Bardzo straszny sklep – część ósma
Maja Baranowska-Karwacka
Bardzo straszny sklep
Część ósma
– Jak to oszukaliście? – jęknął Akira. – Czy to nasza wina, że sklejka ze skóry i plastiku się nie trzyma?
Oczy Lili biegały po całym pełnym chaosu pomieszczeniu, zdradzając wytężony umysł.
– Ja mogę się poświęcić i przyjąć część z was – odezwała się Ida. – Całej reszcie proponuję to samo.
Przyodziana w czerń i ciężką muzykę drużyna, choć nie bez wahania i drżenia o własną integralność powłok skórnych i reszty organizmu, wyraziła zgodę na użyczenie ciał. To ukoiło szał duchów pracowników marketu w Miasteczku.
Cały proces opętywania odbył się nie bez wymiocin i innych wydzielin, ale zakończył się sukcesem dla obu zainteresowanych stron.
Dużo duchów w trzewiach nie było korzystne dla samopoczucia. Zwłaszcza, gdy przejęły nad właścicielami trzewi kontrolę.
Ida Werk wraz z Akirą Janikiem i Lilianą Elkowską, do towarzystwa z Malwiną Łojek i Kamilem Lewandowskim byli opętani. Chwilę zanim wiadra ektoplazmy zajęły im ich ciała liczyli, że uwierzą w dobre intencje duchów. Potem był widok zniekształconego otoczenia, widocznego jedynie nieswoimi oczami.
Jednak Pan Witold, mimo nadciągającej spragnionej wolności armii, nie dawał za wygraną.
– Dobry pracownik to żywy pracownik – powarkiwał, szybując nad alejkami ze środkami czystości. – Niech tylko dorwę te szczeniaki, a zostaną martwe, tak, jak należy się to marnym pracownikom. Znaczy, martwym, hehe.
– Ktoś coś mówił? – odezwała się Aneta w ciele Idy; doprawdy dziewczyny doskonale dobrały się pod względem biegłości w sarkazmie.
Suche za życia i przezroczyste za śmierci wargi Pana rozciągnęły się w parszywym uśmiechu.
– Aneta – powitał dawną pracowniczkę. – Nigdy nie zapomnę, jak upuściłaś słoiczek z pesto.
Gdyby opętana Ida miała źrenice, doskonale byłoby widać przewrócenie oczami.
– Nie wyrabiałaś norm czasu – syknął Pan. – Dlatego ciągle odwoływałem ci zmiany.
Aneta czekała, słuchając tego wszystkiego z nadludzką cierpliwością.
– Gdyby nie twoja śmierć – ciągnął Pan – zapłaciłbym karę agencji. Czuj się potrzebna i wyróżniona.
Wreszcie Aneta zabrała głos.
– Uciekłeś z piekła?
Witold zaklaskał z aprobatą niewinnego przedszkolaka.
– Nawet tam mnie nie chcieli – zaśmiał się, aż spomiędzy zębów trysnęły mu krople ektoplazmy. – Wiesz, jaki jest wniosek?
Aneta w ciele Idy znów przewróciła oczami.
– No, jaki?
– Ja jestem PAN! – ryknął Witold, a na świat przesłoniły kolejne kraty, które runęły tuż za tymi już opuszczonymi.
– A my jesteśmy wszystkimi pracownikami, których zabiłeś, panie Pan – powiedział Menadżer.
Witold nie wyglądał pocieszonego widokiem swojej prawej ręki, która w przeciwieństwie do niego znała podstawy korzystania z komputera.
– Wasi nosiciele są młodzi i silnie – Menadżer zwrócił się do duchów. – Wykorzystajcie to, wraz z waszymi mocami sprowadzania na świat gradobicia przedmiotami.
– Już widzę, jak kraty roznoszą ich na strzępy jak tarka marchewkę – triumfował Witold.
– Pamiętaj, że kiedy cię opętałam za twojego życia, nieźle dopiekłeś tym dzieciakom – przypomniała Aneta. – Beze mnie jesteś tylko zwykłym śmiertelnym wypierdkiem z przerostem ego.
– Nie wiesz, ile znaczy pewność siebie – warknął przeźroczysty staruch. – Wasze pokolenie jest słabe, kolejne coraz słabsze.
Atmosfera gęstniała wraz z każdym przytykiem od ducha ducha, ale Witoldowi zwanemu Panem szczęka opadła na widok prawdziwego huraganu sklepowego, nadającego się w większości na straty towaru. Huragan przeistoczył się w kulę, która zmiotła przeciwwłamaniowe kraty niczym kręgle. I całe otoczenie oprócz tychże.
Nastoletni nosieciele zjaw wyglądali jak po tygodniowej sesji niesprzespanych nocy, włączając wymioty z wyczerpania i pokaźne strużki krwi z nozdrzy. Uwolnieni momentalnie młodzi fani metalu ujrzeli nad sobą duchy, mnóstwo duchów fruwających gromadnie nad sklepowymi regałami.
– Jesteście wolni – obwieścił Duch Menadżera.
Lili najwidoczniej miała coś przeciwko, występując o dwa kroki przed grupę, która już zmierzała do wyjścia.
– W mojej księdze jest przepis na wysłanie was na wieczny odpoczynek – powiedziała. – Wy dotrzymaliście obietnicy, ja dotrzymam swojej.
Teraz z kolei Witold Pan postanowił sprzeciwić się większości. Wokół ducha starego parszywca zajaśniała paskudnie zgniłozielona poświata. Pozostałe duchy zareagowały szybko – fruwające przedmioty skutecznie utrudniały widoczność nawet takiego wszechducha jak Witold. Stary dziad przeklinając, próbował skierować grad przedmiotów w stronę Lili, ta jednak odczytywała dzielnie treść rytuału, częściowo zajęta unikaniem gradobicia, a częściowo poleganiem na pomocy duchów pracowników. Nie pozostawała też bez pomocy przyjaciół, odpierających atak światłości w kolorze pleśni z pomocą kolejnych wyrzucanych w powietrze przedmiotów.
Lili przeczytała ostatnie słowo i wykonała w powietrzu dłonią znak przypieczętowujący rytuał, mimo oberwania kilkakrotnie sklepowym towarem i krwawień z otworów ciała po opętaniu. Ponadto pokaźny guz po spotkaniu z patelnią znowu dawał się we znaki.
W tym momencie nie było opcji innej, niż zachwianie się ziemi. Na widok półmaterialych bytów zapadających się pod ziemię, młodzi i mroczni – nie bez wsparcia dla Akiry ze złamaną nogą – ruszyli przed siebie tak szybko, jak tylko dali radę. Omijali lądujące coraz częściej fragmenty sufitu i rusztowania, aż rozległ się krzyk. To Malwa odsunęła się gwałtownie od frunącego w jej stronę Witolda Pana.
– Spieprzaj! – Lili cisnęła w ducha swoją pełną czarów księgą.
Wbrew prawom metafizyki, Witold zapłonął. Z jego zeschłych za życia warg popłynął pozaziemnski odpowiednik krwi.
– Wy małe dziwki! – wrzasnął. – Ja jestem Pan i macie mi być posłusz…
Nie dokończył swych słów, spłonąwszy na dobre.
– Wszystko dobrze, Malwa? – odezwała się Lili. – Chodź, tylko nie myśl sobie, że cię lubię. A, i pozowanie do portretu jest aktualne.
Malwa, nigdy nie cierpiąca na nadmiar znajomych, nie mogła powstrzymać uśmiechu.
Nastolatkowie opuścili dawny przybytek handlu, a ten w chwilę po ich odejściu zapadł się pod ziemię.
Pierwszym odruchem wszystkich były wymioty, mniej lub bardziej zabarwione krwią.
– Nie martwcie się – powiedziała Lili po swojej kolejce na przyozdobienie ziemi paskudną kałużą. – To normalne po opętaniu.
Ida, wprawiona w sekrecie przed wszystkimi w zwracaniu posiłków co pełnię, przyznała się przed sobą do konieczności zdania się na pokorę. Mimo dalej trwającego platonicznego uczucia do Akiry.
– Dzięki, Lila – powiedziała. – Uratowałaś nasze dupy.
Potem wszyscy zgodnie zajęli się wezwaniem karetki i opieką nad połamanym Akirą do czasu jej przyjazdu.

Komentarze
Prześlij komentarz