Bardzo straszny sklep – część druga



Maja Baranowska-Karwacka

Bardzo straszny sklep


Część druga


    – Nienawidzę sprzątać! – jęknęła Lili po trzech ruchach miotłą.

    Na widok spojrzenia Pana Witolda, w papierach Witolda Pana, wróciła potulnie do dbania o porządek w nowym miejscu pracy. Akira uśmiechnął się niezręcznie sztucznie, ale bez słowa kontynuował wykładanie towaru na uprzednio wyczyszczonych przez Lili półkach. Z kolei Idzie przydzielono kasy. Słysząc tą komendę, uśmiechnęła się do tego stopnia w duchu, że nawet jej oczy nie zdradzały nadziei na ucieczkę. Kasy znajdowały się zbyt blisko odcinających ją i grupę od świata, by nie udało się znaleźć choć cienia szansy na opuszczenie porzuconego przybytku. 


    – Kamil, jak się czujesz? – wyszeptała Malwa, nawet nie licząc nawet na dyskrecję we własnym głosie godną brzuchomówczyni. 

    Potencjalnie ich opraw... pracodawca, to jest mężczyzna w średnim wieku o nadnaturalnych zdolnościach i równie wykraczającą poza zdolności zwykłych śmiertelników apodyktyczność, mógł słyszeć wszystko. Zawsze i wszędzie. Chłopak cisnął w kąt mopa, który zdawał się nie spełniać swojego podstawowego zadania, czyli pozbycia się brudu spod regału z fasolką konserwową. I już po dyskrecji, mogli umierać z rąk Pana Witolda. 

    – Przepraszam – westchnął jej luby i ją przytulił. – Niesamowity syf. 

    Malwa opuściła wzrok, natrafiając na swój pracowniczy uniform – białą koszulkę polo z logo marketu oraz przyluźne dżinsy. Naturalnie pożegnanie z lolicim przyodziewkiem napawało ja rozpaczą, ale o gorsze odczucia przyprawiał ją całokształt sytuacji. Malwa poprawiła swoją ulubioną czarną kokardę we włosach, którą szczęśliwie pozwolono jej zachować. Trwali z Kamilem we dwójkę przez chwilę w ciszy, nasłuchując ewentualnych kroków obuwia BHP Pana. Nie doczekali się, dzięki bóstwom wszelkich wierzeń. Malwa smętnie wróciła do czyszczenia półek, by potem ponownie ustawić na niej zawartość: ogórki konserwowe w litrowych słoikach. 

    – Malwa, zobacz – usłyszała półszept Kamila. – To Werk!

    Nie dało się nie dostrzec krwistoczerwonej, falistej czupryny. Kamil przywołał gestem ukochaną do siebie. Ich nadzieję szybko zgasił Pan, który dostrzegł włosy Idy jako kolejny. 


*


    – Co tu robisz? – Pan Witold zastąpił Idzie drogę. 

    – Szukam kluczyka do ostatniej z kas – odparła, do tego stopnia dławiąc w sobie stres, że ten pozostał bez wpływu na jej pokerową twarz. Czuła kwaśny oddech swojego oprawcy, niemal wypalający jej twarz. Mimo to milionowe wcielenie archetypu szorstkiego zwierzchnika o skostniałym podejściu do zawodu, z przewagą wymierzania kar podległym mu młodziakom nie budziło w niej rozpaczy. Uśmiech, który zagościł na jego ogorzałej  twarzy, był jak kolejna zmarszczka do kolekcji. 

    – Pokażę ci, gdzie jest ten klucz – ogłosił Pan dobrodusznie.  

    Ida przytaknęła, wewnętrznie będąc uosobieniem odpowiedzI odmownej. I wtedy poczuła, jak jej glany odrywają się od podłogi. Przyjęła na klatę fakt wznoszenia się w powietrze coraz wyżej i wyżej, wszak nie od wczoraj sama była obdarowana supermocami, a stan ontyczny Pana od początku pozostawał nieznany. Jej wilcze zmysły pozostawały bezużytecznie w w obecnym położeniu, psy nawet w największej ilości nie miały zębów zdolnych przegryzać kraty. Pozostawało karate. Kiedy dziewczyna już prawie sięgała sufitu hali, chwyciła się pręta konstrukcji go podtrzymującej.

    – No i czemu nie szukasz?! – ryknął z dołu Pan. – Jak szukać w bzdurnych miejscach, to wszędzie!

    Ida trzymała się pręta, nie mając pojęcia, co czekałoby ją zarówno, gdyby go puściła, jak i trzymając dalej. Nagle poczucie braku kontroli nad własnym ciałem  wyparowała, zastąpione gwałtownym, bolesnym zawiśnięciem na drążku. 

    – Nie ma, co?! – wrzaski Witolda nie pomagały. – Może został na zewnątrz? Tam chciałaś go przede wszytstkim szukać, punkowa gnojówo?

    – Metalówo – skorygowała Ida, pewna, że pod wpływem ciężaru zaraz straci ręce. 

    – Proszę ją stamtąd zabrać. 


    Ida ze zdumieniem patrzyła, jak Malwa, drobna, skryta, melancholijna Malwa, wkracza do akcji.

    – Niech pan ją zostawi – powiedziała cicho. – Będziemy wykonywać rozkazy, Panie Witoldzie. 

    Mimo że z góry Ida była w stanie dostrzec tylko pomniejszone o odległość kilkudziesięciu metrów postacie, dostrzegła odrażające oblizanie warg przez Pana. 

    – Będziecie, powiadasz? W takim razie ty wykonasz jeden z nich jako pierwsza. – Zakleszczył palce na ramionach dziewczyny.


    Ida nie chciała zginąć. Bardziej pragnęła jednak bezpieczeństwa koleżanki, równie skrytej jak ona, a jakże wrażliwej na zło tego świata. Dlatego nie licząc na nic poza opuszczeniem tego padołu, puściła drążek.


    Spotkanie z regałem pełnym makaronów nie należało do przyjemnych, niemniej nie był to kaliber regału z konserwami. I, co najważniejsze, Idę spotkała niepowtarzalna okazja złapania się konstrukcji, dzięki czemu przeżyła cały upadek. Czym prędzej wstała i popędziła na pomoc Malwie.  

    W obronie tej stanął Kamil, ale i on pofrunął – w stronę mrożonek. Ida otarła krew ze stłuczonego czoła i chwyciła starą drabinę, najpewniej w czasach swej świetności służącej pomocą w wykładaniu towaru na najwyższe półki. Wykorzystanie jej jako tępego narzędzia w samoobronie okazało się równie dobrym posunięciem.


    Pan Witold runął na podłogę, pryskając z potylicy krwią, a zapłakana Malwa odsunęła się od niego jak najdalej. Kamil szybko przypadł do dziewczyny, ta zatopiła się w jego ramionach. 

    – Ja to przewidziałam – łkała – że to wszystko się stanie! Życzyłam mu śmierci, kiedy się do mnie dobierał…

    Ida kierując się słowami Malwy, chwyciła leżący w pobliżu kij do mopa i dźgnęła nim być może zwłoki, a być może nadal dogorywającego starego obrzydliwca. Niestety nadal oddychał. A może i stety. Ktoś musiał ich stąd wypuścić.

    – Dusiek! Malwa, Kamil! – wołanie Akiry poniosło się zza alejki z mrożonkami. – Mam trop! 

Kiedy pokazał się wraz z Lili i obojgu szczęka opadła, Ida tylko poprosiła:

    – Przywiążcie go gdzieś. Ja najchętniej obcięłabym mu łapska, którymi chciał skrzywdzić Malwę, więc ja się tego tykać nie będę.



Komentarze

  1. Pewnie staruch nie tak łatwo da im wskazówki jak się wydostać z pułapki.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Bardzo straszny sklep – część pierwsza

Metalowe Love: Popieprzony Piątek

Metalowe Love: Gorzej nie będzie. Eliksir samouwielbienia