Wilczy Bilet – rozdział siódmy
Content Warning: przemoc fizyczna, używki
7
Z okazji Halloween Ida podarowała sobie zarwaną noc. Jak zawsze w dobrej wierze – po raz tysięczny zasiedziała się przy pisaniu o wybuchających cheerleaderkach. Całość doprawiła przepisanym dwadzieścia razy zdaniem nikt nie zje Akiry. Skoro jej dane było kiedyś eksplodować, mogła sobie pozwolić na marzenia. Miała wyrąbane. Do tego stopnia, że zaczęła się uśmiechać do siebie.
Szła szkolnym korytarzem, nieprzytomna po nocy wypełnionej pisaniem makabrycznych opowiadań. Ale zadowolona z efektów swojej pracy, wręcz pewna, że swoim powstającym zbiorkiem zawojuje literacki świat grozy.
Część mijanych uczniów zatrzymywała na niej zagadkowe spojrzenia. W łazience poznała ich przyczynę, kiedy pierwszy raz od przebudzenia spojrzała w lustro. Jak zawsze skrzywiła się na widok pucołowatej, mimo szczupłej sylwetki, twarzy i niemal czarnych cieni pod oczami. Niżej jednak, pod ulubioną kolczastą obrożą na szyi, nie znajdowała się jedna z wielu czarnych przerośniętych koszulek. To, co założyła Ida, było przylegającą bluzką z długim rękawem. Nietrafionym tegorocznym urodzinowym prezentem od Konrada. Ida czuła się, jakby nosiła ubranie dla dziecka.
Szła szkolnym korytarzem, nieprzytomna po nocy wypełnionej pisaniem makabrycznych opowiadań. Ale zadowolona z efektów swojej pracy, wręcz pewna, że swoim powstającym zbiorkiem zawojuje literacki świat grozy.
Część mijanych uczniów zatrzymywała na niej zagadkowe spojrzenia. W łazience poznała ich przyczynę, kiedy pierwszy raz od przebudzenia spojrzała w lustro. Jak zawsze skrzywiła się na widok pucołowatej, mimo szczupłej sylwetki, twarzy i niemal czarnych cieni pod oczami. Niżej jednak, pod ulubioną kolczastą obrożą na szyi, nie znajdowała się jedna z wielu czarnych przerośniętych koszulek. To, co założyła Ida, było przylegającą bluzką z długim rękawem. Nietrafionym tegorocznym urodzinowym prezentem od Konrada. Ida czuła się, jakby nosiła ubranie dla dziecka.
Załamana wlepiła wzrok w podłogę. Nie znosiła swojego wielkiego biustu. Jedynym, co do niego pasowało w jej odczuciu, były wielkie koszulki. Dekolt czarnej bluzeczki, mimo że nieduży, dla Idy stanowił największe zło świata. Opuściła łazienkę przygarbiona. Przemykała między uczniami, licząc, że tym razem zbierze jak najmniej spojrzeń.
– Hejka!
Akira patrzył na nią z zaciekawieniem.
– Fajnie wyglądasz – rzucił. – Zawsze miałaś szerokie ciuchy.
Ida nie była pewna, czy chłopak żartuje. Ile go znała, nie zasłynął w stosunku do niej ironią. Tym bardziej głupio się poczuła, wiedząc, jak mocnego spiekła raka. Chłopak roześmiał się ciepło.
– Czasem warto zaryzykować zmianę – dodał. – Lecę na niemca, moja grupa ma dzisiaj kartkówkę.
Potruchtał po schodach na górę, a schodząca grupka uczniów rozstąpiła się przed nim niczym przed bóstwem. Gdy zniknął na górze, odezwał się dzwonek i korytarze momentalnie opustoszały, zostawiając Idę sam na sam z miłym ciepłem w jej sercu. W obcisłej bluzce nadal czuła się jak w kombinezonie do nurkowania, ale tak najwyraźniej musiało być. Ida stała się tak lekka, że niemal pofrunęła na swój niemiecki.
Po wolnym czwartku – Wszystkich Świętych – spędzonym na myśleniu o wszystkim, tylko nie świętych, Ida podjęła radykalny krok. W piątek rano, zamiast na pierwszą lekcję, poszła do drogerii po czarną kredkę do oczu. Żeby choć na chwilę oderwać myśli od unoszącego się w szkolnym powietrzu lęku po apelu Dyrektora i… spróbować wtopić się w tłum?
Obrysowanie oczu prosto i bez wydłubania ich sobie zajęło jej ponad godzinę. Sprawę dodatkowo utrudniały warunki pracy – siedzenie na kiblu w szkolnej kabinie, z telefonem służącym za lusterko. Jednak efekt był na tyle satysfakcjonujący, że po wyjściu posłała nieśmiały uśmiech swojemu odbiciu w lustrze nad umywalką. Na trzecią lekcję ledwo zdążyła.
Dzisiejszy uśmiech Akiry pod koniec przerwy obiadowej bardziej przywodził na myśl minę kogoś, komu łaskawie zaproponowano ostatnie słowa przed egzekucją. Nie wyglądał najzdrowiej. I bynajmniej nie chodziło o zapalenie oskrzeli, które przeszedł niedawno. Ida i bez kolekcjonowania nazw i opisów chorób w telefonie (co czynił Akira) wiedziała, że chłopak musi się wyspać. I nie jeść tyle śmieciowego żarcia, które dodało mu parę kolejnych centymetrów w obwodzie brzucha. Ida była przekonana, że zmierza ku najgorszemu i w najgorszym scenariuszu pozostawało jedynie obstawiać potencjalną przyczynę jego wykitowania za jakiś czas.
– Widzę, że też zmęczona. Spoko oczy sobie podrysowałaś – wychrypiał Akira, zdradzając, że w pochłanianiu burgerów często zdarzały mu się przerwy na szluga.
Ida nie musiała dusić w sobie napływającego rumieńca. Bo nadal była czerwona jak pierwszoklasistka wyciągnięta do tablicy. Pozbierała wreszcie myśli.
– Wstałam wcześniej, żeby się pomalować – odrzekła. – Póki co, to moje opus magnum.
W odpowiedzi chłopak utrzymał wymuszony uśmiech. Zamienił nogi w siadzie po turecku, przy czym nietrudno było o podwinięcie nogawek i zaprezentowanie światu siniaków. Chłopak wychwycił jej spojrzenie.
– Co się stało? – odważyła się zapytać Ida, mimo że doskonale wiedziała.
Resztki pozytywnej energii ulotniły się z sympatycznej okrągłej twarzy Akiry.
– Zbijałem budkę do terrarium z Serniczkiem – odparł gładko mimo to i uśmiechnął się na zachętę, aby mu uwierzyć.
Ida poczuła się potraktowana jak idiotka. Westchnęła z irytacją, pożegnała się cicho i ruszyła na wf, czyli zaszyć się gdzieś w kiblu i pisać. O Akirze, który lubił palić. I coś mu nie poszło. Czasem przekuwała swoje krótkie literackie horrory na czarnohumorzaste peany dla chłopaka. Tym razem twór Idy nie miał w sobie nic pozytywnego. Mimo, że jak poprzednie zawierał fantazje na temat jej i Akiry.
– Lubię się palić – powiedział Akira, zająwszy się płomieniami z zapalniczki dla kretynów.
– Ale włosy zostaw – zasugerowała rzeczowo Ida.
Lubiła długowłosych chłopców, nawet jeśli mniej więcej zero procent z nich lubiło ją. Cokolwiek złego działo się z Akirą, wmawiała sobie, że ma to gdzieś. Na potwierdzenie kontynuowała literacką masakrę na koledze.
Akira nie zdążył odpowiedzieć, bo udusił się dymem. Zanim płomienie dotarły do włosów, Ida go oskalpowała i żyli (ona i włosy Akiry) długo i szczęśliwie.
Pisanie pomogło, przeobrażając narosły w niej gniew w pustkę ze szczyptą euforii z racji pielęgnowania swych pasji. Niesiona pseudoradością, udała się na resztę jednogodzinnych wagarów do szkolnej biblioteki. W krótkim czasie nawet ten strzępek pozytywnej emocji zniknął jednak bez śladu.
Akira patrzył na nią z zaciekawieniem.
– Fajnie wyglądasz – rzucił. – Zawsze miałaś szerokie ciuchy.
Ida nie była pewna, czy chłopak żartuje. Ile go znała, nie zasłynął w stosunku do niej ironią. Tym bardziej głupio się poczuła, wiedząc, jak mocnego spiekła raka. Chłopak roześmiał się ciepło.
– Czasem warto zaryzykować zmianę – dodał. – Lecę na niemca, moja grupa ma dzisiaj kartkówkę.
Potruchtał po schodach na górę, a schodząca grupka uczniów rozstąpiła się przed nim niczym przed bóstwem. Gdy zniknął na górze, odezwał się dzwonek i korytarze momentalnie opustoszały, zostawiając Idę sam na sam z miłym ciepłem w jej sercu. W obcisłej bluzce nadal czuła się jak w kombinezonie do nurkowania, ale tak najwyraźniej musiało być. Ida stała się tak lekka, że niemal pofrunęła na swój niemiecki.
*
Po wolnym czwartku – Wszystkich Świętych – spędzonym na myśleniu o wszystkim, tylko nie świętych, Ida podjęła radykalny krok. W piątek rano, zamiast na pierwszą lekcję, poszła do drogerii po czarną kredkę do oczu. Żeby choć na chwilę oderwać myśli od unoszącego się w szkolnym powietrzu lęku po apelu Dyrektora i… spróbować wtopić się w tłum?
Obrysowanie oczu prosto i bez wydłubania ich sobie zajęło jej ponad godzinę. Sprawę dodatkowo utrudniały warunki pracy – siedzenie na kiblu w szkolnej kabinie, z telefonem służącym za lusterko. Jednak efekt był na tyle satysfakcjonujący, że po wyjściu posłała nieśmiały uśmiech swojemu odbiciu w lustrze nad umywalką. Na trzecią lekcję ledwo zdążyła.
Dzisiejszy uśmiech Akiry pod koniec przerwy obiadowej bardziej przywodził na myśl minę kogoś, komu łaskawie zaproponowano ostatnie słowa przed egzekucją. Nie wyglądał najzdrowiej. I bynajmniej nie chodziło o zapalenie oskrzeli, które przeszedł niedawno. Ida i bez kolekcjonowania nazw i opisów chorób w telefonie (co czynił Akira) wiedziała, że chłopak musi się wyspać. I nie jeść tyle śmieciowego żarcia, które dodało mu parę kolejnych centymetrów w obwodzie brzucha. Ida była przekonana, że zmierza ku najgorszemu i w najgorszym scenariuszu pozostawało jedynie obstawiać potencjalną przyczynę jego wykitowania za jakiś czas.
– Widzę, że też zmęczona. Spoko oczy sobie podrysowałaś – wychrypiał Akira, zdradzając, że w pochłanianiu burgerów często zdarzały mu się przerwy na szluga.
Ida nie musiała dusić w sobie napływającego rumieńca. Bo nadal była czerwona jak pierwszoklasistka wyciągnięta do tablicy. Pozbierała wreszcie myśli.
– Wstałam wcześniej, żeby się pomalować – odrzekła. – Póki co, to moje opus magnum.
W odpowiedzi chłopak utrzymał wymuszony uśmiech. Zamienił nogi w siadzie po turecku, przy czym nietrudno było o podwinięcie nogawek i zaprezentowanie światu siniaków. Chłopak wychwycił jej spojrzenie.
– Co się stało? – odważyła się zapytać Ida, mimo że doskonale wiedziała.
Resztki pozytywnej energii ulotniły się z sympatycznej okrągłej twarzy Akiry.
– Zbijałem budkę do terrarium z Serniczkiem – odparł gładko mimo to i uśmiechnął się na zachętę, aby mu uwierzyć.
Ida poczuła się potraktowana jak idiotka. Westchnęła z irytacją, pożegnała się cicho i ruszyła na wf, czyli zaszyć się gdzieś w kiblu i pisać. O Akirze, który lubił palić. I coś mu nie poszło. Czasem przekuwała swoje krótkie literackie horrory na czarnohumorzaste peany dla chłopaka. Tym razem twór Idy nie miał w sobie nic pozytywnego. Mimo, że jak poprzednie zawierał fantazje na temat jej i Akiry.
– Lubię się palić – powiedział Akira, zająwszy się płomieniami z zapalniczki dla kretynów.
– Ale włosy zostaw – zasugerowała rzeczowo Ida.
Lubiła długowłosych chłopców, nawet jeśli mniej więcej zero procent z nich lubiło ją. Cokolwiek złego działo się z Akirą, wmawiała sobie, że ma to gdzieś. Na potwierdzenie kontynuowała literacką masakrę na koledze.
Akira nie zdążył odpowiedzieć, bo udusił się dymem. Zanim płomienie dotarły do włosów, Ida go oskalpowała i żyli (ona i włosy Akiry) długo i szczęśliwie.
Pisanie pomogło, przeobrażając narosły w niej gniew w pustkę ze szczyptą euforii z racji pielęgnowania swych pasji. Niesiona pseudoradością, udała się na resztę jednogodzinnych wagarów do szkolnej biblioteki. W krótkim czasie nawet ten strzępek pozytywnej emocji zniknął jednak bez śladu.
Co za niespodzianka, że siniaki Akiry nie znikały, a wręcz przeciwnie. Co na to Akira, najwyraźniej w pełni świadomy zdemaskowania? Uśmiechnął się, kurwa mać.
Czas, czas, mnóstwo czasu, czas: pięć kilo. Czas pędził, noce się wydłużały, a nauczyciele stawali się coraz mniej litościwi w kwestii przygotowań do egzaminów gimnazjalnych. A świat Idy szalał coraz bardziej, pękając w szwach. Coraz częściej rozglądała się niby od niechcenia po szkole, w poszukiwaniu zarówno podejrzanych motywów, jak i czujnego wzroku dyrektora. Nadciągający koniec kolejnego etapu obowiązkowej edukacji był jej obojętny, ale ona jemu nie. Zdążyła już usłyszeć kilka nieoficjalnych zapowiedzi pał na koniec semestru. Jedyne, o co nie musiała się bać, to polski i – ku frustracji Czapkowskiego – wf.
Resztę dnia dręczyła ją ambiwalencja i złość, jak zwykle. Ciekawe, gdzie poszedł ten kretyn po lekcjach? Znowu negocjować z rodzicami Lili zrobienie dla niej klapki w drzwiach jak dla kota? Żeby schwytać ją w pułapkę, gdy tylko wyściubi czubek swojego zadartego do nieba nosa? Ida już nie miała do tego siły. Przynajmniej na ten moment. Po lekcjach i powrocie do domu Konrada dla wynagrodzenia sobie nerwów poszła spać. Trochę gorzej, że Konrad obudził ją w środku nocy i nastąpiła konieczność podwózki. Szczęśliwie dobrze przyjęta przez wychowawczynię.
*
Czas, czas, mnóstwo czasu, czas: pięć kilo. Czas pędził, noce się wydłużały, a nauczyciele stawali się coraz mniej litościwi w kwestii przygotowań do egzaminów gimnazjalnych. A świat Idy szalał coraz bardziej, pękając w szwach. Coraz częściej rozglądała się niby od niechcenia po szkole, w poszukiwaniu zarówno podejrzanych motywów, jak i czujnego wzroku dyrektora. Nadciągający koniec kolejnego etapu obowiązkowej edukacji był jej obojętny, ale ona jemu nie. Zdążyła już usłyszeć kilka nieoficjalnych zapowiedzi pał na koniec semestru. Jedyne, o co nie musiała się bać, to polski i – ku frustracji Czapkowskiego – wf.
Strach o Akirę angażował w wystarczającym stopniu, by zawalać szkołę. Na co tylko czekała Wanesa i rosnąca od pewnego czasu grupa osób w klasie. Koleżance źle idzie? Grzech nie dowalić jej jeszcze bardziej.
Któregoś dnia zadziwiło ją dukanie Akiry w odpowiedzi na kolejne szukanie zaczepki przez Wanesę.
– O-odjeb się od Idy – mruknął, patrząc gdzieś w przestrzeń, a na pewno nie w oczy Wanesy.
– Odjeb się ode mnie, bo stracisz robotę – zaśmiała się Wanesa.
– Twoja strata – mruknął niepewnie Akira.
Wanesa zrywała boki, brakowało tylko by klasa tonęła w posoce.
– Ido, zapuszczasz włosy? – wtrąciła dziewczyna z ławki obok. – Chcesz być jak Akira i mieć za łopatki?
– Tak. To symbol naszej symbiozy – powiedziała Ida grobowym głosem.
Ledwo zdławiła emocje na widok speszenia chłopaka.
Święto Niepodległości przyszło w niedzielę, ku niezadowoleniu wszystkich. Zwłaszcza Akiry, obchodzącego właśnie dodatkowo własne (anty)święto – kolejny tydzień milczenia Lili.
– Dokąd się wybierasz? – Stary nawet nie podniósł głowy znad laptopa z nadgodzinami.
Akira przystanął i zastanowił się nad odpowiedzią. Szybko przestał, już się nie łudząc, że ton ojca mógłby wskazywać na jego rzeczywiste zamiary.
– Spotkać się z kumplem – odparł.
Janik Senior skinął laptopowi. Akirze przemknęło przez myśl, że darzy urządzenie większym szacunkiem, niż jego. Bez słowa zawiązał niedbale glany i szybko opuścił dom.
– O-odjeb się od Idy – mruknął, patrząc gdzieś w przestrzeń, a na pewno nie w oczy Wanesy.
– Odjeb się ode mnie, bo stracisz robotę – zaśmiała się Wanesa.
– Twoja strata – mruknął niepewnie Akira.
Wanesa zrywała boki, brakowało tylko by klasa tonęła w posoce.
– Ido, zapuszczasz włosy? – wtrąciła dziewczyna z ławki obok. – Chcesz być jak Akira i mieć za łopatki?
– Tak. To symbol naszej symbiozy – powiedziała Ida grobowym głosem.
Ledwo zdławiła emocje na widok speszenia chłopaka.
*
– Dokąd się wybierasz? – Stary nawet nie podniósł głowy znad laptopa z nadgodzinami.
Akira przystanął i zastanowił się nad odpowiedzią. Szybko przestał, już się nie łudząc, że ton ojca mógłby wskazywać na jego rzeczywiste zamiary.
– Spotkać się z kumplem – odparł.
Janik Senior skinął laptopowi. Akirze przemknęło przez myśl, że darzy urządzenie większym szacunkiem, niż jego. Bez słowa zawiązał niedbale glany i szybko opuścił dom.
Dziesięć minut później dotarł do parku pełnego mocno wyłysiałych drzew. Te odcinały się od szarego nieba jak spękania.
Łukasz Halicki z drugiej liceum, zwany Wikingiem, czekał na huśtawce, pogrążony w lekturze jakiegoś fantasy. Z Akirą oprócz koleżeńskich stosunków łączył go gust muzyczny. Wiking odrzucił na plecy długie, jasne loki. Młodszy kolega odwrócił wzrok, nieco zazdrosny, że te sięgają już za tyłek, powstająca rozwichrzona broda też ma się dobrze. Akira wciąż był gołowąsem, którego ciemna tafla rosła we frustrująco powolnym tempie.
Chłopaki wymienili “siema” i mocne uściski dłoni. Potem nastąpił kolejny, po wymianie gotówki na bilety na koncert Matrwej Wrony. Dziewczyna Wikinga, Lucynka, rozchorowała się i dwójka zdecydowała się odsprzedać bilety.
– Pozdrów Lilę – roześmiał się Wiking.
– Pozdrów Lilę – roześmiał się Wiking.
Szybko przestał, dostrzegłszy, że młodszy kolega nagle zgubił gdzieś swoją radość życia.
– Co jest?
– Zostaliśmy przyjaciółmi – skłamał Akira z goryczą.
Obok przyjaźni to nawet nie stało, więcej wspólnego mając z wymianą barterową – lekcje za potwierdzenie, że Lili żyje, od jej rodziców. Gdzieś w potłuczonym sercu chłopaka jednak tliła się nadzieja – czasem, gdy pozwalano mu stać przed pokojem Lili i wciągać zapach używanej przez nią terpentyny.
Obok przyjaźni to nawet nie stało, więcej wspólnego mając z wymianą barterową – lekcje za potwierdzenie, że Lili żyje, od jej rodziców. Gdzieś w potłuczonym sercu chłopaka jednak tliła się nadzieja – czasem, gdy pozwalano mu stać przed pokojem Lili i wciągać zapach używanej przez nią terpentyny.
– To dlaczego dwa bilety…? – nie odpuszczał Wiking.
– Mam już inną osobę.
– Mam już inną osobę.
Uśmiech Wikinga nieco przygasł, ale dłużej nie indagował. Obaj wiedzieli, że chodzi o Idę. Metal stanowił wspólny mianownik również jej, Wikinga i Lucynki, ale para dziwiła się znajomości Janika z niemiłą outsiderką. Akira udawał, że się tym nie przejmuje.
Użyczył Wikingowi ognia. Kumple w milczeniu wypalili po szlugu i rozeszli się w swoje strony.

Komentarze
Prześlij komentarz