Czyli już nic cię nie męczy?

 Maja Baranowska-Karwacka


 Czyli już nic cię nie męczy? 




    Po porannych lekach Malwa udała się z resztą pacjentek i pacjentów na śniadanie. Jedząc powoli jajecznicę, obserwowała otoczenie. Aż wypatrzyła przy jednym ze stolików ogromną postać. Nie musiała bardzo wysilać wzroku, by rozpoznać Agnieszkę Stolarz. Boże. Mimo ścisku w żołądku i poczucia konieczności natychmiastowego wyjaśnienia zagadki, Malwa zaczepiła koleżankę ze szkoły w drodze powrotnej ze stołówki. Ta odwróciła się, górując jak żywy posąg nad Malwiną Amelią Łojek. Musiała przebywać tu nie od dziś, jej platynowe włosy nieco urosły, ukazując ciemny odrost. Jej posągową masywność podkreślała obszerna fioletowa koszula nocna do ziemi. Agnieszka obserwowała Malwę spod przydługiej grzywki.
    – Też jestem ciekawa, kim jesteś – powiedziała krótko i bez emfazy jak cyborg, czyli tak jak zawsze.
    I poszła dalej za resztą pacjentek, chłopaki już poszli w stronę swoich sal. A Malwa stała jak głupek, zastanawiając się, co do diabła ma robić. Niespodziewanie Agnieszka przystanęła i zwróciła się do niej ponownie:
    – Dwunasta, sala dwadzieścia trzy. Porozmawiajmy.
    – T-tak! – wypaliła speszona Malwa, czerwona jak wóz strażacki, gorzej niż podczas wywołania do odpowiedzi.
    Agnieszka Stolarz czekała na nią pod salą. Pacjentki mijały ją samotnie jedna po drugiej.    Grudzień nie obfitował w słońce, nie pomagając nikomu w zwalczaniu choroby
i pozostawiając wnętrza tkwiącymi w szaroburości.
    – Hej, Aga – powiedziała Malwa.
    Agnieszka podniosła głowę, tlenione włosy mimo związania opadły jej na oczy.
    – Siadaj – wskazała krzesło obok.
    Malwa usiadła. Teraz sięgała Agnieszce do ramion.
    – Słyszałam, co mówiłaś wtedy na stołówce – zaczęła ta. – O tym, jak zwołujesz na ludzi nieszczęścia.
    Malwa była pewna, że zaraz pożegna się z jajecznicą, a może nawet i życiem. Twarz Agnieszki o szlachetnie ostrych rysach ubarwiła odrobina troski.
    – Spokojnie. Chcę wiedzieć. – Mimo to jej wypowiedzi pozostały lakoniczne. – Pomóc tobie.
    Malwa momentalnie przestała topnieć wewnętrznie pod wpływem fali gorąca.
    – Zaufaj mi. Chcę pomóc – zachęcała Agnieszka, z niezmienną miną pokerzystki.
    Malwa uległa. Cieniowi zaufania, którym obdarzyła koleżankę, odkąd ta pomogła jej po omdleniu. I rozsadzającej ją bezsilności. Słowa prawdy popłynęły gładko z jej ust.
    – A kiedy życzysz komuś dobrze? – zapytała Agnieszka po wysłuchaniu wszystkiego. – To się sprawdza?
    – Nigdy – odparła Malwa z silnym poczuciem przegranej.
    Być może nie była godna spowodowania u kogoś szczęścia.
    Agnieszka Stolarz milczała, aż sama pokusiła się o wyznanie:
    – Jestem wiedźmą. Mogę pomóc. Mówiłam.
    Malwa nie miała pojęcia, co powiedzieć. Słowa Agnieszki przywołały wspomnienie rozmowy Malwy z Rafałem, w której pojawił się wątek czarnej magii, ucięty szybko przez Malwę, pewnej własnej ścieżki duchowej. Od tej ostatniej Malwa zmuszona była się odciąć, rodzice nie protestowali wobec jej zaprzestania chodzenia na msze. W takim samym stopniu nie zamierzała szukać alternatyw wyznawania transcendencji.
    – Możesz być wiedźmą – wydusiła w swoje klapki kubota – możesz być buddystką, możesz nie być żadną z nich. Rozmowa pomoże. Duchy i bóstwa zostawmy na później.
    – Rozumiem – potwierdziła przyjęcie informacji Agnieszka. – Porozmawiajmy.
    Malwa zaczęła jako pierwsza, świadoma, że oprócz kwestii duchowości i braku znajomych nie wie o koleżance nic. Zaczęła od tego, co dusiła w sobie od dłuższego czasu,
a co obecnie już gniło.
    – Co się stało z Sylwią?
    Odpowiedź była prosta jak czarne żarty klasy Malwy.
    – Nie żyje.
    Malwina Łojek robiła wszystko by zachować kamienną twarz, ale była na to
zbyt wrażliwa.
    – Zabiłaś… – słowa uwiązły jej w gardle wraz z dłonią Agnieszki na jej ustach.
    – Ćśś – powiedziała ta. – Nie masz racji. Nieważne.
    Malwa odsunęła się.
    – Chodź do mnie – zachęcała Agnieszka. – Ty będziesz następna. Znaczy się nie, nie.
    Malwa po prostu odwróciła się, gotowa do ucieczki. Dłoń Agnieszki na jej ramieniu ją powstrzymała. Koleżanka zajrzała jej głęboko w oczy.
    – Zabiła się sama – wytłumaczyła głosem robota, czyli jak to ona. – Chcę ci pomóc. Jeszcze bardziej.
    Malwa nie zwykła przejawiać asertywności w kryzysowych sytuacjach, więc odparła ze spuszczonym wzrokiem:
    – Zobaczymy.
    Agnieszka Stolarz już jej nie trzymała, więc poszła czym prędzej na swoją salę. Lektura romansidła dla nastolatek pozwoliła uciec jej myślom jak najdalej od całego zdarzenia sprzed chwili. Niemniej nie na długo.
Z oczywistych względów tę kwestię przemilczała podczas sesji u pana Marka. Niemniej nie pominęła samego zaginięcia Sylwii tuż po ostatniej próbie prześladowania.
    – Boję się, że cokolwiek się wydarzyło, to ja jestem prawdziwą przyczyną – powiedziała tylko, nie mijając się z prawdą.
    Podniosła głowę i zapatrzyła się w migającą lampkę, odlatując w sam środek pustki we własnym umyśle. Wyznanie sprzed chwili zrobiło w jej głowie trochę miejsca. Ale czy
na długo?
    – To nie twoja wina – zapewnił pan Marek, co nie w żadnym stopniu nie przekonało Malwy.     – Nie masz wpływu na działania innych. Od tego, że zaczęła prześladowania, aż po zakończenie całej sytuacji. Pomyśl: co najgorszego może się wydarzyć?
    Wszystko, natręctwa w głowie wcale nie pomagały.
    – Malwinka? – uśmiechał się wytrwale pan Marek.
    – Mogę być przesłuchana na policji – wydusiła. – Mogę być oskarżona. Wszystko byłoby na mnie. – Czuła, że jej oddech pokonuje drogę do płuc z coraz większym oporem. – Ja…
    Reszty dzisiejszego spotkania z terapeutą nie pamiętała, mimo że z gabinetu pana Marka wyszła o własnych siłach. Następny był obiad, na którym Malwa zajęła miejsce
w kącie. Wzrok utkwiła w dzisiejszym bigosie, pragnąc w nim utonąć na tyle, aby uniknąć wzroku Agnieszki. Zresztą, jedzenie szło jej średnio. Po zakończonym udała się wraz z grupą na oddział. Szczęśliwie ginięcie w tłumie idzie dobrze, kiedy ma się metr pięćdziesiąt wzrostu. Niemniej stanowiący zagrożenie dla sufitu wzrost ułatwiał poszukiwania, co wykorzystała Agnieszka.
    – Poczekaj, Malwina – zawołała.
    Malwa poczekała. Stanowiło to pierwszy krok na drodze do postawienia granicy zakładającej odczepienie się od niej Agnieszki. Na poczekaniu się skończyło. Ogromna Agnieszka Stolarz i drobna Malwina Łojek stały na klatce schodowej, czekając; tłum pacjentek opłynął je jak morska woda i zniknął na górze. Agnieszka przykucnęła, wyprzedzając czasy mema o prawidłowej postawie podczas rozmowy z niskimi ludźmi.
    – Mówię poważnie – zaczęła Agnieszka. – Sylwia popełniła samobójstwo. Widziałam.
    Pełna ironii Malwa niemal ocierała łzy wzruszenia, że spełnia się jej marzenie o wyjaśnieniu sytuacji. Sarkazm zostawiła jednak dla siebie.
    – Jak to się stało? – pociągnęła koleżankę za język.
    – Zrobiłam laleczkę voodoo z jej obciętych końcówek – powiedziała Agnieszka prawie bezgłośnie. – Potem wszystko wymknęło się spod kontroli.
    Jak zawsze i wszędzie był to wypadek – od utraconego wzroku w nakłutym oku aż
po rzucenie się pod samochód. Niesamowite, ile łączyło Malwę z denatką.
    – Nie chciałam – przypomniała Agnieszka Stolarz.
    Malwie zabrakło sił na podważenie bądź przytaknięcie tej kwestii. Zamiast tego zapytała:
    – To dlatego tu jesteś?
    – Nie.
    Malwa zebrała wszystkie pozostałe po ostatniej masakrze na psychice siły i zadała pytanie ostateczne:
    – No to dlaczego?
    – Autyzm.
    Malwa poczuła się zniżona do poziomu nieświętej pamięci Sylwii. Nieświętej, tak należy myśleć. Po rozmowie z Agnieszką Malwa do reszty straciła chęć do myślenia
o jakiejkolwiek duchowości.
    W oparciu o kolejne rozmowy z panem Markiem Malwa skonstatowała, iż niezależnie od własnego wymiaru duchowości czy nawet jej braku, najwięcej znaczyły własne działania zamiast polegania na sile wyżej. Tym oto sposobem malwininy Bóg na dłuższy czas zamieszkał za utkaną z olanzapiny szybą. Na pewno miał się dobrze wśród zbędnych na ten moment emocji. Z czasem Malwę przeniesiono z sali obserwacji do dwuosobowej, której soczyście zielone ściany zdobiły malunki postaci Disney’a – Małej Syrenki i Królewny Śnieżki wraz z jej siedmioosobową ferajną. Goście pojawili się u Malwy szybko. Przed pierwszym – odwiedzającym regularnie pacjentów księdzem – dygnęła i grzecznie odmówiła udziału w modlitwie. Kolejnym odwiedzającym była naturalnie Agnieszka Stolarz. Najpierw odprowadziła kapłana wzrokiem. Potem popatrzyła na Malwę poruszona.
    – Dumna jestem – pochwaliła. – Chcesz się nauczyć rzucać klątwy?
    Malwa nie skorzystała również z tej oferty. Tym razem nie dygnąwszy. Agnieszka chyba zrozumiała aluzję, bo szybko się oddaliła. Po obiedzie przyszedł ktoś niewidziany od miesiąca     – Kamil Lewandowski, w towarzystwie mamy.
    – Zostawiam cię, dryndnij, jak skończycie – powiedziała.
    – Witaj, krasnalu – rzucił Kamil z lekkim uśmiechem.
Zmierzwił ciemnozłote włosy Malwy, a ta się roześmiała. Po chwili otrzymała kartkę.
    – To życzenia od całej klasy – zapowiedział Kamil widząc niepewność Malwy.
    Dziewczyna otworzyła podarek. W środku znalazła rymowankę o powrocie do zdrowia i dwadzieścia kilka podpisów. Wliczając ten Dominiki. Ciekawe, czy była to jedynie kurtuazja. Malwa szybko wróciła jednak myślami do Kamila, nie całkowicie bez myśli
o Dominice. Na bluzie chłopaka gościło logo In Flames. Pomilczeli chwilę na korytarzu.
    – Jak się czujesz? – ciszę przełamał Kamil.
    Malwa namyśliła się, z czego wyniknął wniosek, że “dobrze” byłoby właśnie kurtuazją. I kłamstwem. Opowiedziała wszystko, włączając dokładną diagnozę. I fakt, że jej rodzice wyglądają na zagubionych w nowej sytuacji. Pominęła kwestię Agnieszki Stolarz.
    – Ale odwiedzają cię? – zatroskał się Kamil.
    Malwa przytaknęła. Potem podskoczyła po nagłej konstatacji, że jest obserwowana przez Agnieszkę. Jak długo to trwało?! W pierwszym odruchu próbowała zdusić w sobie niepokój.
    – Co się stało? - usłyszała Kamila.
    – J-ja… - wydukała Malwa. – Mam dość. – Czuła, że zaraz runie na posadzkę, a kiedy ruszyła ku Agnieszce, prawie nie czuła nóg. – Czy możesz mnie zostawić w spokoju? – syknęła z twarzą koloru cegły.
    – Nie.
    Kamil stanął w obronie Malwy:
    – Hej, nie wiem kim jesteś, al…
    – Wiesz – ucięła Agnieszka. – Chodzimy razem do szkoły. Agnieszka.
    Kamil wziął głęboki wdech. I jeszcze jeden.
    – Po prostu zostaw nas w spokoju – powiedział twardo.
    Nawet on był niższy od Agnieszki Stolarz. Ta po chwili spoliczkowała chłopaka.
    – Nie będziesz nieuprzejmy dla dziewczyny – obwieściła ciężkim głosem, niczym kaznodzieja.
    Kamil był gotów jej oddać, ale dwójkę rozdzieliła pielęgniarka, uprzedzając tym samym Malwę.
    – Co tu się dzieje? – zagrzmiała.
    Malwa i Kamil mieli przewagę liczebną nad Agnieszką, więc poprzez dwa ich głosy Agnieszka została zabrana diabli wiedzą gdzie. Malwa popatrzyła na kolegę z czerwonym śladem na policzku. I opowiedziała tym razem już wszystko. Kiedy dotarła do części o laleczce voodoo Sylwii, oddech stanął jej w gardle.
    – Kamil, a co jeśli zabrała twoje włosy?
    – Nie czułem wyrywania. O ramię też nie zahaczyła, żeby zebrać to, co wypadło.
    Malwa była pewna, że w takim samym stopniu miało prawo wydarzyć się coś złego, w jakim nie miało. Po chwili zdała sobie sprawę z tego, że jej pesymizm chyba z wolna przeradzał się w realizm, czego nieskromnie sobie pogratulowała. Swoją dumę wyraziła
w pewności siebie, z jaką przedstawiła Kamilowi swój plan:
    – Powiedzmy o tym oddziałowej.
    Kamil sprawiał wrażenie sceptycznego.
    – Daj spokój – westchnął. – Naprawdę w to wierzysz?
    – Sama nie wiem – odparła Malwa, sięgnąwszy myślami do swoich ostatnich refleksji nad szeroko pojętą duchowością.
    – Mam to samo zdanie – mruknął Kamil. – Wiesz, to zobowiązuje, kiedy jesteś ponurakiem z brakiem w szafie ciuchów innych niż satanistyczne koszulki muzyczne,
a ksiądz kiwa ci palcem na każdej religii. Jestem pewien, że mu odpadnie na bierzmowaniu
w trzeciej klasie.
Słuchanie chłopaka pozwoliło Malwie ochłonąć z najgorszych emocji i lęku.
    – Pytanie, czy oddziałowa nam uwierzy – powiedziała. – Być może musimy działać sami.
Kamil nadtopił walące w ekscytacji jak szalone serce Malwy swym uśmiechem.
    – Aż tak chcesz mnie uratować? – Przeszył ją wzrokiem, a ta pokraśniała.
    Wtedy zawalił się sufit.
    – Jezu Chryste! – Malwa z ostatnio wzgardzonym przez siebie Bogiem na ustach odepchnęła chłopaka, który finalnie skończył z glanami pokrytymi pyłem.
    Kamil, osłupiały, wyraźnie próbował coś powiedzieć, ale ubiegła go Malwa:
    – Tak, aż tak chcę cię uratować. I każdego, kogo Stolarz uzna za nieodpowiedniego do życia na tej planecie.
    Kiedy mama wróciła do Kamila, ten wraz z Malwą uściskał się czule na pożegnanie.

*

    Rankiem Agnieszka powitała Malwę pod toaletą, gdy ta druga wychodziła. Malwa zadrżała, ale tym razem nie pozwoliła sobie na tonięcie w złości. W zamian okazała ją prowokatorce:
    – Może jeszcze czekaj na mnie w kabinie?
    – Jeśli wtedy mnie wysłuchasz, to tak.
    – Jeśli ty nie tkniesz więcej Kamila, to tak. Mam nadzieję, że nie masz jego włosów?
    Agnieszka pogrążyła się w milczeniu z nietęgą miną.
    – Nie mam – odparła wreszcie.
    Malwie pozostało przyjąć tę odpowiedź mimo zerowej wiary w szczerość Agnieszki. Co mogła zrobić? Przetrząsnąć jej salę w poszukiwaniu długich, jasnych pojedynczych włosów? Bała się o Kamila jak diabli, ale na ten moment bezpośrednie zapobiegnięcie jego krzywdzie równało się z niemożliwym. Dziewczęta udały się na półpiętro, gdzie Malwa dowiedziała się o przyczynie śmierci Sylwii.
    – Malwa, jesteś wiedźmą – zaczęła Agnieszka. – Chcę, żebyś mi pomogła.          
    Malwa zdębiała. Na czym miałaby polegać ta pomoc, biorąc pod uwagę, że jej rzekome moce sprowadzały na innych wyłącznie zło?
    – Jestem katoliczką, nie wyznaję innej religii – odparła chłodno. – Ja ciebie nie nawracam na swoją wiarę.
    Agnieszka pokręciła gorliwie głową.
    – Nie, nie. Nie o to chodzi – zapewniała z determinacją. – Masz moc i powinnaś jej użyć. Ty jesteś wiedźmą.
    – Nie chcę używać mocy, by krzywdzić innych. – Dla bezkonfliktowej Malwy nie istniała inna opcja; dla przykładu nigdy nie myślała o odpłaceniu Sylwii i Dominice.
    – Musisz. Inaczej słabsi będą cierpieć. Tak jak ty. I ja.
    – To, że inni zachowują się poniżej poziomu, nie znaczy, że muszę i ja – zwerbalizowała swą myśl sprzed chwili Malwa.
    Wtedy Agnieszka sprawiała wrażenie, jakby wcześniej skrywała w sobie ogrom energii i właśnie znalazł on ujście.
    – Nie możesz tak! – zawołała, gestykulując szaleńczo. – Musisz mi pomóc! Oni wszyscy się ze mnie śmieją…!
    Być może emocjonalna ściana zdrodzona z leków odebrała i empatię, ale nie bez korzyści dla toczącej się obecnie chwili. Wtedy dostrzegła na twarzy Agnieszki ból, który ułożył jej wargi w dziecinną podkówkę.
    – Musisz mi pomóc! Jesteśmy takie same! – Wytoczyła ponownie te same działa.
    Malwa cierpliwie to znosiła, pewna iż musi być ostrożna, kiedy być może nad Kamilem wisiało nadnaturalne zagrożenie.
    – Nie zrobię tego – powtarzała, nie do końca świadoma, jak korzystać z nagłego przypływu asertywności. – Nie chcę nikogo krzywdzić. Nikt nie powinien.
Z oczu Agnieszki o oprawie kontrastująco ciemnej w zestawieniu z tlenionymi włosami popłynęły łzy. Dziewczyna zaczęła szlochać.
    – Myślałam, że się zaprzyjaźnimy – wyrzuciła z zatkanym nosem. – Jesteśmy takie sa…
    – Aga – wtrąciła, nie bez drżenia w głosie; nie cierpiała, kiedy ktoś przerywał jej
i nigdy nie zamierzała fundować komukolwiek tego samego. – Nie kosztem czyjegoś życia.     Nawet, jeśli ten ktoś sam krzywdził.
    – Ty chociaż masz chłopaka…
    Malwa nie uniknęła rumieńców. Potem wyjawiła swój pomysł, uformowany przez wirujące w jej głowie podczas całej rozmowy strzępy myśli. Problemy psychiczne czasem jednak przynoszą pożytek, uśmiechnęła się do siebie w duchu.
    – Aga, porozmawiajmy czasem – podjęła Malwa. – Myślę, że mimo wszystko możemy się od siebie czegoś nauczyć.
    Agnieszka Stolarz podskoczyła z piskiem radości. Pochyliła się, by uściskać Malwę. Ta nie odmówiła.

*

    Agnieszka obiecała zaprzestać czarnomagicznych praktyk i śladem Malwy odciąć się na jakiś czas od rodzącej chaos w głowie transcendencji. Malwa od Agnieszki czerpała siłę do bardziej udanych konfrontacji z przeciwnikami.
    – Przepraszasz mnie? – zdumiał się Kamil w trakcie kolejnych odwiedzin.
    Wtedy Agnieszka się uśmiechnęła, co zadziwiło nawet nawykłą do jej ekscentryczności Malwę.
    – Tak, czasem nie rozumiem, jak działają ludzie – odparła.
Potem Agnieszka Stolarz opuściła szpital. Malwa dostała od niej smsa, że wyjechała na drugi koniec Polski. Więcej się nie odezwała.
    Wypis Malwy ze szpitala nastąpił miesiąc po tym Agnieszki. W szkole uściskał ją Kamil, a klasa powitała uśmiechami i pytaniami o samopoczucie. Za Kamilem czaiła się Sylwia.
    Tym, co się zgadzało z relacją Agnieszki, było zaklejone oko. Niezgodność z kolei stanowił fakt nie znajdowania się w grobie.
    – Cześć – powitała Malwę mimo wszystko grobowym (sic!) głosem.
    Zza niej wychyliła się nieodłączna Dominika, która jeszcze zachowała wygląd cienia samej siebie.
    Malwa dostrzegła pana Marcina machającego im zza kolumny. Sylwia skrzyżowała ramiona i zapatrzyła się w swoje tenisówki.
    – Przepraszam. Zachowywałam się jak śmieć – powiedziała posadzce. – Mam nadzieję, że tyle wystarczy na nową spódnicę. – Podała jej kopertę.
    – Rozumiem. – Malwa nie miała nic więcej do powiedzenia.
    Malwina Amelia Łojek więcej nie zaznała przykrości ze strony koleżanek.
    Ba, za sprawą przerwy w uczęszczaniu do swojej szkoły zyskała zainteresowanie kilku osób.
    – Zajebiste masz te sukienki – zagaiła dziewczyna z drugiej klasy na przerwie.
    Malwa uśmiechnęła się i podziękowała za uznanie.
    Pierwszy dzień w szkole upłynął Malwie w poczuciu bycia samej sobie bohaterką, odnosiła wrażenie, iż większość celebrowała jej powrót, mimo że logika podpowiadała,
że takiego podejścia można było spodziewać się góra po kilku osobach. Niespodzianką natomiast nie było dołączenie do witających Rafała, dawnego przyjaciela z jej klasy. Malwa poczuła jego dłoń na ramieniu, a jej nozdrza omiotła woń dymu papierosowego nieudolnie skrywanego pod zapachem dezodorantu.
    – Hej, Malina.
    Malwa skinęła mu na powitanie, niepewna jego intencji, lecz pewna siebie bardziej niż kiedykolwiek. Czekała.
    – Co tam u ciebie? – odezwał się Rafał.
    – Lepiej, mam leki i brak problemów. – Malwa zwerbalizowała pierwszą myśl, jaka przyszła jej do głowy. – Jest dobrze.
    – To super.
    Jeszcze brakowało, by wzruszył ramionami. Wtedy Malwa pokusiła się na uwolnienie zła, które napędzało w erze bez leczenia jej objawy.
    – Rafał, gdy nie twoje pytania o to, czy nie otwieram się na działania złych bytów, które tak naprawdę wyznaję, nie wydarzyłoby się nic złego – wyrzuciła z siebie najgorsze.
    Rafał wyglądał na urażonego. Nie skruszonego czy smutnego.
    – Czyli nadal przerwa od odzywania się do siebie? – podsumował.
    – Jeśli tak ma wyglądać twoje poczucie humoru czy odpowiednik koleżeńskich kuksanców, to tak. – O dziwo, Malwa zdawała się podzielać odczucia, które przypisywała koledze.
    Czy to jest ta mityczna walka o siebie? A co ludzie powiedzą?, podszepnęła się
w myślach Malwy jej matka. Nic, odparła jej również w głębi swego steranego ostatnimi przejściami Malwa, jeśli zerwę z nimi kontakt to małe ryzyko, że powiedzą choćby słowo.
Być może ci sami, dla których była cichą mameją, obecnie zostanie nieprzyjemnie cichym, chłodnym odludkiem. Jedną z rzeczy, jakie mówił Malwie na terapii pan Marek,
to jedną z pewnych rzeczy jest domyślny brak wpływu na czyjeś działania. A Malwa nie grzeszyła charyzmą.
    – Rafał, bądźmy na cześć – powiedziała i się oddaliła na tyle szybko, by ukryć nogi jak z waty.
    Na tym ostatecznie skończył się rozpad paczki Malwy, finalnie w stałym kontakcie pozostała ona i Kamil. Związek Ewy i Maksa zdążył się rozpaść w czasie pobytu Malwy
w szpitalu, podobnie jak przyjaźń tego drugiego i Rafała. Cały ich niegdysiejszy pięciokąt przyjaźni przewodził w swych bokach więcej toksyn niż pozytywnej energii.
Malwa i Kamil coraz częściej odwiedzali podwarszawską Alice, co oznaczało litry herbaty
i tony ciast, a także basen gotówki dla kelnerki Moniki. Dorabiająca w kawiarni od kilku lat studentka zootechniki Monika Trzcina odstawiła brudne naczynia na zmywak i przyjrzała się dwójce gimnazjalistów. Młoda dobrze się bawiła z sięgającym sufitu kolegą. Chłopak objął dziewczynę ramieniem i przysunął do siebie, karmiąc szarlotką. Monikę rozczuliło to na tyle, że zdecydowała zakończyć Grę w Złe Przepowiednie. Pstryknęła palcami w rytm płynącej cicho z głośników muzyki japońskiej grupy Ali Project. Tak oto klątwa została zdjęta z Malwiny Amelii Łojek w ramach zakończenia wyzwania kształtowania siły charakteru.
Świat był okrutny, a wyroki Moniki Trzciny niezbadane.
    
    Gdzieś na drugim końcu Polski Agnieszka Stolarz rozpłynęła się w niebycie.

    Monika Trzcina, studentka trzeciego roku weterynarii, uczyła się do kolokwium
na zapleczu w pracy. W międzyczasie w ramach ćwiczeń rozciągających pozbywała się
ze swego organizmu nadmiaru energii. Co z nią robiła? Na pewno nie posyłała gdziekolwiek. Energię magiczną, z którą się narodziła, mogła przekazać bądź przekształcić. Pierwszym efektem przekazania energii było nadanie Agnieszce Stolarz umiejętności władania voodoo. Nie stanowiło to opus magnum Moniki, ale nie narzekała – autystyczna olbrzymka zyskała
na pewności siebie, mimo że nijak nie było tego po niej widać. Ale Monika wiedziała i czuła, kiedy dwa lata przed przybyciem Malwiny napotkała Agnieszkę, oglądającą menu przy stoliku w rogu. Wyśmiewana od samego początku, od pierwszej odpowiedzi na “cześć” kolegom czy koleżankom. To rozzłościło Monikę, wybuch śmiechu grupki z klasy Agnieszki, która tylko odpowiedziała im na powitanie. Plus, widać było, że odpowiedź kosztowała dziewczynę dużo wysiłku. Szybko użyczyła młodej magii voodoo. Następnie rozgoniła prześladowców i odezwała się do młodej:
    – Nie dawaj się tak, kochana. Świat to syf kręcący się na przekonaniu, że wrażliwość to wada.
    Nie otrzymała odpowiedzi. Ani nawet odrobiny kontaktu wzrokowego. Być może tak miał wyglądać kontakt z Agnieszką.
    – Agnieszka – usłyszała nagle Monika.
    Monika powstrzymała głupkowaty śmieszek na myśl o podobieństwie
do pokemonów, które zwykłe były porozumiewać się ze światem, wypowiadając swoje imiona. Chyba, że nauczyły się porozumiewać ludzką mową jak Meowth, maskotka Zespołu R. Poczuła cień pogardy wobec samej siebie, tak w tej chwili podobnej do rechoczących gimnazjalistów sprzed chwili. Różniło ich to, że ona paskudne skojarzenia, szyderczy dowcip mózgu dusiła w zarodku.
    – Monika – odparła w końcu ostrożnie. – Aga, pamiętaj, że zawsze możesz wpaść na herbatkę i ciacho. I że wystarczy włos czy dwa, by ożywić laleczkę.
Napotkała wzrok Agnieszki. Świdrujący jak być może kłębiące się wewnątrz pragnienie zemsty. Monika pożegnała dziewczynkę z uśmiechem i wróciła na zaplecze zmywać. Ot, taka oto dorywcza praca świeżo upieczonej przyszłej pani weterynarz.

    Dwa lata później Malwina Łojek – kolejna pierwszaczka – zagościła w Alice. Przeciwieństwo Agnieszki z postury, wewnętrznie bliższa rzeczywistości, lecz nie bez wycofania. To, co dwójka jej rówieśniczek uznała za słaby, wart wyśmiania punkt było niestandardowym stylem ubierania. Monika wyczuła jej aurę – pełną zmartwień, wobec spraw dla większości błahych. Drobinki predyspozycji do złorzeczenia orbitowały wewnątrz jadowicie żółtych smug energii. Monika szybko wsparła Malwę swoją mocą, wydobywając z auralnych atomów moc sprawczą. Potem z rozkoszą powiedziała o wszystkim panu Marcinowi, jej dobremu znajomemu z grona pedagogicznego. Facet na niejednej klasie wychowawczej zjadł zęby. Bywał też nieraz w kawiarni prywatnie, z rodziną. Czasem trafiał na Monikę, czasem ona dowiadywała się o odwiedzinach od współpracowników.
    – Co tam słychać u Malwy? – zagadnęła którejś lipcowej niedzieli Monika, postawiwszy przed panią Marcin karmelowe latte, między dziećmi rozdzieliwszy desery lodowe, a samemu Marcinowi podsunąwszy podwójne espresso. – Przetrwała jakoś pierwszą klasę?

*

    – Czyli już nic cię nie męczy? – postanowił się upewnić Kamil milionowy raz.
    Upalny wakacyjny dzień spędzali z Malwą we dwójkę w parku, chłopak już dawno się poddał i związał włosy, Malwa nawet nie próbowała walczyć i od razu po wstaniu uczesała się w dwa koczki, dla własnej satysfakcji dorzuciła lawendową sukienkę
w nietoperze, zamówioną za kieszonkowe za dobre oceny, z głębi Internetu. Słońce wydobywało z jej włosów w kolorze lnu złociste refleksy. Spojrzała uważnie na Kamila oczami okolonymi rzęsami pomalowanymi jak u lalki.
    – Dopóki stosuję leki, tak – odparła.
    Póki co, szczęśliwie obyło się bez skutków ubocznych. Których listę Malwa znała
na pamięć, po lekturze ulotki razy sto. Ot, jej mała prywatna biblia.
    Kamil otoczył ją ramieniem i cmoknął w policzek. Potem udali się w stronę placu zabaw, o dziwo w panujące obecnie popołudnie nie zatłoczonego. Malwa zachichotała
i zajęła huśtawkę. Kamil pokręcił głową w udawanej dezaprobacie i usiadł na huśtawce obok. Odepchnęli się od pokrytej piaskiem ziemi i przez chwilę rywalizowali, kto bardziej przybliży się do okręcenia wokół górnej, poziomej część kontrukcji, na której osadzono ich siedziska na łańcuchach. Potem udali się do Alice. Po raz milionowy w te wakacje.
Wycieczki w podsarszawskie rejony stanowiły ostatnio ich ulubione zajęcie, włączając w to pogawędki z Moniką. Ta przyjęła ich jak zawsze ciepło, z jeszcze cieplejszą herbatą, na którą dostali zniżkę stałego klienta. Kiedy Kamil udał się do toalety, Monika zajęła jego miejsce na kanapie i zagadnęła Malwę:
    – Słyszałam o twoim pobycie w szpitalu. Wszystko gra?
    Malwa, mimo że średnio trzy raz dziennie pytano ją o stan psychiczny, przytaknęła ze spokojem.
    – Przyjmuję leki. Nie może być inaczej.
    – Już nic złego z twoich myśli się nie sprawdza? – zapytała Monika niewinnie.
    Malwa poczuła się trochę jak u swojego terapeuty. Z tym, że to jego raczyła jakimikolwiek szczegółami, a Monika Trzcina pozostawała tylko sprzymierzeńcem. A Malwa zachowywała wstrzemięźliwość w dzieleniu się ze światem szczegółami ze swojego życia, a już w szczególności leczenia. Dla świętego spokoju przytaknęła. Seronil odciął ją od stresu towarzyszącego zazwyczaj nadmiernemu indagowaniu. Dziewczyny – studentka i gimnazjalistka – siedziały chwilę w niezręcznym milczeniu.
    – Jak dla mnie po prostu miałaś pecha – przerwała ciszę Monika. – Ja tylko przekułam go w coś dobrego. W narzędzie sprawiedliwości.
Na utkanej z seronilu szybie ukazała się głębsza rysa. Malwa aż wstała na wieść sprzed chwili.
    – Kochana, wyluzuj – spróbowała ją uspokoić z marnym skutkiem Monika. – Nie mów, że nie wyciągnęłaś z całej sytuacji wniosków.
    Malwina Ameli Łojek prawdopodobnie jeszcze nigdy nie czuła się tak zła. A przynajmniej
na tyle, by nie dusić tego w sobie. Co gorsza, nie mogła całkowicie określić, co stanowiło ostateczną przyczynę nadnaturalnego podłoża jej problemów sprzed paru miesięcy.
    – O czym ty w ogóle mówisz? – zapytała głupio, z absolutną pustką w głowie.
    Monika oplotła czubek swojego długiego warkocza wokół palca, bawiąc się koronkową czarną kokardą na końcu.
    – O twojej wielkiej mocy, Malwa – nie-tłumaczyła Monika. – To ja ci jej użyczyłam w krytycznym momencie. Widzisz, ile dzięki niej osiągnęłaś? Masz chłopaka, który za tobą szaleje, masz znajomych i elementarny szacunek rówieśników, który należy ci się
jak każdemu.
    Na twarzy Malwy powoli wykwitła zacięta mina.
    – Nie kosztem szpitala psychiatrycznego – wycedziła, cała czerwona we wściekłości.
    Czuła, jak jej nogi miękną, a organizm zalewa fala obezwładniającego gorąca. Powstały w konfrontacji z Moniką Trzciną stres zrodził nowe natręctwa.

    Zabij ją, zabij, zabij. Łyżeczką do herbaty wydłub jej oko.
    Nie!, krzyknęła Malwa wewnętrznie. Nie chcę robić nic złego!
    – Coś się stało? – chłodny głos Kamila przerwał kłótnię, a jego długi cień padł na Monikę.

    Ta pozostała milcząca i jedynie na nowo przywdziała swój służbowy uśmiech. Kamil prewencyjnie otoczył Malwę ramieniem. Ta zrobiła powolny, głęboki wdech, pozbywając się przynajmniej części złych emocji. Niemniej pragnęła wyrzucić z siebie wszystko i zamknąć już temat na dobre. Tak na sto procent.
    – Wybacz, Monika – uprzedziła mimo świadomości, że nie ma za co przepraszać.
    I powtórzyła to, co usłyszała. W obecności Moniki. Gdy skończyła, ze zdziwieniem odkryła, że oboje z Kamilem nadal tu stoją i żyją. Chyba że to iluzja, pojawiła się w jej głowie kolejna wyczarowana przez zaburzenia paskudna refleksja. Wraz z Kamilem popatrzyli na Monikę, oczekując jej reakcji.
    – Takie jest życie, nie zawsze milutkie – palnęła w odpowiedzi. – Najlepiej już tutaj nie przychodźcie. Chyba, że chcecie mieć wyczyszczone mózgi.

    Malwa i Kamil wymienili spojrzenia i bez słowa zrozumieli, że to jedyna opcja na ten moment.

    O tyle dobrze, że jak okazało się potem, kawiarnia Alice zniknęła zarówno fizycznie, jak i z jakichkolwiek map czy internetowych wzmianek.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bardzo straszny sklep – część pierwsza

Metalowe Love: Popieprzony Piątek

Metalowe Love: Gorzej nie będzie. Eliksir samouwielbienia