby robić za dilerów foliowych ochraniaczy, mających czasowo zastąpić wymagane Obuwie Na Białej Podeszwie. Folie zdejmowali zaraz po zakończeniu lekcji, na której dostali nakaz udania się po nie do woźnej, więc te lśniły nowością. Plus chłopak nie wyglądał, jakby używał adidasów zgodnie z przeznaczeniem a wręcz przeciwnie, jedynie dla podkreślenia faktu, że rodzice byli w stanie mu takowe kupić. Jednym słowem, chłopak miał nadwagę i lubił drogie rzeczy. Poza tym był typem lubianego w klasie dowcipnisia, raz Ida usłyszała strzęp jego wypowiedzi o aspiracji zostania komikiem. Ida wzruszyła ramionami. Odpisała, że nie może pomóc Akirze i zapuściła się między zaspy z barwnych liści, wznosząc z glana w powietrze te świeżo spadłe na chodnik. Z pewnością jedno w tej szkole pozytywnie ją zaskoczyło osoby z nadwagą, za jej podstawówkowej i nieukończonej pierwszej gimnazjalnej kadencji gnojone, tutaj bywały nawet popularne. Od zaginionego Jacka, poprzez Arka czy kilka innych osób, których imion też nie pamiętała. No i Akiry. Dostawało mu się chyba tylko od Wanesy, ale czy tylko jemu?

    I wtedy nadeszła myśl, która pierwszy raz od wczorajszej nocy włączyła żołądkowi Idy tryb wirowania. Ida błyskawicznie wybrała numer Akiry. Dławiącej Idę potrzeby rozmowy nie dało się zamknąć w wymianie skrótowych wiadomości tekstowych.

    Akira powitał ją jak zawsze z wielkim entuzjazmem, tym razem doprawionym chrząkaniem i zduszonym najpewniej pełnym nosem. Ida wyrzuciła z siebie swoją teorię, opartą jak w lwiej części kryminałów na cechach wspólnych ofiar. Po drugiej stronie słuchawki przez dłuższą chwilę Akira zdradzał swoją obecność jedynie poprzez ciężki, smarkający oddech.

    – Chryste. To ma sens – powiedział na koniec, pusto i smarkliwie. 

    Ida nie oczekiwała, że pójdzie jej aż tak dobrze.

    – …Czemu? – zapytała ostrożnie.  

    Myśl o porywaczu osób z mnóstwem nadmiarowych kilogramów była trochę zbyt absurdalna na prawdziwe życie. Stanowiła wręcz dobry pomysł na powieść. 

    – Przed twoim przyjściem, w wakacje był ktoś jeszcze. Tomuś z drugiej f. Z Jackiem i Arkiem łączyło go to samo, no, może nie miał aż tylu znajomych. Ale nadrabiał ocenami, wygrał olimpiadę z geo i matmy.  

    Czyli jednak na swój sposób był popularny. Ta refleksja Idy zawisła w powietrzu wraz z dłuższą chwilą ciszy. 

    Ida równocześnie powstrzymywała się przed wypaleniem i próbowała się doń zmusić. Ambiwalencja była czymś okropnym, a to odczucie towarzyszyło jej bez przerwy od czasu rozpoczęcia znajomości z Akirą.

    – Ty też możesz być zagrożony – te słowa ledwo przeszły jej przez gardło.  

    Mimo nie odbywania tej rozmowy osobiście, widziała wyraz twarzy kumpla. 

    – Ja… – wydukał. – Nie wydaje mi się, żeby to mnie dotyczyło. 

    Ida niemal nakryła się nogami. Akira chyba wyczuł jej mocną konsternację. 

    – Mam dużo znajomych w szkole – tłumaczył. – Jestem przewodniczącym klasy już drugą kadencję, a w drugiej klasie byłem szkolnym wice. 

    – Tomuś, Jacek i Arek też byli z tych fajnych. Ale niekoniecznie musi chodzić o to – przypomniała cierpliwie Ida, mimo łomoczącego serca. 

    Ze słuchawki dobyło się nerwowe westchnięcie.

    – Nie mam takiej nadwagi jak oni – zakatarzony Akira brzmiał, jakby sam sobie wmawiał taką postać rzeczy. 

    Idzie opadło wszystko, co było w stanie. 

    – I co z tego? – warknęła. – Wszystko jest możliwe, jak to ty optymistycznie mawiasz. 

    – Dokładnie. Dlatego wszystko będzie dobrze – odparł z mocno zachwianą dumą Akira. 

    Na ten moment Ida odpuściła, posyłając swoje pokłady altruizmu z mentalnego glana w kosmos. Na dziś wystarczy jezusowania.

    Pożegnała kumpla, przypominając, by uważał na siebie. Zawsze mogła zaoferować usługi ochroniarskie. Powiedzieć: "Hej, Aki. Oni przyszli po ciebie". Wtedy ty powiesz, że znasz Idę, a Ida zna karate. Na niejako rozkoszny egocentryzm chłopaka nie było rady.

    Wymieniła dresy do spania na bordowego t-shirta zespołu Tonąca Czupakabra oraz bojówki. Nie miała w najbliższych planach odrabiania lekcji - ba, powrotu do domu dziecka również. Czuła, że potrzebuje to rozchodzić, bo wybuchnie. Może i dosłownie.

    Może przynajmniej urodziłaby się potem kimś innym, tym razem z charyzmą, która pozwoliłaby przekonać Akirę do zrzucenia paru kilo. Tudzież większym talentem do straszenia na serio. Czasem byłoby miło dowiedzieć się, że ktoś narobił w gacie po twoich słowach.

    Wychowawczynię znalazła na dole z gazetą i kubkiem kawy.  Wokół niej ganiała się trójka podstawówkowiczów. Skłamała kobiecie, że idzie do do biblioteki się uczyć. W rzeczywistości udała się spacerem do Konrada. 


*


    Po wczorajszym deszczu las woniał wilgocią i żywicą, a słońce wydobywało z mokrych, poszarzałych liści na ziemi resztki kolorów. 

    Konrad – jak zawsze w karategi otworzył jej drzwi. Zapewne szykował się już na poprowadzenie wieczornego treningu dla dzieciaków w podstawówce. Ida porzuciła na moment troski. Zabrali się za obiad. Konrad przywiózł go z knajpy pięć minut temu. 

    – Nie jesz? – rzucił po chwili z drugiej strony stołu. – Zawsze pochłaniałaś brokuły z serem.

    Ida pogłaskała odratowanego z doklejanych szponów Wanesy Garma, do niedawna Mario. Zdominowany przez Idę, po konfrontacji z cheerleaderką na korytarzu, pomknął prosto do chatki jej przybranego ojca. Dzielny malec. Konrad patrzył na Idę z troską. 

    – Tylko nie pytaj o problemy – uprzedziła smętnie Ida.     

    – Idek... Od śmierci twoich rodziców nie widziałem cię w tak złym stanie.

    – Dopadło mnie naraz kilka problemów – wyrzuciła z siebie zniecierpliwiona. – Ogólnie chodzi o szkołę.

    – Zawsze myślałem, że...

    – ...że pokonam rówieśników w sparingu? Bez wątpienia. Inaczej sprawa wygląda, gdy ci mają przewagę liczebną. – Wbiła wzrok w podłogę. 

    Albo wręcz przeciwnie, dodała bezgłośnie, gdy mamy do czynienia z tą jedną cholerną osobą, która wwierca ci się w głowę jak podczas trepanacji czaszki.

    – Co się dzieje? – zapytał Konrad.

    Ida siedziała ze spojrzeniem utkwionym pod stołem. Martwienie przybranego ojca nie było dobrym pomysłem. Miał wystarczająco dużo na głowie, ledwo żyjąc z pensji instruktora sztuk walki na tym zadupiu i mając na utrzymaniu leśną chatkę, w której właśnie się ukrywali przed światem, pokój w kawalerce oraz potrzeby Idy. Ponadto miłość mu nie sprzyjała, co swoją drogą przekładało się na brak możliwości zaadoptowania Idy. Na czym bardzo mu zależało.

    Ida odwiedzała go tak często, jak się dało. A w ostatnim trudnym czasie jeszcze więcej. Nie dbała o to, że może mieć kłopoty w domu dziecka. Dom dziecka za to wiedział, że ona wie. Wychowawcy, zaznajomieni zarówno z trudnym charakterem dziewczyny, jak i Konradem, mieli świadomość, że to jedyna osoba – przyjaciel jej świętej pamięci rodziców – do której Ida była tak przywiązana. I uznawała za autorytet.

    A, chrzanić to. Jak się nie dowie, to też się będzie martwił.

    Ida westchnęła i podniosła głowę. I powiedziała wszystko o Akirze. Przy fragmencie o tym, jak Akira kurczowo trzymał się ojca i swojej byłej dziewczyny, która nie chciała go znać, poczuła wielką bezradność. Odetchnęła głęboko, jednak poczuła, jak drży z bezsilności. Najgorsze jednak było przed nią.  

    – Wkurwia mnie, że nie mogę nic z tym zrobić przyznała.  – Do łbów im nie wejdę i nie pokieruję ich życiem. 

    – Niech przestanie cię to wkurwiać. Serio – Konrad zabłysnął dobrą radą. – Ludzie to debile. 

    Ida pokiwała głową, sama nie wierząc, że poczuła wilgoć w oczach. Zamrugała szybko, by ukryć słabość.

    – Nie mów mi, dzieciaku, że to cię nie rusza – posłał jej ochrzan Konrad. – Przy mnie będziesz udawać wypraną z emocji? Daj spokój.

    Ida dała spokój; rozluźniła się. I rozryczała.

    Wracając później myślami do tego wspomnienia, nie żałowała ani trochę uznania po latach płaczu za wypłukiwanie zła z organizmu. Nowa definicja ronienia łez w jej słowniku zajęła miejsce żałości, infantylizmu i miłowania landrynkowego różu.

    Konrad przytulił ją na niedźwiedzia, na co Ida nie powstrzymała uśmiechu. 

    – Jedz, dzieciak, obiad już ci wystygł.


    Potem już z większym spokojem opowiedziała mu o zaginięciu Jacka – złodzieja chipsów, airmaksiarzu Arku oraz Tomusiu, którego nie przyszło jej poznać. Podzieliła się z Konradem swoimi wstępnymi podejrzeniami co do sposobu działania porywacza lub porywaczy. Odpowiedź była dokładnie w stylu każdego dorosłego człowieka: 

    – Ani mi się waż w to mieszać! – ostrzegł ją Konrad. – Niech zajmie się tym policja. 

    Ida przewróciła oczami. Kiedy na horyzoncie czekała pełna adrenaliny przygoda, dorośli zawsze musieli wszystko popsuć. 

    – To samo powiedział dyrektor na apelu w sprawie zaginięcia Jacka. Miesiąc po fakcie – mruknęła. – Czekam niecierpliwie na listopadowe wystąpienie.

    – Być może policja nabrała pewności, że sprawa jest bardziej skomplikowana – zastanawiał się Konrad. 

    – No to trzymajmy kciuki, żeby tym razem już serio wzięła się do roboty. 


*


    Akira zdawał się zarażać Idę masochizmem, wyrażającym się w szukaniu kontaktu z Lili. Idowa wersja cierpiętniczych skłonności zakładała patrzenie na tę sytuację oraz rozkładanie rąk, gdy kumpel odmawiał zostawienie tej kwestii w cholerę. Chłopak zaproponował, by wybrali się z lekcjami do Lili po raz kolejny. Ida ochoczo przystała na propozycję, chyba tylko po to, by delektować się nieosiągalnym.

    Po dotarciu do mieszkania Elkowskich – tym razem mogli wejść – była świadkiem, jak Akira puka do drzwi pokoju Lili i zostaje odrzucony milczeniem. Akira pokornie wsunął zeszyt przez szparę pod drzwiami. 

    Ten związek nie miał prawa się udać – tego Ida była pewna, mimo że w kwestii związków wiedziała tylko tyle, że ludzie to idioci.

  

*


    Za oknem pierwszy śnieg mgliście przykrył deptak za oknem. Lili miała za sobą kilka nieprzespanych nocy i dużo czasu w odcięciu od społeczeństwa. Na co komu sen, skoro ma się płótna i farby akrylowe? Wybór rodzaju medium był nieprzypadkowy. Akryle szybko wysychały, stąd można było zaliczać kolejne płótna, tektury czy ostatecznie grubszy papier. W, nazwijmy to, normalnych warunkach, gdy czas rzadziej pozwalał jej na zajmowanie się swoją pasją, preferowała farby olejne.  Kochani rodzice załatwiali jej przybory do tworzenia. Oraz nauczanie indywidualne. Z czego Lili cieszyła się mniej, zmuszona od poniedziałku tracić czas i koncentrację na słuchaniu zbędnych jej rzeczy. Tylko malarstwo pomagało jej zebrać myśli.

    – A może chcesz, żeby Aki ci pomógł? – tak brzmiała propozycja taty. – To dobry kolega. 

    Na to Lili wybuchnęła płaczem i trzasnęła drzwiami.

    Kolejnym – nieudanym – krokiem rodziców w stronę oswobodzenia jej z twierdzy były namowy na terapię. Lilka, chodź z nami. I Akim. Aki przyszedł, Akiego nie wpuścisz? Pójdziemy razem do psychologa. 

    Na sięgnięcie pamięcią w to gówno Lili poczuła się jak wirująca na wietrze torebka foliowa. To jest pusta. I jak śmieć. Rodzice na nowo lubili Akirę, odkąd przekazywali jej od niego lekcje. Mówili, że chłopak okazuje skruchę i chce na udzielaniu korepetycji zarobić na laserowe usunięcie jej blizny. 

    Lili cisnęła pędzlem w ścianę, dołączając kolejną kolorową smugę do kolekcji nad łóżkiem.

    Oczywiście, że nie mogła go wpuścić! Ten idiota chciał zadowolić wszystkich, w tym ją. Errata: PRZEDE WSZYSTKIM JĄ. A jednak nie był w stanie. Lili odpadała w przedbiegach, stając w szranki z rzeczonymi niepokonanymi wszystkimi. Tatuś. Nauczyciele. Koleżanki i koledzy ze szkoły. Ida, ta nowa. I na końcu ona. Z łatwością przywoływała oczyma wyobraźni sceny, jak przynosi lekcje i nowej po jej wagarach (wagary i patologia wylewały jej się wraz ze zblazowaniem z oczu), jak pomaga w organizacji szkolnej imprezy Nadii, o której wielkie cycki zawsze musiał zahaczyć wzrokiem, gdy zarówno ona, jak i Lili nie patrzyły. Lili nie musiała patrzeć. Ona wiedziała. Wyobraźnia Liliany Elkowskiej w jeszcze większym natarciu. Konkluzja była taka, że Akira zapewne już spał z Nadią. Jeśli chodziło o Idę, Lili ciężko było wyobrazić sobie tak drętwego, wiecznie nabzdyczonego kloca jak tamta jako kolejną kandydatkę do jej niegdysiejszej alkowy. Tak samo trudno było o to posądzić naczelną cheerleaderkę. A jednak obydwoje potrafili zjednać sobie ludzi. W tym siebie wzajemnie.

    Lili zawyła w poduszkę. Potem przyszła pora na prawie nieskończony płacz, który finalnie poniósł ją w krainę cierpkich snów. W środku nocy obudziła się rozmarzona snem o ślubie z Akirą. Po tym nie była w stanie już zmrużyć oka, więc zamalowała kilka średnich płócien. W międzyczasie z podekscytowaniem zerkała za okno, oczami wyobraźni podsuwając sobie obraz czekającego pod blokiem Akiry. Raz jeszcze. I jeszcze. 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bardzo straszny sklep – część pierwsza

Metalowe Love: Popieprzony Piątek

Metalowe Love: Gorzej nie będzie. Eliksir samouwielbienia