Bardzo straszny sklep – część piąta
Bardzo straszny sklep
Część piąta
Cały rzekomy arsenał pracowniczego opancerzenia na zapleczu składał się z kopy obuwia BHP. Cała gromada mrocznych dzieciaków wyrzucała z siebie kolejno wiązanki w stronę ducha i nieznanej im strony, którą zajmował w sporze z gnijącym już w ściekach rozkawałkowanym Witoldem Panem.
Z takim sprzętem budzenie czy odsyłanie w zaświaty dusz zamordowanych przez metody Pana pracowników brzmiało jak żart. Akira – najmilszy i najbardziej ekstrawertyczny ze wszystkich – zgłosił się na ochotnika do negocjacji z duchem, cholera wie, gdzie ten teraz krążył. Towarzystwa dotrzymała mu niegrzesząca w przeciwieństwie do niego naiwnym optymizmem Ida. We dwójkę udali się ciemnymi, chłodnymi i pokrytymi pleśnią korytarzami na hale. Mijali nieliczne, dziwacznie oddalone od siebie drzwi biur. Być może mieli czego tam szukać – ale bynajmniej nie mieli ochoty. Dawnego podwładnego Pana Witolda znaleźli przy kasach. Duch wyczuł ich obecność jako pierwszy.
– Wiecie, co jest smutne? Że duchom nie przydają się pieniądze. Nie możemy ich nawet dotknąć – pożalił im się z głupia frant na dzień dobry.
– Nie da się zabić rzeczy martwych – burknęła Ida. – Chociaż bardzo bym chciała, te wszystkie duchy z kompleksem wyższości zasługują na wtórną śmierć w męczarniach.
Twarz ducha pracownika powlókł ani trochę szczery smutek.
– Czego potrzebujecie? – warknął. – Dałem wam zadanie.
– Och, pewnie jesteś menadżerem? – uśmiechnął się bez grama sympatii Akira.
– Jestem – odrzekł duch. – Nie przedłużałem umów z takimi marudami jak wy, jak żyłem.
– Idealny pracownik odpowiada uśmiechem i wdzięcznością za to, że żyje każdemu klientowi, który równa go z gównem – uzupełniła śmiało Ida.
– Dokładnie – potakiwał jej duch menadżera, jak najlepszy na świecie we własnym uznaniu kaznodzieja. – Gówno też chce żyć. I dlatego pracuje dla nas, by nie umrzeć z głodu.
Ida odsunęła myśl o odwzajemnieniu agresji. Wszelkie ostre narzędzia – jak wszystko inne – przenikało przez duchy.
– Po prostu daj nam normalną odzież ochronną – westchnął Akira. – Muszę zapalić.
– Przerwa na papierosa jest niepłatna – przypomniał duch. – Fartuchy dla pracowników mięsnego i rybnego macie na chłodni.
– Poproszę Lili, by na trumnie wyryła mi logo Martwej Wrony – jęknął Akira.
Reasumując, Lili, Malwa i Kamil nie otrzymali dobrych wieści. Ida zaczęła łagodnie:
– Jak wolicie umrzeć: od razu od uderzenia czymś ciężkim czy z głodu, tkwiąc tutaj?
– Co?! – wybuchnęła Lili; wyglądało na to, że oberwanie przez nią patelnią nie oswoiło jej z potencjalnym ryzykiem kolejnego gradu sprzętu domowego i konserw.
– To, że kto pierwszy odpowie ten tarcza, odpadasz z gry, Lilka – odparła Ida z pokerową twarzą.
Akira po prostu rozdzielił dziewczyny, już gotowe na pojedynek wszechczasów.
– Rozwiń temat – zdecydował się na rozsądny ruch Kamil.
– Nie mamy ubrań do osłony przed kolejnymi gradobiciami – udzieliła lakonicznej odpowiedzi Ida. – Pozostają nam losowe przedmioty z poprzedniego.
– Miska do zjeżdżania jako tarcza? – zastanowiła się głośno Malwa.
Wszyscy pozostali zgodnie wzruszyli ramionami.
– Może wyjść, albo zakończyć się klapą – zwerbalizował myśl wszystkich Akira.
Tym pozytywnym akcentem kończąc naradę, przyjaciele udali się na łowy. Z lichymi nadziejami i raczej nastawieni na dołączenie do grona zaginionych na wieki w sklepie.
*
Owoce poszukiwań były nędzne, ale były. Ida uznała, że zastosowanie kija do hokeja na trawie jest podobne, jak Ducha Menadżera jako pomocnej w całej marketowej chryi postaci. Finalnie zdecydowała się na walizeczkę z narzędziami. Przynajmniej była nielekka i miała potencjał jakiejkolwiek skuteczności przy odpowiednim rozmachu. Akirze, swej wielkiej niespełnionej miłości, podarowała taką samą. Chłopak całą tę chwilę zwieńczył żartem o lobotomii z wykorzystaniem młotka i dłuższego gwoździa z zestawu. Siła (platonicznej) miłości dodała Idzie Werk skrzydeł do gry w tenisa ze zjawami po gnijących po alejkach marketu ciałach. Lili i Malwa za swoje oręże obrały rzeczywiste rakiety tenisowe, niczym przyjaciółki z krwi i kości, ubierające się tak samo.
– Zostało kilka kasków rowerowych – nadciągnęło wsparcie ze strony Kamila.
Założyli je wszyscy, a sam Kamil w kwestii tarczy dokonał wyboru, sięgając po metalową wanienkę.
Po tych wszystkich przygotowaniach nie czuli się ani trochę gotowi stawić czoła sklepowej apokalipsie. Licząc, że po śmierci tak naprawdę wcale nie czeka ich obiecywane na lekcjach religii piekło, udali się walczyć o to, by w życiu spotkało ich jeszcze cokolwiek dobrego.
*
Po wskazanej wcześniej przez Ducha Menadżera szatni niosła się pustka, wraz z lekką wonią potu.
– Rozdzielmy się jak w Scooby-Doo. Tak, to na pewno najlepszy pomysł – sarknęła Ida.
– Trochę tu mało miejsca, nawet nie ma jak – skomentowała Lili i przylgnęła z wielkimi oczami do Akiry.
Kamil włączył latarkę. Przestrzeń na kolejną tabliczkę spirytystyczną mieściła się w głębi pomieszczenia. Jedynie wystarczyło odsunąć ławki. Z którejś z szafek zwisała niechlujnie pracownicza koszulka polo, do kompletu ze spodniami na podłodze.
Po przeniesieniu ławek w kąt, Lili dobyła zdobytego na dziale papierniczym markera i zaczęła swoje okultystyczne dzieło. Chwilę później kolejne narzędzie łączności ze zmarłymi stało przed młodymi miłośnikami metalu otworem. W roli wskaźnika wystąpiła ponownie spinka Malwy. Lili, nie bez obaw o siebie i innych, wybierała starannie litery.
Parę par butów BHP wystrzeliło w górę, wyrwawszy drzwiczki szafek. Część grupy czmychnęła za w ukrycie, Akira osłonił skuloną pod ścianę Malwę, która poślizgnęła się i upadła. A kiedy wszystkim ukazała się zjawa, okazało się, że jest to Wanesa. Oto cheerleaderka z ich szkoły, królowa martwych yorków i nosicielka najpaskudniejszego charakterku świata.
– Wanesa? Myślałam, że żyjesz – powitała ją z wielkim uśmiechem Ida.
– To śmierć kliniczna, Ida-iotko – warknęła ta. – Wasz wyproszony duch jest tam i chyba chce na was zrzucić szafkę – odwzajemniła uśmiech Idy.

Komentarze
Prześlij komentarz