Proszę państwa, oto szpital
Content Warning: autoagresja, śmierć
Maja Baranowska-Karwacka
Proszę państwa, oto szpital
Złe samopoczucie i przetwarzanie wszystkich zmartwień aż do złogów niestrawnych resztek myśli było silną stroną Malwy. Oto Malwina Amelia Łojek, lat trzynaście – mistrzyni w dziedzinie słabości. Obecnie na Seronilu dziesiątce, parę dni temu zdiagnozozowana w kierunku zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych.
Od czasu jej pierwszego w życiu napadu paniki kilka dni temu, nie spotkała Agnieszki Stolarz z trzeciej gimnazjum – koleżanki o wzroście sięgającym niemal sufitu, w przeciwieństwie do umiejętności socjalnych. To samo tyczyło się Sylwii Jankowskiej, jednej z prześladowczyń, która pocięła spódnicę Malwy po jej omdleniu. To tak zamiast… no nie wiem, pomocy? Dominika Toporek, funfelka tejże, wyglądała, jakby za chwilę miała przestać istnieć. Dosłownie, zrobić puff! i zniknąć. Malwie to nie przeszkadzało, dopóki ta naprawdę nie zniknęła w podejrzanych okolicznościach. Ogółem, po tej burzy sytuacja była stabilna.
Jednak czy brak wyrzutów sumienia po zaginięciu Sylwii był czymś złym? Być może Malwa dowiedziałaby się, gdyby dotarła na dzisiejszą lekcję religii. Niemniej nie zrobiła tego, mając w pamięci, czego dotyczyły natręctwa poprzedzające atak. I kto do nich doprowadził. Podążając tą drogą, wyeliminowała z życia dwa czynniki: uczęszczanie na katechezy – po bojach z rodzicami – oraz kontakt z Rafałem Paschalskim z jej klasy, który podsunął jej pomysł, że być może spotkała ją kara boska. Na ten moment ocalić mógł ją tylko święty – o ironio – spokój.
– Czy możesz mi powiedzieć, czemu się do mnie nie odzywasz? – strzelił po dwóch tygodniach Rafał.
Malwa, mimo przekonania – mimo wszystko dość mglistego – o słuszności własnej decyzji, poczuła się źle bez wcześniejszego rozmówienia się z kolegą. Świat wokół spowolnił, zazwyczaj wykonujący raczej dynamiczne ruchy uczniowie opływali z wolna dwójkę, jakby dla podkreślenia, że najgorsze dopiero przed Malwą, więc żeby nie martwiła się na zapas.
– Potrzebuję czasu. – Słowa prawie utkwiły jej w gardle. – Powiem ci, jak ochłonę.
Reszta paczki w postaci Maksa, Ewki i Kamila pochłonięta była ekspresowym spisywaniem pracy domowej. Wszyscy jak na trzy-cztery zmarszczyli brwi w wysiłku. Jak zrobić, żeby się nie narobić, a przetrwać. I mieć jeszcze tak z minutkę wolną do lekcji.
– Mówiłam, zamień słowa miejscami, żeby nie wyszło, że zżynałeś ode mnie
– ofuknęła Maksa Ewka.
Ten zaczerwienił się, jakby co najmniej pękły mu spodnie w miejscu publicznym. Malwa mimo okropnej sytuacji nie mogła się nie uśmiechnąć – para znajomych wyraźnie miała się ku sobie. Niemniej zupełnie przeciwną relację miała na ten moment z Rafałem.
– Malwa, daj spokój – jęknął ten. – Wiesz, że możesz powiedzieć mi wszystko.
No właśnie nie – po wyjawieniu mu, iż natrętne myśli stanowią w istocie rodzaj przepowiedni zaowocowały wpędzeniem w jeszcze gorszy stan, uwieńczony omdleniem. Grzechem byłoby pozostawić te słowa w głowie Malwy, co ta niestety uczyniła.
– Daj mi jeszcze miesiąc – powiedziała z poczuciem mentalnego osłabienia.
Otoczenie wlokło się niesamowicie, niemożliwe, że to się działo, czemu wtedy, kiedy ostatnim, o czym marzyła Malwa przed trudnym przedmiotem to jeszcze trudniejsza rozmowa o sensie życia i tym, czy ona sama ma prawo do swoich granic, czy jednak powstała, by nią pomiatano. Dzwonek na lekcję ocalił ją przed dalszą rozmową.
– Cholerny francuski — burknął Kamil, niepocieszony że nie zdążył odpisać wszystkiego od Ewki.
– …francuski, język miłości – palnął Maks, a jego głupi wzrok powędrował
w nieznane.
Aż zatrzymał się na Ewce, która tylko wybuchnęła nerwowym śmiechem. Malwa
z Rafałem i Kamil łaskawie zignorowali sytuację.
Czterdzieści pięć minut słówek z krainy przepysznym komiksem i żabami na talerzu płynącej minęło Malwie na rozmyślaniu. Przede wszystkim analizowaniu, czy przypadkiem nie sprowadzi na nikogo nieszczęścia. Najwięcej starań wkładała w oddzieleniu się grubą szybą obojętności od Rafała. Samą szybę generowały leki, wysysając z Malwy emocje i zachowując w bezpiecznej od niej odległości.
– A teraz wyciągamy karteczki – oznajmił pan Marcin (tak, to również jego nazwisko), wychowawca i nauczyciel francuskiego w jednym.
Malwa nie spodziewała się, że odrobienie pracy domowej potrafi zdziałać takie cuda jak piątka z francuskiego. Zaletą wspomnianej mentalnej szyby było odcięcie również od czynników zakłócających naukę. Malwa wyłowiła spośród wszystkich piętnastu par oczu grupy w salce ponure spojrzenie Kamila. Speszona, ponownie zawiesiła wzrok na jesieni za oknem.
Jej paczka jak za sprawą magii uległa pewnemu rozpadowi, odkąd urwała kontakt
z Rafałem. Kamil Lewandowski miał trzynaście lat jak ona i steranie życiem kilkudziesięciolatka w oczach po sromotnej porażce na francuskim. Malwa niemal dostrzegała odbicie wojny w Wietnamie na jego twarzy. Mimo to nadal przyciągał koleżanki chętne opowiedzieć mu o swoim dniu w szkole czy nadłożyć drogi powrotnej ze szkoły, byle pokonać tę odległość wspólnie. Malwa miała nad nimi tą przewagę, że częściowo podzielała metalowe muzyczne upodobania kumpla z klasy. Kamil Lewandowski, mimo dzisiejszego epatowania przegranym starciem, zachował miłą aparycję i rys tajemniczości. Tak jak w pierwsze dni szkoły, po prostu podeszła i przywitała się cicho. Kamil skinął jej na powitanie.
– Kiepska dziś pogoda, co? – Malwa dzielnie zdusiła niepewność w głosie. – Nie sprzyja… niczemu.
Kamil potakiwał. Kiwał głową, utrzymując kontakt wzrokowy ze ścianą. Potem odgonił włosy z twarzy, odsłaniają ucho, w którym tkwiła słuchawka. Malwa miała chęć schować się pod ziemię i zakopać aż po Chiny. Głucha na wołanie kolegi podreptała na biologię, a za nią niemal unosił się dym pochodzący z trawiących ją płomieni wstydu. Malwina Amelia Łojek pacnęła pośladkami o podłogę pod klasą bez życia niczym znoszona po całym dniu skarpetka. Pozostała w tej roli do dzwonka. Na lekcji odkryła, że na miejscu obok niej brakuje Rafała. Malwa – nie bez smutku – uznała to za konsekwencję działań w kierunku polepszenia stanu własnego zdrowia.
– Hej, zamieniam się z Paschalskim – usłyszała, zająwszy swoje krzesło z przodu.
Był to Kamil. Malwa poczuła ciepło na twarzy.
– J-jasne – odparła.
Kolega usiadł obok i związał na szybko włosy. Na jego twarzy o ostrych rysach zawitało skupienie. Dzisiejszą koszulkę Kamila sponsorował zespół Morbid Angel. Czterdziestopięciominutowa opowieść o ssakach minęła Malwie na zwalczaniu senności.
Malwa, mimo przekonania – mimo wszystko dość mglistego – o słuszności własnej decyzji, poczuła się źle bez wcześniejszego rozmówienia się z kolegą. Świat wokół spowolnił, zazwyczaj wykonujący raczej dynamiczne ruchy uczniowie opływali z wolna dwójkę, jakby dla podkreślenia, że najgorsze dopiero przed Malwą, więc żeby nie martwiła się na zapas.
– Potrzebuję czasu. – Słowa prawie utkwiły jej w gardle. – Powiem ci, jak ochłonę.
Reszta paczki w postaci Maksa, Ewki i Kamila pochłonięta była ekspresowym spisywaniem pracy domowej. Wszyscy jak na trzy-cztery zmarszczyli brwi w wysiłku. Jak zrobić, żeby się nie narobić, a przetrwać. I mieć jeszcze tak z minutkę wolną do lekcji.
– Mówiłam, zamień słowa miejscami, żeby nie wyszło, że zżynałeś ode mnie
– ofuknęła Maksa Ewka.
Ten zaczerwienił się, jakby co najmniej pękły mu spodnie w miejscu publicznym. Malwa mimo okropnej sytuacji nie mogła się nie uśmiechnąć – para znajomych wyraźnie miała się ku sobie. Niemniej zupełnie przeciwną relację miała na ten moment z Rafałem.
– Malwa, daj spokój – jęknął ten. – Wiesz, że możesz powiedzieć mi wszystko.
No właśnie nie – po wyjawieniu mu, iż natrętne myśli stanowią w istocie rodzaj przepowiedni zaowocowały wpędzeniem w jeszcze gorszy stan, uwieńczony omdleniem. Grzechem byłoby pozostawić te słowa w głowie Malwy, co ta niestety uczyniła.
– Daj mi jeszcze miesiąc – powiedziała z poczuciem mentalnego osłabienia.
Otoczenie wlokło się niesamowicie, niemożliwe, że to się działo, czemu wtedy, kiedy ostatnim, o czym marzyła Malwa przed trudnym przedmiotem to jeszcze trudniejsza rozmowa o sensie życia i tym, czy ona sama ma prawo do swoich granic, czy jednak powstała, by nią pomiatano. Dzwonek na lekcję ocalił ją przed dalszą rozmową.
– Cholerny francuski — burknął Kamil, niepocieszony że nie zdążył odpisać wszystkiego od Ewki.
– …francuski, język miłości – palnął Maks, a jego głupi wzrok powędrował
w nieznane.
Aż zatrzymał się na Ewce, która tylko wybuchnęła nerwowym śmiechem. Malwa
z Rafałem i Kamil łaskawie zignorowali sytuację.
*
Czterdzieści pięć minut słówek z krainy przepysznym komiksem i żabami na talerzu płynącej minęło Malwie na rozmyślaniu. Przede wszystkim analizowaniu, czy przypadkiem nie sprowadzi na nikogo nieszczęścia. Najwięcej starań wkładała w oddzieleniu się grubą szybą obojętności od Rafała. Samą szybę generowały leki, wysysając z Malwy emocje i zachowując w bezpiecznej od niej odległości.
– A teraz wyciągamy karteczki – oznajmił pan Marcin (tak, to również jego nazwisko), wychowawca i nauczyciel francuskiego w jednym.
Malwa nie spodziewała się, że odrobienie pracy domowej potrafi zdziałać takie cuda jak piątka z francuskiego. Zaletą wspomnianej mentalnej szyby było odcięcie również od czynników zakłócających naukę. Malwa wyłowiła spośród wszystkich piętnastu par oczu grupy w salce ponure spojrzenie Kamila. Speszona, ponownie zawiesiła wzrok na jesieni za oknem.
Jej paczka jak za sprawą magii uległa pewnemu rozpadowi, odkąd urwała kontakt
z Rafałem. Kamil Lewandowski miał trzynaście lat jak ona i steranie życiem kilkudziesięciolatka w oczach po sromotnej porażce na francuskim. Malwa niemal dostrzegała odbicie wojny w Wietnamie na jego twarzy. Mimo to nadal przyciągał koleżanki chętne opowiedzieć mu o swoim dniu w szkole czy nadłożyć drogi powrotnej ze szkoły, byle pokonać tę odległość wspólnie. Malwa miała nad nimi tą przewagę, że częściowo podzielała metalowe muzyczne upodobania kumpla z klasy. Kamil Lewandowski, mimo dzisiejszego epatowania przegranym starciem, zachował miłą aparycję i rys tajemniczości. Tak jak w pierwsze dni szkoły, po prostu podeszła i przywitała się cicho. Kamil skinął jej na powitanie.
– Kiepska dziś pogoda, co? – Malwa dzielnie zdusiła niepewność w głosie. – Nie sprzyja… niczemu.
Kamil potakiwał. Kiwał głową, utrzymując kontakt wzrokowy ze ścianą. Potem odgonił włosy z twarzy, odsłaniają ucho, w którym tkwiła słuchawka. Malwa miała chęć schować się pod ziemię i zakopać aż po Chiny. Głucha na wołanie kolegi podreptała na biologię, a za nią niemal unosił się dym pochodzący z trawiących ją płomieni wstydu. Malwina Amelia Łojek pacnęła pośladkami o podłogę pod klasą bez życia niczym znoszona po całym dniu skarpetka. Pozostała w tej roli do dzwonka. Na lekcji odkryła, że na miejscu obok niej brakuje Rafała. Malwa – nie bez smutku – uznała to za konsekwencję działań w kierunku polepszenia stanu własnego zdrowia.
– Hej, zamieniam się z Paschalskim – usłyszała, zająwszy swoje krzesło z przodu.
Był to Kamil. Malwa poczuła ciepło na twarzy.
– J-jasne – odparła.
Kolega usiadł obok i związał na szybko włosy. Na jego twarzy o ostrych rysach zawitało skupienie. Dzisiejszą koszulkę Kamila sponsorował zespół Morbid Angel. Czterdziestopięciominutowa opowieść o ssakach minęła Malwie na zwalczaniu senności.
Ot, kolejna reakcja obronna organizmu. Naturalnie, siły do życia powróciły po ostatnim dzwonku. Malwa założyła grafitową kurtkę, wzięła torbę i ruszyła do wyjścia, posyłając woźnej grzecznie „do widzenia”. Zaraz po tym dobiegło ją pożegnanie od kogoś innego, to jest Kamila.
– Hej, Malwa.
Nie udało jej się udawać bycia pochłoniętą własnym życiem.
– Kamil – w jej ustach zabrzmiało to jak ostatnie słowa.
To o dziwo nie zniechęciło Kamila Lewandowskiego.
– W którą stronę idziesz? – indagował.
Malwa powiedziała.
– Ja tak samo. – Brak klamstwa ze strony Malwy niczym magia wywołał u Kamila uśmiech.
– No to chodźmy. – W duchu Malwa odmawiała zdrowaśki za uniknięcie powtórki
z omdlenia.
Łyse konary burych drzew przecinały szarawe niebo, zwiastując nadchodzące coraz większe i większe zimno. Wraz z każdym dniem Warszawa desaturowała coraz mocniej. Malwę wraz z Kamilem pochłonął tłum uczniów i dorosłych.
– Słyszałem o tym, co cię spotkało – odezwał się chłopak.
– Nie dziwię się – mruknęla Malwa. – Po omdleniu na środku szkoły każdy miałby swoje pięć minut sławy.
Kamil uśmiechnął się pod nosem. To schlebiało Malwie. Tym razem dziewczyna wyjątkowo pozwoliła sobie na słodki rumieniec.
– Odkupiły ci chociaż tę spódnicę?
– Odkupił–a. Dominika. Po Sylwii ślad zaginął.
Brwi Kamila podjechały tak wysoko, że prawie odfrunęły mu z czoła.
– Niby jak? – zdumiał się. – Nie wyrzucili jej ze szkoły?
Malwa wzruszyła ramionami.
– Nawet wtedy Dominika nie zostałaby sama. Rozumiesz: albo zadaje się z Sylwią, albo z nikim. Pozostawiona samej sobie, czuje się zbędna światu.
– Hej, Malwa.
Nie udało jej się udawać bycia pochłoniętą własnym życiem.
– Kamil – w jej ustach zabrzmiało to jak ostatnie słowa.
To o dziwo nie zniechęciło Kamila Lewandowskiego.
– W którą stronę idziesz? – indagował.
Malwa powiedziała.
– Ja tak samo. – Brak klamstwa ze strony Malwy niczym magia wywołał u Kamila uśmiech.
– No to chodźmy. – W duchu Malwa odmawiała zdrowaśki za uniknięcie powtórki
z omdlenia.
*
Łyse konary burych drzew przecinały szarawe niebo, zwiastując nadchodzące coraz większe i większe zimno. Wraz z każdym dniem Warszawa desaturowała coraz mocniej. Malwę wraz z Kamilem pochłonął tłum uczniów i dorosłych.
– Słyszałem o tym, co cię spotkało – odezwał się chłopak.
– Nie dziwię się – mruknęla Malwa. – Po omdleniu na środku szkoły każdy miałby swoje pięć minut sławy.
Kamil uśmiechnął się pod nosem. To schlebiało Malwie. Tym razem dziewczyna wyjątkowo pozwoliła sobie na słodki rumieniec.
– Odkupiły ci chociaż tę spódnicę?
– Odkupił–a. Dominika. Po Sylwii ślad zaginął.
Brwi Kamila podjechały tak wysoko, że prawie odfrunęły mu z czoła.
– Niby jak? – zdumiał się. – Nie wyrzucili jej ze szkoły?
Malwa wzruszyła ramionami.
– Nawet wtedy Dominika nie zostałaby sama. Rozumiesz: albo zadaje się z Sylwią, albo z nikim. Pozostawiona samej sobie, czuje się zbędna światu.
Kamil zaśmiał się, mimo że nie był to żart, a stwierdzenie faktu. Pominęła kwestię,
że nie tylko Sylwię pochłonęła nicość. Tylko kogo interesowała cicha, ponura olbrzymka Agnieszka Stolarz?
Szkolne dni mijały, a szkolna społeczność rosła, prędzej czy później dojrzewała, zmieniała się, co rodziło z czasem brak dalszej kompatybilności w zawartych na początku przyjaźniach czy pierwszych miłościach. Tendencja ta nie ominęła i Malwinej paczki. Urwanie przez Malwę kontaktu z Rafałem zapoczątkowało rozsypkę w grupie. Rafał oddalił się od kiedyś nieodłącznego Maksa, pozostając na uboczu. Ten drugi w okolicach Mikołajek przesiadł się do Ewki, a ich trwanie w przytuleniu na każdej lekcji mówiło o ich relacji wszystko, co potrzebowało wiedzieć otoczenie. To pozostawiało Malwinę Łojek z Kamilem, który raczej stronił od życia towarzyskiego. Chyba, że mowa o koncertach, aczkolwiek i na tych chłopak trzymał się z dala od pogo czy innego glanowego tornado pod sceną. Wszystko było ok, dopóki Malwa nie odkryła, że przy chłopaku wzrastają jej siły do życia, a kiedy ten zarzucał włosy na kark, prawie topniała. Zwłaszcza, że już kilka razy pojawili się wspólnie
w podwarszawskiej kawiarni Alice. Małomówność Kamila nadrabiała znana już Malwie kelnerka Monika, która nie tylko rozkręcała rozmowę między dwojgiem, ale i spoglądała
na Malwę porozumiewawczo. Ta pozwalała rozlać się na swojej porcelanowej buzi rumieńcowi. Ostatnio stanęła przed lustrem i odkryła, że to wyśmienite ukronowanie wyglądu lalki.
Na godzinie wychowawczej pod koniec listopada odbyło się losowanie mikołajkowe. Malwa poprawiła we włosach opaskę z czarnymi różami i rozwinęła swój los. Prawie spadła z krzesła.
Dominika. Podnóżek dawno nie widzianej Sylwii. Dawniej kolorowa jak paw, obecnie w przygaszonych kolorach jak jej przyjaciółka. Spory spadek wagi na przestrzeni ostatniego miesiąca. Konfrontacja z faktem i lodowate ukłucie w klatce piersiowej przykuły Malwę do krzesła, ale dziewczyna po chwili podniosła się i wmieszała między osoby z klasy omawiające w grupkach swoje wyniki losowania. Pokręciła się po sali, rozglądając.
– Czy ktoś się chce zamienić za Dominikę? – wymamrotała w gwarną klasę.
Popatrzyła na nią jedynie Ewka, która szybko wróciła do zabawy włosami Maksa. Malwina Łojek zrozumiała wtedy, że nie ma jaj, by zrobić, co zamierzała. Ze spuszczoną głową i łomoczącym sercem podreptała po swojej ławki. Kamil podniósł głowę znad podręcznika do WOS-u, z którego sprawdzian czekał klasę na następnej lekcji. Napotkał spojrzenie Malwy.
– Wylosowałam Dominikę – ta uprzedziła wszelkie pytania.
– …uchh – wyraził współczucie Kamil, chyba niepewny, czy to brzmi wiarygodnie.
– Też tak sądzę – odparła Malwa zrezygnowana i utkwiła wzrok w przeklętym mikołajkowym świstku.
– Zamień się z kimś? – próbował doradzić chłopak.
– Nikt nie chce.
Zaiste, Dominika od czasu incydentu z Malwą została zdegradowana do antystatusu klasowego wyrzutka.
– To kup jej prezent.
że nie tylko Sylwię pochłonęła nicość. Tylko kogo interesowała cicha, ponura olbrzymka Agnieszka Stolarz?
*
Szkolne dni mijały, a szkolna społeczność rosła, prędzej czy później dojrzewała, zmieniała się, co rodziło z czasem brak dalszej kompatybilności w zawartych na początku przyjaźniach czy pierwszych miłościach. Tendencja ta nie ominęła i Malwinej paczki. Urwanie przez Malwę kontaktu z Rafałem zapoczątkowało rozsypkę w grupie. Rafał oddalił się od kiedyś nieodłącznego Maksa, pozostając na uboczu. Ten drugi w okolicach Mikołajek przesiadł się do Ewki, a ich trwanie w przytuleniu na każdej lekcji mówiło o ich relacji wszystko, co potrzebowało wiedzieć otoczenie. To pozostawiało Malwinę Łojek z Kamilem, który raczej stronił od życia towarzyskiego. Chyba, że mowa o koncertach, aczkolwiek i na tych chłopak trzymał się z dala od pogo czy innego glanowego tornado pod sceną. Wszystko było ok, dopóki Malwa nie odkryła, że przy chłopaku wzrastają jej siły do życia, a kiedy ten zarzucał włosy na kark, prawie topniała. Zwłaszcza, że już kilka razy pojawili się wspólnie
w podwarszawskiej kawiarni Alice. Małomówność Kamila nadrabiała znana już Malwie kelnerka Monika, która nie tylko rozkręcała rozmowę między dwojgiem, ale i spoglądała
na Malwę porozumiewawczo. Ta pozwalała rozlać się na swojej porcelanowej buzi rumieńcowi. Ostatnio stanęła przed lustrem i odkryła, że to wyśmienite ukronowanie wyglądu lalki.
*
Na godzinie wychowawczej pod koniec listopada odbyło się losowanie mikołajkowe. Malwa poprawiła we włosach opaskę z czarnymi różami i rozwinęła swój los. Prawie spadła z krzesła.
Dominika. Podnóżek dawno nie widzianej Sylwii. Dawniej kolorowa jak paw, obecnie w przygaszonych kolorach jak jej przyjaciółka. Spory spadek wagi na przestrzeni ostatniego miesiąca. Konfrontacja z faktem i lodowate ukłucie w klatce piersiowej przykuły Malwę do krzesła, ale dziewczyna po chwili podniosła się i wmieszała między osoby z klasy omawiające w grupkach swoje wyniki losowania. Pokręciła się po sali, rozglądając.
– Czy ktoś się chce zamienić za Dominikę? – wymamrotała w gwarną klasę.
Popatrzyła na nią jedynie Ewka, która szybko wróciła do zabawy włosami Maksa. Malwina Łojek zrozumiała wtedy, że nie ma jaj, by zrobić, co zamierzała. Ze spuszczoną głową i łomoczącym sercem podreptała po swojej ławki. Kamil podniósł głowę znad podręcznika do WOS-u, z którego sprawdzian czekał klasę na następnej lekcji. Napotkał spojrzenie Malwy.
– Wylosowałam Dominikę – ta uprzedziła wszelkie pytania.
– …uchh – wyraził współczucie Kamil, chyba niepewny, czy to brzmi wiarygodnie.
– Też tak sądzę – odparła Malwa zrezygnowana i utkwiła wzrok w przeklętym mikołajkowym świstku.
– Zamień się z kimś? – próbował doradzić chłopak.
– Nikt nie chce.
Zaiste, Dominika od czasu incydentu z Malwą została zdegradowana do antystatusu klasowego wyrzutka.
– To kup jej prezent.
Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Co miała zrobić Malwa celem uniknięcia okropieństw tego świata? Nie wychodzić z domu? Jeszcze, o zgrozo, usłyszałaby o czymś dużo gorszym w radiu.
– Kupię jej prezent – powtórzyła. – Ale ty idziesz ze mną pomóc w wyborze.
Podręcznik od WOS-u wylądował na podłodze.
– Cooo? – zbulwersował się Kamil, na co Malwa tylko zachichotała perliście, mimo śladu nieprzyjemnego odczucia w klatce piersiowej. Dawniej byłoby gorzej, podniosła się
na duchu.
Chłopak popatrzył na swoje kolana nadąsany. Malwa uznała nieśmiało w duchu,
że być może ma kolegę w garści. Cały czerwony Kamil Lewandowski popatrzył na Malwę, na co twarz jej samej nabrała malinowego odcienia. Lalką jestem, powtarzała sobie, lalki mają rumieńce.
– No dobra – burknął Kamil, a jasne pukle opadły mu na twarz, uwydatniając jego zawstydzenie. – Pomogę ci wybrać coś, co sprawi, że będziesz jej się śniła do końca życia.
Reakcja obronna organizmu Malwy wspierana lekami podpowiadała, iż warto przyjąć z optymizmem ten dziwaczny moment.
*
– Kupię jej prezent – powtórzyła. – Ale ty idziesz ze mną pomóc w wyborze.
Podręcznik od WOS-u wylądował na podłodze.
– Cooo? – zbulwersował się Kamil, na co Malwa tylko zachichotała perliście, mimo śladu nieprzyjemnego odczucia w klatce piersiowej. Dawniej byłoby gorzej, podniosła się
na duchu.
Chłopak popatrzył na swoje kolana nadąsany. Malwa uznała nieśmiało w duchu,
że być może ma kolegę w garści. Cały czerwony Kamil Lewandowski popatrzył na Malwę, na co twarz jej samej nabrała malinowego odcienia. Lalką jestem, powtarzała sobie, lalki mają rumieńce.
– No dobra – burknął Kamil, a jasne pukle opadły mu na twarz, uwydatniając jego zawstydzenie. – Pomogę ci wybrać coś, co sprawi, że będziesz jej się śniła do końca życia.
Reakcja obronna organizmu Malwy wspierana lekami podpowiadała, iż warto przyjąć z optymizmem ten dziwaczny moment.
*
Wypad odbył się od razu po lekcjach, a droga do galerii wiodła przez przyozdobioną girlandami i lampkami aleję, o pierwszym śniegu nie wspominając. Aż grzech nie wziąć się za ręce, patrząc na mijane po drodze pary. Malwa jednak doceniła bieżącą chwilę taką, jaka była. Malwa i Kamil u progu galerii otrząsnęli się ze śniegu i upchnęli w kieszeniach kurtek czapki i inne elementy zimowych zbroi. Malwa uśmiechnęła się z lekkością taką samą, jaką odczuwała wewnętrznie.
– Najpierw ciuchy – rzuciła, nie bez zająknięcia.
– …i wybierzemy jej taki prezent, że znienawidzi chodzenie po sklepach? – poddał w wątpliwość jej złowieszczy plan Kamil. – Daj spokój, jeszcze odnajdzie sens życia i zapomni o Sylwii.
Malwa zachichotała. Dwójka wybrała się do Prezentowego Raju – sklepiku słynącego ze upominków pokroju tańczących pluszowych przyrodzeń. Nie zabrakło ich i dzisiaj, wszak stanowiły główne danie asortymentu przybytku. Które Malwa i Kamil ominęli szerokim łukiem, kierując się ku pluszakom.
– Hej patrz, ten wygląda jak Sylwia – wykazał się sokolim wzrokiem Kamil.
Malwa popatrzyła na pokazaną przez kolegę dolną półkę regału, obfitującą w pluszowe zombie i szkielety. Najpierw rozbawił ja żart, aż zrozumiała, że Sylwia to nie postać z kreskówki. Mimo, że nie wiedział, co ją spotkało i czy wyszła z tego cało, jeśli tak. Czy zakładanie z góry, iż jej prześladowczynię dorwała karma, było złe? Zaliczało się do grzechów? O Boże. O nie. Malwa dla pewności wciągnęła głęboko powietrze. Docierało do samego dna płuc, na całe szczęście. Natychmiast porzuciła myśli o sile wyższej i zbliżających ku wiecznemu potępieniu punktach karnych, które zebrała. Skorzystała z niedawnej rady mamy i skupiła się na miłych rzeczach. Na przykład na włosach Kamila.
– Malina? – odezwał się ten. – Decyduj. Mniej lub bardziej martwa maskotka?
Malwą zakołysały nudności.
– Żadna – wychrypiała.
Poczuła na ramieniu dłoń chłopaka.
– Wszystko gra? – zapytał.
– Tak – skłamała Malwa, z nagła nadpobudliwa. – Weźmy cokolwiek.
Kamil pokiwał głową. Do kasy udali się z pluszowym hamburgerem.
– Dominika nie lubi fast foodów – tłumaczyła Malwa. – To ją rozwścieczy!
Kamil nie wyglądał nawet, jakby próbował udawać, że jej wierzy.
*
Nocą Malwa nie zmrużyła oka, aż do przyjęcia pierwszej w życiu hydroksyzyny. Kwadrans później myśli o bezbożności – wraz z bezsennością – ustąpiły. Nim Malwina Ąmelia Łojek zawitała w krainie snów, uśmiechnęła się do produktu lepszego samopoczucia – myśli o Kamilu. Kolega całkiem nieźle rozprawił się w ostatnim czasie ze swoim wewnętrznym bucem.
*
Potem nadeszły klasowe Mikołajki. Malwę przytłaczał nadmiar bodźców w tym dzisiejszego sprawdzianu oraz dwóch kartkówek. Oczywiście po to, by nie zrobić ich tuż przed nadciągającą przerwą świąteczną.
Zakup pluszowego burgera był drobnostką. Gorzej, kiedy wręczenie prześmiewczego prezentu Dominice miało stać się faktem – skonfrontowana z nim Malwa czuła, że zaraz runie fizycznie i mentalnie. Nie wytrzymała i wyszła do toalety zażyć hydroksyzynę. Widywała dziewczyny ze starszych klas biorących w przebieralniach przed WF-em tabletki antykoncepcyjne, nie przejmując się, jaki i od kogo komentarz mogłyby usłyszeć. Jej samej zabrakło sił w przypadku leku uspokajającego. Tłamszony przez lęk głosik rozsądku podszeptywał, iż najprawdopodobniej nikt w sali nie ma pojęcia, jakiego przeznaczenia są jej leki. Zresztą, najpewniej nie ona jedyna w klasie czy szkole brała jakiegokolwiek rodzaju pigułki. Na wszelki wypadek jednak z pomocą hydroksyzyny postawiła – tak jak nocą – szybę pomiędzy własnym ciałem a emocjami. Nadal czując totalny brak przygotowania, wróciła do klasy i drżącymi dłońmi sięgnęła do plecaka po upominek dla Dominki. Nogi jak z waty sprawiały, że Malwa niemal frunęła w stronę koleżanki, lekka jak porzucona reklamówka. Dzięki hydroksyzynie przynajmniej nie czuła już, jak skaza dla środowiska i w ogóle świata.
– Hej – powiedziała Malwa szaroburej masie, na jaką w gigantycznej bluzie wyglądała Dominika.
Twarz Dominiki, dawniej opalona, obecnie miała zgniły odcień.
– Czego chcesz – wyrzuciła, gubiąc gdzieś znak zapytania i ton wypowiedzi sugerujący jakąkolwiek wolę życia.
Malwa była bliska ucieczki, ale desperacja zaprowadziła ją w innym kierunku. Pragnęła już po prostu wrócić do do domu, do swojego pokoju, pod ciepły czarny kocyk w różowe grochy, tylko Malwa, laptop i oglądanie porcelanowych lalek w internetowym antykwariacie.
– Wylosowałam cię na Mikołajki. Trzymaj – wręczyła Dominice ozdobną papierową torebkę.
Dominika Toporek nie udawała zaskoczenia ani innych emocji. Było to straszne,
ale nie bez sensu. Być może Dominika – co było przedmiotem ostatniej refleksji Malwy – przyjmowała to, co ją spotykało takim, jakim jest i miało być, dokładnie wedle planu, jaki miał miał wobec niej los. Dominika postawiła pakunek na szkolnym pulpicie bez rozpakowywania.
– Dzięki – wychrypiała w gablotę z podręcznikami, za którą była ukryta.
– Niemazaco, nawzajem – również wymamrotała formułkę Malwa i ulotniła się czym prędzej.
Czuła cień dumy, czym nie omieszkała podzielić się z Kamilem. Ten w odpowiedzi uśmiechnął się lekko i uniósł kciuki. Blond włosy przysłoniły mu oko.
– Pokonałaś swój strach, oszukałaś przeznaczenie – chwalił a Malwa nieco pogubiła się w mieszance sarkazmu i życzliwości, niepewna Kamil czy poważnie podziela jej radość ze zwycięstwa, czy patrzy na nie z pobłażaniem z racji jego niewielkich rozmiarów.
– Martwi mnie tylko jedno – przyznała Malwa szeptem. – Z Dominiką jest coraz gorzej.
Kamil wzruszył ramionami.
– Musi się oswoić z tym, co spotkało Sylwię. Ciesz się, że karma wzięła je za twarze.
Malwa daleka była od takich myśli, które kończyły się nieszczęściem. Kiedy jednak po wspólnym powrocie ze szkoły z Kamilem rozeszli się w swoje strony, wróciły, przypominając o wieczornym Seronilu. Oby Dominikę wykończyło, grzech nie odstrzelić łba żywemu trupowi. Co?
CO? Malwa przyspieszyła, wierząc, że pozostałe jej dziesięć minut do dotarcia pod swój blok pokona w trzy. Szybki krok zamienił się w trucht, potem przybrał ostateczną postać sprintu. Zrób sobie krzywdę, to Kamil wybaczy ci głupotę, niewerbalne złośliwostki w jej głowie rosły w siłę. Zrób sobie krzywdę, to Agnieszka wróci do szkoły, zrób sobie krzywdę, to okaże się, że Sylwia Jankowska żyje i ma się dobrze. To kara za grzech złorzeczenia. Myśli w ramach podsumowania dodały, iż śmierć Malwiny Amelii Łojek stanowić będzie jedyną słuszną rekompensatę zniknięcia Sylwii Jankowskiej i Agnieszki Stolarz.
– Leki – załkała Malwa, stając na poprzedzających jej blok pasach. Czerwonemu światłu nie spieszyło się, by ustąpić miejsca zielonemu. – Dlaczego nie zabrałam Seronilu…
Spojrzała desperacko w lewo i prawo. Pojedynczy dostawczak nadciągał z lewej. Malwa uznała, że zdąży. Nie zdążyła, rozległ pisk opon i trąbienie, a Malwa z krzykiem runęła na jezdnię.
Żyła. Fizycznie. Wewnętrznie niekoniecznie, patrząc na ilość opierdolu, jaką przyjęła
od kierowcy w furii. Kolejnym problemem byli gapiowie, z których o zgrozo przed szereg wystąpił z torbami pełnymi zakupów Jarosław Łojek, tata Malwy.
Następne były formalności, formalności, formalności. Część z nich odbyła się na izbie przyjęć i uwieńczona została umieszczeniem Malwy na obserwacji. Pastelowe korytarze przyozdobione dziecięcymi malunkami, pozostawienie części posiadanych rzeczy
w depozycie, w tym kokardy, biustonosza i glanów. Nic, co da się zawiązać, nic, co można stłuc. Poproszono Malwę również o kompaktowe lusterko i ładowarkę do telefonu. Zanim zasnęła po zastrzyku, powtarzała sobie słowo-klucz, wisienkę na pleśniejącym torcie dzisiejszego wieczora:
– Próba samobójcza, próba samobójcza…
*
Rankiem Malwa obudziła się nie do końca, z pomocą pielęgniarki.
– Obchód – rzuciła ta oschle i ruszyła do kolejnych nadal pogrążonych we śnie pacjentek.
Malwa usiadła nie bez trudu. Czuła chęć odespania całego życia, perspektywa słodkiej kilkugodzinnej drzemki ciągnęła ją ku powrotowi do pozycji leżącej. Jednak opinia grzecznego od zawsze dziecka zobowiązywała do zignorowania własnych potrzeb. W oczekiwaniu na lekarza wygładziła czarne falbanki na swojej szarej koszuli nocnej. Odruchowo sięgnęła do szuflady po swoją nieodłączną czarną kokardę, ale nie znalazła tam nic i przypomniała sobie, że ozdoba została w depozycie. Resztę czasu zagospodarowała na oględzinach nowego miejsca jej pobytu, na czas nieokreślony. Ściany ogromnej, wypełnionej kilkunastoma łóżkami i dopchanej leżankami sali pokrywał beż zestawiony z lawendą. Reprodukcje postaci z popularnych dziecięcych animacji dopełniały dziwnej całości. Wszystkie miejsca na sali były zajęte, a przedział wiekowy obecnych w niej pacjentek zaczynał się na podstawówce, a kończył na liceum. Mimo że Malwa plasowała się gdzieś na środku tego tego zestawienia, czuł się jak niedoświadczony życiowo dzieciak, przynajmniej pod względem pobytu w takich miejscach. Zawiesiła wzrok na lekarzach, odbywających rozmowę z pacjentką obok, o zabandażowanych nadgarstkach. Dziewczyna miała szkliste oczy, wyglądające jak utkane z łez, które nigdy nie znalazły ujścia w płaczu.
W końcu nadeszła pora Malwy. Była zbyt senna, by wstać i dygnąć, więc odpowiadała na pytania lekarzy, siedząc. Parę razy jej przerwano, a wszystkie momenty w tym typie łączyło przejście z kwestii samopoczucia w wątki relacji ze znajomymi
czy rodziną.
– Opowiesz wszystko mnie – powitał ją z uśmiechem uczestniczący w obchodzie mężczyzna w kraciastej koszuli i wymienił swoje nazwisko. – Zwracaj się do mnie panie Marku, jestem twoim psychologiem.
Malwa kiwała głową w odpowiedzi na wszystko, na ten moment czując się jak nie za jedną, a setką szyb. Z mlecznego szkła, przez które guzik widać. Cały skład obchodu zdawał się być przezornie życzliwy i empatyczny. Malwa po zakończeniu swojej kolejki, oprócz senności czuła się wstępnie bezpieczna. Ot, najgorsze zostało zażegnane. Była w dobrych rękach. To ostatnie powtórzyli jej i rodzice, odwiedziwszy ją wieczorem. Poza tym byli milczący i nieokreśleni w emocjach. Po wszystkim Malwa kontynuowała trwający większość dnia sen, nie wliczając przerw na posiłki czy prysznic. Zasnęła z marzeniem, by jej rodzice nie martwili się za mocno i myślą, jak miewa się i Kamil czy wie cokolwiek o jej sytuacji.

Ciekawe!
OdpowiedzUsuń<33
Usuń