Studniówka – furaczowy sen

Maja Baranowska-Karwacka


Studniówka




Poniższe opowiadanie jest owocem snu i nigdy nie miało mieć sensu.




– Całe życie na to czekałam – powiedziałam i nie potrzeba było nawet chwili, by twarz bolała mnie od uśmiechu. 

Lena skinęła mi głową, a nasze spojrzenia spotkały się niczym u osób, które uległy świątecznemu urokowi jemioły. Tyle że to nie były święta, a na nas nie działało zaklęcie tego chwasta. W końcu byłyśmy dwójką antropomorficznych lisów, a nie ludzi. 

– Chodźmy – potwierdziła mój entuzjazm Lena i wkroczyłyśmy na salę jej liceum, a ta impreza od razu stała się naszą. 

Miałyśmy rozpierdolić ten bal. Od razu przeszłyśmy do rzeczy i rozpoczęłyśmy dwuosobowe pogo. Po powaleniu kilku uczestników na ziemię, w poważaniu mając ich uwagi, przybiłyśmy piątkę. 

– Pierdol się! – zakrzyknęła gniewnie jedna ze studniówkowiczek, ale jej pokryta szczodrze lakierem fryzura chrupnęła pod moim glanem, co odebrało dziewczynie wcześniejszy animusz. 

Zatańczyłyśmy na jej urodowym grobie. 

– Widzę, że się dobrze bawicie – usłyszałyśmy z niedaleka zblazowany głos. 

Wygłaszającym rzeczoną kwestię okazał się być Franio. Były chłopak Leny. Kilka zerknięć w okolicach jego osoby skonstatowałyśmy, że nie ma z nim nikogo. Mimo to Lena nie siliła się nawet na neutralną reakcję.

– Jebać to, idę się napić ponczu – splunęła werbalnie i udała się ku stołowi z rzeczonym trunkiem. 

– Take your time, kochana – powiedziałam jej wspierająco na drogę i stawiłam czoła mojemu nowemu wyzwaniu. 

Nie mogłam jej pozwolić na smutek. To studniówka. To my miałyśmy ją rozpierdolić, a nie ona nas. Dlatego zaczęłam od zajrzenia Franiowi w oczy.

Franio – o postaci fuzji kapibary z morświnem – podjął mentalną rękawicę, ale jego wysiłki szybko skończyły się na odwróceniu wzroku. Frajer. 

– Może i jestem frajerem – powiedział – ale…

– Twoja ksywa to Franio – ośmieliłam się zauważyć. 

– Tak, to ja – burknął. – Ale chcę, żebyś mi pomogła. Nie przychodzę tu rozdrapywać ran. 

Sobie zostawiłam myśl, że samą swoją obecnością to zrobił, i to bynajmniej nie z własnymi. Za bardzo zaciekawiła mnie jego tajemnicza oferta. 

– W czym mam ci pomóc? – zapytałam. 

– Z chwilą, kiedy nastąpiła Akotalipsa, a Kocia Bogini imieniem Łapka-Zdrapka zstąpiła z kaloryfera, wszyscy ludzie zostali zamienieni w zwierzęta – podjął swą smutną historię – ja zostałem kapibaromorświnem. Nie wiem czemu. To obrzydliwe i nie chcę taki być. 

Nie można było mi odmówić dobrego serca, dlatego zgodziłam się mu pomóc. Ponadto byłam ciekawa, czy może upaść niżej, niż nadal żyjąc po otrzymaniu takiego nie innego nowego wcielenia. 


Biblioteka naszego liceum skrywała mnóstwo fascynujących pozycji. Szkoda, że poza mną i Leną nikt nie kwapił się, by chociaż dać szansę tym cudownym zbiorom. Dlatego tylko nam znana była lokalizacja magicznej księgi o tytule Katalog Patostreamerów Polskich. Wręczyłam Franiowi rzeczoną tajemną księgę. 

– Tutaj znajdziesz odpowiedź – rzekłam. – Tylko wybierz rozsądnie swojego mentora. 

Franio przekartkował książkę. 

– No nie wiem – powiedział. – A kogo ty byś mi zaproponowała? 

– Zdecydowanie Ewę Gong – odparłam rzeczowo – jeśli tylko się z nią nawalisz, zobaczysz nowy wymiar rzeczywistości. 

       


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bardzo straszny sklep – część pierwsza

Metalowe Love: Popieprzony Piątek

Metalowe Love: Gorzej nie będzie. Eliksir samouwielbienia