Lili nie chce jechać na wakacje
Content warning: używki
Maja Baranowska-Karwacka
Lili nie chce jechać na wakacje
Szkoda, że nikt nie mówił, jak mięciutką sierść mają wilki. Ida Werk leżała wtulona w jednego ze swoich futrzastych krewniaków. Ponadto tabletki przeciwwymiotne robiły swoje, odsuwając widmo ciągłych torsji w tę pełnię. Nie przywiązywała się do takiego stanu rzeczy biorąc pod uwagę jej relację z pechem czy innymi życiowymi tragediami i nieszczęściami. Zresztą, wilczy pasożyt w jej trzewiach żył swoim życiem, w końcu nikogo nie zmusisz, by tańczyć tak, jak mu zagrasz. Zwłaszcza ktoś, kto prędzej czy później cię zabije, haha. W oddali wypatrzyła krzątającego się przy ognisku Akirę.
– No hej – rzuciła kumplowi uśmieszek, wtulając się w wilka jeszcze bardziej.
Chłopak odwrócił się i podskoczył na widok robiącego za poduchę przedstawiciela psowatych.
– Spokojnie. Musiałabym mu wydać stosowne rozkazy, żeby rzucił się na ciebie.
Jej kolega z klasy pokiwał głową.
– Tylko potem pozbądź się sierści – bąknął.
Ida przytaknęła, choć nie bez rozbawienia. Alergia alergią, ale nic jej tak nie rozczulało, jak salwy kichnięć Akiry Janika. Widząc jak chłopak rozpala ogień, poczuła się zobowiązana by przynajmniej udawać chęć do pomocy. Nie no, żart. Kochała tego alergika najbardziej w świecie. A on miał dziewczynę. Teraz to już serio. Reasumując, Ida miała przesrane.
Kiedy podeszła do Akiry, ogień już się pojawił.
– Zapraszam, zapraszam – powitał Idę uśmiechem.
Ta odpowiedziała mu również uśmiechem. Który zniknął jej z twarzy, gdy na leżącym na pieńku telefonie Akiry ukazał się komunikat o przychodzącym połączeniu, przyozdobiony imieniem jego lubej. Zakochany chłopak szybko odebrał. Po krótkiej rozmowie i zapewnieniu, że widzą się jutro, wrócił do Idy.
– Powinnyście się zaprzyjaźnić – zaproponował nieśmiało, bawiąc się kosmykiem włosów.
– Niech spieprza – odburknęła Ida, już pracując w myślach nad pretekstem do pójścia sobie daleko od paroksyzmu zachwytów nad irytującą choleryczką.
Gdy skrzyżowała spojrzenia z chłopakiem, ujrzała na jego twarzy głęboki frasunek.
– Idka, nie wiem, co się z tobą dzieje – powiedział. – Nie rozumiem, dlaczego się nie dogadujecie.
– Może dlatego, że każdy kogoś nie lubi. Albo może Lilka powinna kupić sobie worek treningowy. – Wstała i oddaliła się.
– Idka! Nie obrażaj się… – wołał ją Akira, ale jego głos szybko uwiązł między drzewami, kiedy Ida przyśpieszyła kroku, a wraz z nią wilk.
Chłopak szybko ją dogonił.
– Co, cykasz się wilków? – pokusiła się o szpileczkę Ida.
– Nie. Boję się, co będzie, kiedy będę musiał wybierać.
– Raczej: kiedy Lilka każe ci wybierać – uzupełniła Ida.
Resztę drogi milczeli, a strzegł ich wilk. Potem pożegnali się i ze zwierzakiem, po czym rozeszli się do swych domów.
*
Lili wraz z Akirą oddawali się swojemu codziennemu rytuałowi smakowania wolności od szkoły, który miał miejsce zawsze po lekcjach. Tym razem jednak ich mały obrzęd wydłużył się: kilka dni temu rozpoczęły się wakacje. Niemniej, nie dla Liliany Elkowskiej.
– Nie chcę jechać nad głupie morze – zwierzyła się Akirze, jak zawsze majtając nogami w powietrzu.
Ten o dziwo uśmiechnął się, zamiast wykazać zrozumienie i zapłakać wraz z nią.
– A ze mną pojechałabyś nad głupie morze? – zapytał.
Przybrał gotowość do odparcia ataku zniewalająco słodkiego oburzenia, widząc minę Lili.
– Nie wkurzaj mnie – ta przewróciła oczami. – Jak ja zabiorę ze sobą ulubioną sztalugę?
– Weź plenerową?
– Nie! Ledwo dmuchnie wiatr i cały obraz pójdzie się pieprzyć! – szła w zaparte Lili. – I gdzie ja niby postawię obraz olejny do wyschnięcia? Już szybciej wrócę z tego cholernego wyjazdu!
Uśmiech zniknął z twarzy Akiry, zdradzając, że nawet jego anielska cierpliwość miewa swoje granice.
– Ty po prostu nie chcesz spędzać ze mną czasu – burknęła, po czym zerknęła na niego dyskretnie.
Akira wypuścił powietrze.
– Teraz rzeczywiście nie chcę – odparł i wstał. – Idę do domu, Lils. Zadzwoń, jak ochłoniesz.
– Nie musisz iść! W sumie już mi lepiej, jak to powiedziałeś!
Chłopak po kilku krokach odwrócił się. Lili posłała mu niepewny uśmiech.
– Zadzwonię wieczorem – powiedział Akira. – Pakuj się na spokojnie.
Oddalił się, pozostawiając Lili smutną. I samotną.
*
– Nie chcę jechać! – krzyknęła Lili. – Zostaję w domu i będę robić to, co jest sensem mojego życia!
– Nawet od sensu życia trzeba czasem odpocząć, Lilunia – westchnęła jej mama. – Pomalujesz, jak wrócisz.
– Nie! – rozpaczała Lili. – Wyjdę z wprawy i moje obrazy będą kiepskie! Nie chcę się ruszać z domu, bo rozłąka pogorszy moją relację z Akirą…
– Lila, zaufaj nam, odpoczniesz – i tatko zaczął tracić siły do dalszego przekonywania.
– Jak odpocznę? Smażąc się na plaży?
– Masz filtr pięćdziesiątkę, możesz być nad morzem i się nie smażyć – przypomniała mama. – A nawet od pasji trzeba zrobić oddech. Weź akwarele, namalujesz nam piękne widoczki.
Lili w odpowiedzi zazgrzytała zębami i udała się do swojego pokoju, by pożegnać się z ukochaną sztalugą imieniem Doris.
Za cholerę nie miała zamiaru malować widoczków. Zakres jej ulubionych tematów obejmował ludzi, z pewnym długowłosym jegomościem z połową azjatyckiej krwi na czele. Niemniej co z tego, skoro ten prawdopodobnie chciał przerwy od związku? Nie powiedział tego wprost, ale Lili miała wprawę w wyczuwaniu wszelkich nieścisłości. Zwłaszcza, kiedy na całego zanurzała się w szalonych fantazjach, a nadmiar pozytywnych emocji zazwyczaj okazywał się zgubny. Nigdy nie mogło być za dobrze, o czym należało bezwzględnie pamiętać. Pochłonęło ją malowanie na świeżo odfoliowanym płótnie.
– Lila, spakowana? – drzwi od jej pokoju były uchylone, ukazując jej matkę, która słynęła z kroków tak cichych, że takiego sposobu poruszania nie powstydziłby się ninja.
Lili pokiwała głową, sama niemal pewna, że wylądało to niezbyt przekonująco. Mama Lili również nie sprawiała wrażenia, by otrzymana informacja była w jej mniemaniu prawdą. Obie wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. Mam cię na oku, młoda; wiem, co knujesz, mamo.
– Pamiętaj, że ruszamy o ósmej rano. Dobrej nocy, córcia.
Lili na widok obecnej późnej godziny jęknęła. Pierwsza?! Liliana Elkowska szybko porzuciła swoją pasję na ten moment i zanurkowała w szafie w poszukiwaniu najlepszych letnich ubrań. Kopę długich, czarnych, przewiewnych spódnic i ciemnych dziewczęcych bluzek później Lili rzuciła się na kosmetyki. Krem z filtrem stanowił podstawę utrzymania alabastrowej cery, tak samo jak czarny cień do powiek fundament wizerunku. W międzyczasie Liliana Elkowska zażyła podkradzione z domowej apteczki ziołowe leki uspokajające, które zadziałaly zgodnie z przeznaczeniem i adekwatnie do sytuacji.
– Lilka, wstawaj – obudził ją głos mamy. – Jemy i ruszamy drogę!
Lili wydała z siebie jęk rozpaczy i obrzuciła wzrokiem rozgrzebany bagaż.
– Lila…
Dziewczyna gwałtownie straciła cierpliwość.
– Ja nie chcę tam jechać! – zawołała.
– Zauważyłam – mruknęła mama.
– Coś się stało? – z odmętów zastawionego walizkami przedpokoju wynurzył się i tatko.
– Nie chcę tam jechać! – wydarła się Lili. – Chcę odpocząć od szkoły! Chcę zająć się moimi zainteresowaniami! – posyłała w przestrzeń werbalne wymioty. – Może i wy lubicie smażyć się na piasku, ale… ale ja mam inne hobby! Jakiekolwiek!
Co ona miała tam, do cholery, robić? Leżeć z nieodłączną tubką kremu przeciwsłonecznego i trwać w pogardzie wobec słońca i opalenizny? Świetny wypoczynek, doprawdy! Lili zagotowała się jeszcze bardziej, gdy tylko to sobie zwizualizowała.
Twarze rodziców spowił mrok urazy nastoletnimi fochami córki. Niemniej, nie należeli oni do asertywnych osób.
– Kochanie, zrozum – odezwał się tata. – Wypoczniesz, zobaczysz. Nawet bez swojej Doris.
Lili jak na komendę spojrzała z rozpaczą na swoją najlepszą nieożywioną przyjaciółkę. Proszę Doris, pomóż. Nawet Akira umył ręce od mojej tragicznej sytuacji.
– Wypocznę, jak zrobię sto obrazów na moje wyzwanie wakacyjne – wycedziła Lili.
– Zrozumiesz, jak dorośniesz. Wtedy nam podziękujesz – zawtórowała ojcu pani Elkowska. – Sprawdź, czy masz wszystko i zamykaj walizkę. W końcu będziemy tam miesiąc.
Rodzice wyszli, zostawiając Lili z pełną czarnych ciuchów i ubrań walizką i wielkim bólem egzystencjalnym. Niemniej, jej pomysły się nie skończyły. Dziewczyna wybrała numer Akiry. Chłopak nie odebrał.
Kilka równie bezskutecznych połączeń później Lili odetchnęła głęboko i dorzuciła do bagażu kilka brakujących kosmetyków. Pogłaskała Doris, by przypieczętować ich pełną cierpienia rozłąkę i z walizką udała się ku rodzicom. Po zjeździe windą na parter i opuszczeniu budynku naburmuszona patrzyła, jak ojciec pieczołowicie układa wszystkie bagaże w samochodzie. Potem zajęła miejsce z tyłu z miną skazańca. Jedynym szczątkowym wybawieniem z tej nędznej sytuacji była muzyka. Lili obróciła w palcach swój mały odtwarzacz mp3 i włączyła utwór folk metalowych Tańcujących Gremlinów. Groteskowe teksty i świdrujący jazgot dogorywających skrzypiec stanowiły balsam na jej zafrasowaną duszę. Taki, którego resztki po wielkim wysiłku udaje się wycisnąć z tubki bez pryskania na cztery strony świata, ale nadal. Przed oczami Lili płynął widok zza okna, od niknących z czasem zabudowań, poprzez lasy i pola, aż po samotne w rzeczonych polach domostwa. Liliana Elkowska wzdrygnęła się na myśl o warunkach, w jakich młodzi mieszkańcy docierali z takich miejsc do szkoły czy nawet po drobiazgi ze sklepu spożywczego. Dramat, mimo że sama mieszkała w niedużym mieście, szczycącym się drużyną cheerleaderską w Zespole Szkół w Miasteczku. Bardzo światowe, psia ich mać. Nic, tylko wpisać obecność pomponiar i ich kusych strojów w tutejsze dziedzictwo kulturowe czy inny spis lokalnych atrakcji. Dla podkreślenia dosadności swego osądu szkolnych reprezentantek sportu i ich fruwających miniówek, poprawiła swoją czarną, falbaniastą maxi.
Samochód zatrzymał się po zakręcie.
– Lila, chcesz do toalety? – rzuciła jej rodzicielka.
To tak w temacie filozofii stopnia zakrycia dupy. Lili skinęła głową i opuściła pojazd. Pierwszym, co odczuła był upał, pogoda niesprzyjająca czarnym ubraniom. Lili przeciągnęła się, i umknęła słońcu, zanurzając się w tłumie kłębiącym się w należącym do stacji benzynowej bistro. Dziewczyna grzecznie zajęła kolejkę. Posuwając się w ślimaczym tempie ku świątyni oddawania ekskrementów, rzuciła spojrzeniem na telefon. Wiadomości brak. Od Akiry. Ból w jej sercu porównać można było do oberwania kulą gradu lub soplem, zależy od preferencji ewentualnego Stwórcy w zadawaniu cierpienia. Lili ukryła komórkę w torebce. Ujście swej złości dała w dewastacji skórek przy paznokciach. Dokopawszy się do krwi syknęła i zrezygnowała z dalszej autodestrukcji.
– Hej, fajne glany – usłyszała.
Zaczerwieniła się jak głupia, dając upust swemu wycofaniu społecznemu. Komplementy od kogokolwiek innego niż Akira lub rodzice były jej obce. Chyba, że kolejne kłótnie z naćpaną kuzynką o kredki się do tego zaliczały.
– Dzięki – wybąkała – dużo ludzi nie byłoby w stanie chodzić w takich latem. R-rozumiesz. – Popatrzyła na rozmówczynię.
Rzeczoną okazała się być Malwina Łojek z równoległej klasy, którą znała doskonale. Ta również wyglądała na speszoną, mimo że Liliana Elkowska nie spodziewałaby się po koleżance tak zdecydowanego posunięcia.
– Malwa? – zdumiała się, że poszczęściło jej się znaleźć towarzyszkę w niedoli; albo i niewoli, patrząc na więzienie, do którego Lili pod nadzorem starych zmierzała. – Co ty tu robisz?
– Lili?! – Malwa niemal podskoczyła.
Mimo zaskoczenia młoda adeptka japońskiej lolita fashion po chwili uśmiechnęła się delikatnie.
– Jadę na obóz – powiedziała.
Lili drgnęła. Jeszcze gorzej. W końcu było tam więcej ludzi.
– Nie boisz się? – palnęła.
Malwie mina nieco zrzedła.
– Oczywiście, że tak – odparła, zdradzając obecność zasianego w sobie ziarna niepewności. – Ale chcę coś z tym zrobić. Kamil mnie namówił. Zresztą jedzie ze mną. Będzie mnie uczył pływania kajakiem.
Lili potakiwała temu, czego kompletnie nie słuchała. Jedynym, co nie umknęło jej uwadze była wzmianka o Kamilu Lewandowskim, chłopaku Malwy. Dlaczego Akira nie mógł być jak on, i hołdował ich rozłące? I osamotnieniu Doris? Gorzej chyba nie będzie. Że pragnęła uciec rodzicom i pomknąć autostopem do swojej pieczary introwertyzmu, to mało powiedziane. Niemniej, aparycja zdecydowanie świadcząca o jej wieku mimo mocnego makijażu nie pomagała zmylić kogokolwiek, że jest pełnoletnia i robi co chce, prosząc obcych ludzi o tak daleką podwózkę. To zrodziło jej sprytny plan.
– Malwa – powiedziała koleżance z uroczym uśmiechem. – Czy masz jeszcze miejsce w walizce?
*
Nic tak nie dodawało pewności siebie, jak utarcie nosa nadużywającym swej pozycji dorosłym.
By zmieścić się w wypchanej obfitymi halkami i falbaniastymi sukienkami walizce Malwy, Lili musiałaby połamać sobie kończyny, stąd jej złowroga energia odnalazła ujście w zwykłym wejściu do środka pojazdu. Lili zajęła miejsce za Malwą i Kamilem, które jak sama powiedziała, było puste. Pozostawało poczekać na resztę zmierzających na letnie kolonie. A potem wysiąść jak najbliżej Warszawy, skąd następnie należało przesiąść się w autobus prosto do Miasteczka. Wreszcie Liliana Elkowska ujrzawszy sznur nastolatków za oknem, przycupnęła za siedzeniem przed nią. Wraz z każdą chwilą zajmowania przez obozowiczów miejsc, czuła się jak złodziejka. Albo morderczyni. Dożywocie za sprowadzenie rozstroju psychicznego na jej własnych rodziców. Kiedy nadeszła chwila sprawdzania listy obecności, Lili skonstatowała, że nie jest gotowa na resztę życia w poprawczaku a następnie w więzieniu. W końcu to byli jej rodzice! Kochali ją na zabój. Nie mogła im tego zrobić. Z głębokich przemyśleń wyrwał ją głos wychowawczyni kolonijnej, odczytującej pierwsze nazwiska. Lili skuliła się najbardziej jak była w stanie, po części licząc, że tym sposobem pochłonie samą siebie i nikt jej nie znajdzie, a z drugiej… nikt jej nie znajdzie. Realnie. Co z jeżdżącymi raz na dwie godziny autobusami podmiejskimi? Czy prawidłowo odczyta mapę? Której nawet ze sobą nie miała?
Wszystko będzie dobrze, wszystko będzie dobrze, jak to powiadał jej luby Akira. Jeżeli on tak mówi, a każdy w szkole go lubi, to nie może nie mieć racji.
Jak się okazało, rację miał. Mimo, że ukrywanie się za siedzeniem przez pół drogi przysparzało bólu pleców. I egzystencjalnego. Czy to już starość? – zadumała się Lili. Piętnaście lat to nie przelewki, jeszcze trzy lata i moje malarstwo będzie generować fortunę. Z taką refleksją mentalnie zanurzyła się w odgłosach dalszego odczytywania nieskończonej listy. Serio, kto jeździ w takie zbiorowiska rówieśników? To jak narażanie się na atak potencjalnych prześladowców. Dobrze, że zaraz będzie po wszystkim i wróci bezpiecznie do domu. Warszawo, nadciągam. Pieprzyć nagrzaną do granic absurdu plażę, morze to syf. Zresztą wszędzie był syf – poza miejscami, w których lubiła przebywać. Z Akirą. I Doris. Ten pierwszy nagle zadzwonił, wypełniając autokar melodyjką inspirowaną ścieżką dźwiękową jej ulubionego horroru. Wychowawczyni przerwała odczytywanie nazwisk.
– Mówiłam wam, żeby wyciszać telefony na czas odczytywania listy – nad rzędami foteli poniósł się głos o nucie groźby. – Osoba, która tego nie zrobiła, niech odda mi telefon. Teraz.
Lili rozpaczliwie próbowała wyciszyć dźwięk połączenia, ale jej desperacja przyniosła odwrotny skutek, posyłając komórkę na podłogę. Wreszcie jaśnie pan Janik łaskawie zaprzestał prób kontaktu. A Lili i tak go kochała. Dziewczyna wyciszyła telefon.
– Przepraszam, to byłam ja – usłyszała przed sobą Malwę.
Zobaczyła, jak koleżanka wstaje i wręcza opiekunce kolonijnej komórkę. Lili aż spąsowiała ze wstydu z odczuciem bliskim temu przy pierdnięciu na forum klasy. Zdecydowanie powinna w tej sytuacji posypać głowę popiołem.
Po wszystkim odczytano jeszcze kilka nazwisk i autokar ruszył. Ból pleców rósł w siłę, a kolejne połączenia od Akiry i rodziców pojawiały się na ekranie, oczekując na odebranie. Lili twardo trwała przy swoim. Zadzwoni, kiedy opuści już autokar przy następnym postoju. Potem nadeszły smsy. Finalnie jej zapał do zrobienia na złość światu zelżał, widząc w wiadomości od Akiry preludium załamania nerwowego:
Gdzie Ty, do cholery, jesteś? Ja i Twoi rodzice zaraz padniemy ze stresu!
Lili nie podołała mocnemu ukłuciu poczucia, że wszystko wyszło na jaw, a jej bliscy dają jej do zrozumienia, jak bardzo spieprzyła. Mimo, że nie mieli jeszcze pojęcia, gdzie zniknęła i dlaczego. Grunt był grząski. Nie była w stanie nie odnaleźć odpisać. Akirze. Nie rodzicom. Nadal była na nich wkurzona za przymusowy wyjazd na odludzie. Po namyśle dokonała kilku kliknięć:
Jestem w drodze domu. Widzimy się niedługo.
Odpowiedź nadeszła szybko i została ona popełniona przez jej ojca.
Lilka, masz natychmiast wrócić. Czekamy na stacji benzynowej, na której mieliśmy postój.
Poczucie winy względem ukochanego chłopaka szybko zastąpił powrót gniewu na własnych stworzycieli. Z narastającą furią wciskała klawisze swojego telefonu.
Wrócę – tu uśmiechnęła się triumfalnie. – Prosto do domu.
Po posłaniu w mobilny świat tego postanowienia, spróbowała zmienić pozycję. Nie było to proste. Szpila bólu oprócz pleców przeszyła również jej pośladki. Szlag. Cóż, droga do wolności nigdy nie była usłana różami.
– Wszystko gra? – Usłyszała nad sobą szept Malwy.
Lili posłała jej wyzuty z chęci do życia uśmiech. Niemniej pokiwała głową. Pozostawało sprawić, by nogi nie odpadły jej po tym całym międzyfotelowym ścisku na tyle, by zdołała wymknąć się w odpowiedniej chwili na zewnątrz.
Czuła i słyszała mijane zagajniki, pola, mokradła. Aż wreszcie nastąpił kolejny postój. Lili odczuwając rozpaczliwe wołanie pęcherza, zdecydowała się na zanurzenie w tłumie obozowiczów.
Po dotarciu do toalet zauważyła wiatę przystankową. Nazwa przystanka zdradzała, że znajdowała się w podwarszawskim Słupnie. Była blisko celu! Wystarczyło tylko skorzystać z autobusu. Niemniej ten zatrzymywał się na przystanku co pół godziny. Lili czas oczekiwania na transport postanowiła spędzić za stojącym nieopodal vanem. Dziewczyna przycupnęła za samochodem, licząc na swój mikry wzrost. Szybko poczuła za sobą czyjąś obecność. Ba, padający na nią cień jej towarzysza zdawał się ją pochłaniać w dzikim szale. Lili dobrze wiedziała, że ma kłopoty.
– Nie słyszałaś? – warknęła wychowawczyni. – Wracamy do autokaru.
Lili przytaknęła. Rozpaczliwie pragnęła zapytać, czy najbliższy przystanek będzie równie bliski Warszawie, ale wiedziała, że wtedy będzie skończona i zgubiona z dala od domu. Dlatego po prostu zaczęła uciekać.
– Lili! – usłyszała krzyk Malwy. – Mam myśli, że wpadniesz pod samochód!
I zaiste, produkt jej zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych jak zazwyczaj się sprawdził, a spanikowana Lili pędząc po asfalcie wiodącym ku wąskim uliczkom, oszukała przeznaczenie spod kół pędzącego bmw. Działania Malwy nie zakończyły się na przepowiadaniu złowieszczej przyszłości. Zresztą bynajmniej nie potrzebowała podejmować działań: jej wypowiedź o Myślach była dla wychowawczyni wystarczająco niepokojąca w zestawieniu z dalszymi wydarzeniami, że zdołało odwrócić jej uwagę od ścigania Lili.
Dziewczyna pędziła, niemal potykając się o swoją długą spódnicę. To było zdecydowanie za dużo na jej artystyczną wrażliwość. Ciężko dysząc, zatrzymała się w jednej z bocznych uliczek. Opadła ciężko na trawniku.
– Ranyyyy – jęknęła. – Starzy mnie zabiją.
Igrał w niej lęk przed konsekwencjami własnej buty. Miała dosyć. Sięgnęła po telefon. Akira odebrał od razu. Jego głos był tak szorstki, że prawie poczuła łzy w oczach.
– Słucham – powitał ją.
– Przepraszam – pisnęła, gotowa oddać nerkę za jego udobruchanie.
– Po prostu wróć. To nie mnie musisz przepraszać. Ja nie mam ochoty na kolejną rozmowę.
Tym razem dziewczyna nie powstrzymała łez. Miała do siebie żal, że to, jak rani innych, przekraczało dotąd jej pojmowanie. O dziwo, chłopak pozostał po drugiej stronie słuchawki.
– Możesz płakać, ja to rozumiem. Ale nie chcę omawiać tego teraz ani w najbliższym czasie. Mówię ci, zadzwoń do rodziców.
– Aki…! – wyszlochała cała zasmarkana Lili, ale jej luby już się rozłączył.
Od rozpaczliwych rozważań, czy to już zerwanie czy nie postanowiła odciągnąć uwagę, wykonując finalny krok: telefon do rodziców.
*
Ida Werk głaszcząc zabłąkanego owczarka niemieckiego patrzyła, jak jej kumpel wypala kolejne papierosy na murku pod lasem.
– Nie masakruj się jeszcze bardziej niż zrobiła to cała ta sytuacja – pokrzepiła go.
Na twarzy chłopaka zagościła odwrotność wielkiego uśmiechu, który zazwyczaj bywał tam często.
– Ona pisze mi smsy, że się zabije – powiedział. – Po konieczności naprawienia tylu szkód sam bym się pożegnał z tym światem.
Ida zamyśliła się, ale zrezygnowała z owijania w bawełnę.
– To jej nie odpisuj – powiedziała w końcu. – Zobaczymy, czy nadal będzie taka odważna.
– Jak dobrze, ze to koniec – chłopak strząsnął popiół. – Ale ja jej nie zostawię samej z problemem.
Jak zawsze; i żyli długo i chujowo. Ida przewróciła oczami.
– Masz naprawdę dobre serce – stwierdziła retorycznie, walcząc z pokusą podebrania chłopakowi fajka.
Serce za dobre na ten świat, a jednak wystarczająco, by trwała w nim Lili. A Ida była go po prostu niegodna, tak jak całej życzliwości tego świata. Niemniej, szlaban Lili nad morzem wystarczająco zrodził w jej sercu nadzieję, że ten wrzaskliwy gremlin się przynajmniej zreflektuje i pójdzie na leczenie.

Dobre
OdpowiedzUsuńDo usług <3
Usuń