Wilczy Bilet – rozdział dwudziesty szósty

Content Warning: śmierć, przemoc

26




    Ida przeczesała resztę szkoły i finalnie uznała, że poza wyznaniem pani Joli nie wie nic. Zwłaszcza, że zapach ludzi wciąż unosił się w jakimś stopniu w budynku. Płynęła przez korytarze, pokryte efektami masakry spod wilczych zębów.
    – Chodźcie, piechole – mruknęła, a wilki posłusznie utworzyły w ślad za nią wężyka. – Są ciekawsze miejsca.
    Uwagę Idy przykuło zejście do piwnicy, stojące otworem. Wraz z watahą udała się na dół. Zwłaszcza, że jeden z zapachów był nader znajomy. Ida pożyczyła ciało jednego z morderczych podopiecznych i skierowała watahę prosto ku źródłu woni Akiry.
    Piwnica wyglądała przytulnie – spowita czernią i wonią wilgoci, zdobna w pajęczyny. W sam raz na przetrwanie apokalipsy, zakładając, że lubi się jeść szczury.
    Kierowała się zapachem kumpla, aż go znalazła. Chłopak znajdował się w kolejnym pomieszczeniu, zgoła innym. 
    Miejsce pokrywały płytki i sterylny blask bieli. Akira leżał na kolejnym elemencie medycznego wystroju  leżance  przytwierdzony pasami. W zgięciu jego łokcia tkwił wenflon łączący Akirę z aparaturą i workiem, pęczniejącym od krwi. Chłopak zamrugał półprzytomnie. Kneblująca go szmata zdusiła jego krzyk. 
    Ida, pewna swych kompetencji w kwestii pokonania złodupców, którzy dopuścili się wymuszenia od kumpla krwi, tylko posłała swojej watasze porozumiewawcze spojrzenie. Jakież było jej zdziwienie, gdy okazało się, że ta ma ją w dupie. Nie zwracając uwagi na swą przywódczynię, wilki chrupały bordowe kąski.
    – Lepiej późno, niż wcale, co? – odezwał się głos z gnijącego piwnicznego mroku i oczom Idy ukazał się ubrany na czarno chłopak.
    – Jesteś ubrany tak samo jak ten kretyn, który ledwo mnie zobaczył, a umarł – odparła Ida bez najmniejszego śladu emfazy. – Jesteście sektą?
    Chłopak drgnął, jakby dogłębnie zraniony.
    – Niezarejestrowanym ruchem religijnym – warknął. – Mamy problemy chyba jako jedyni oprócz Latającego Potwora Spaghetti, bo jak przychodzimy do urzędu z naszym Panem, to biorą go za przebierańca. Czaisz to?! Ze wszystkich religii to my mamy dowód na istnienie naszego bóstwa, a nasze wnioski idą do kosza!
    – Nie powiedziałabym, że jest jedyny – mruknęła Ida. – Ale kto by uwierzył duchowi, który był w świecącej jak psu jajca anielskiej poczekalni. Swoją drogą, czy te martwe ciała na zewnątrz to byli twoi koledzy z sekty? Nie mów, że masz więcej zwolenników twojej religii? Nie no, żart, jebie mnie to. Czego chcecie od mojego kumpla? Odłączcie go od tego ustrojstwa.
    – Mów mi Damian – odpowiedział jej rozmówca, z uśmiechem tylko podkreślającym jego szarmanckość. – Zostaniemy znajomymi na dłużej, więc warto się poznać. I twoje wilki nic mi nie zrobią, nie po kąskach z krwi twojego obiektu westchnień.
    Ida, słysząc to, zaprzestała nawoływania swoich wilczych towarzyszy. Pragnąc ściągnąć tych czających się na zewnątrz, nietkniętych smakołykami o smaku Janika, wyczuła od nich kłopot z barierą w postaci zaryglowanych wszędzie drzwi. W szkole pozostała ona wraz z Akirą oraz kultyści w liczbie jeszcze jej nieznanej. Oraz…
    – Oto ja – dobiegł głos zza przepierzenia, o które oparte były kije do unihokeja. I oczom Idy ukazała się twarz Nadii, przyklejona to klaty potwora o kształcie kozłopodobnym.
    Ida Werk przejechała niematerialną dłonią po twarzy. Znowu jakieś nadnaturalne cholerstwo?! No kurwa.
    – O co tu chodzi? – warknęła. – Macie jakiś problem, że już tak polecę po naszych gryzących piach kolegach w dresach?
    Damian wystąpił przed swojego władcę, gotów przemówić z dumą na temat całego przedsięwzięcia. Dlatego Ida postanowiła działać i szybko znalazła się w jego ciele. Skoro sam się podstawił…
     Demon jednak był szybszy i Ida poczuła ssanie. Opuściła ciało Damiana tak szybko, jak wcześniej przejęła nad nim kontrolę. Czuła się jak podtapiana  mimo swego stanu ontycznego odczuwała rozpaczliwą potrzebę zaczerpnięcia tchu.
     
    Ujrzała przed sobą demona szczerzącego drobne, ostre zęby, niczym wilk w koziej skórze. Niemniej nadal najstraszniejszą dla Idy jego cechą były typowo kozie, poziome, prostokątne źrenice.
    – Krew twojego przyjaciela już mamy – oznajmił. – Do całego procesu potrzebna będziesz ty.
    Ida parsknęła sardonicznie pod nosem.
    – Już mam umowę z jednym dziwnym tworem, którego na co dzień nie widzimy – oznajmiła. – Sorry.
    Tymczasem szmata, tkwiąca wcześniej w ustach Akiry, wylądowała na brudnej podłodze, a chłopak w pierwszym odruchu rozkaszlał się. Ida patrzyła na niego beznamiętnie. Obok niego znajdowała się wielka torba wypełniona litrami krwi.
    – Ida, wezwij wilki – wykrztusił słabo, jakby sam szykował się złożyć wizytę Panu Światłości.
Ida nie zamierzała mimo wszystko mu odpuścić tak łatwo.
    – Mam blokadę – warknęła. – Prędzej umrę na dobre, nim zareagują na prochach z twoją krwią.
    Zrobiła unik przed pazurami demona, następnie opluła ektoplazmą nóż Damiana. Ten z obrzydzeniem odrzucił broń.
    – Zainspirowałam się twoim wstrętem do klasowej żaby podczas dyżuru w sali biologicznej – zachichotała Ida, po czym poszybowała w tył, robiąc unik przed szponami demona.
    – I tak cię pochłonę! – grzmiał Kozioł. – Wtedy to ja zostanę bóstwem wszystkich! A kto nie będzie chciał zachorować, przyjmie lek z krwią twojego kolegi. Słodko jest kontrolować innych, prawda, wilczyco alfa? – wyrzucając z siebie tenże monolog, wymachiwał zniekształconymi racicami, celem przyjęcia w swoje wnętrze Idy. – Alergia na psią sierść to jednak fajna sprawa, kiedy połączy się ją z twoją antyklątwą odporności na wilki po likabombie. No i do tego ta twoja nieszczęśliwa miłość. Nie ma nic lepszego na łatwe zwabienie tak potężnego bytu.
    W tym samym momencie Ida zdołała zrobić unik przed Damianem, czyhającym na nią z pochłaniaczem duchów rodem ze znanego filmu o pogromcach i sprawić, by ten po nieudanej próbie jej schwytania wylądował na aparaturze, do której podłączony był już bardzo niezdrowo blady Akira. Urządzenie, wraz z leżanką, do której przytwierdzony był jej kumpel, wylądowało z gruchotem na betonowym podłożu. Uwolniony chłopak miał jednak nawet problem, by wstać. Wokół niego rosła kałuża krwi z rozerwanej torby.
    – Ida… – wychrypiał. – Strasznie cię przepraszam…

Wtedy Ida odczuła przypływ Czegoś Więcej. Nie, jej gorliwe uczucie względem Akiry nie rozbudziło się na nowo (a przynajmniej tylko trochę), ale wrócił sentyment do wspólnie spędzanych w szkole i poza nią chwil. Wspólne obiady na stołówce, wymienianie się empetrójkami, odpisywanie prac domowych. Fakt, że we wspomnianych okolicznościach zawsze pod ich nogami
kręciła się Lili, wzmagał ten przypływ siły mentalnej i fizycznej. 
    Ida, otoczona czerwoną poświatą, wzniosła się z wolna w powietrze. Po czym zawyła w sufit, jak najprawdziwszy wilk.
    I wtedy przybyły one. Dziesiątki, setki wilków wraz z łupnięciem szkolnych ścian wypełniły boisko, korytarze i pozostałości piwnicy. Jeden z nich wlókł ze sobą w pysku martwe, nadgryzione ciało.
    – Jedzenie w biegu nie jest zdrowe – zbeształa go Ida.
    – To mój tata! – zaskrzeczał Akira.
    I, podobnie jak Ida porwany niesamowitym przypływem sił, podbiegł do ojca, zostawiając za sobą krwawą ścieżkę prosto z nakłutej żyły.
    Ida zostawiła ten temat na później, pozwalając kumplowi na wylanie (niezbyt) zrozumiałych łez. Pojęcia nie miała, jak można płakać za takim gnojem, ale miała teraz epicką bitwę na głowie. 
    Jeden z potężniejszych wilków z watahy stanął przed nią i ukłonił się niczym przed królową. Ida zanurzyła się w jego ciele jak Power Rangersi w Megazordzie. I wydała swemu stadu, swej żarłocznej armii, komendę: zniszczyć zło, zniszczyć potwora i jego popleczników… A, jednak nie, Damian już leżał z rozszarpanym gardłem. Ida zawyła po raz kolejny. Akira pod wpływem natłoku alergenu kichnął ojcu w twarz, a głowa denata pacnęła na podłogę. Teraz było pewne, że nie żyje.

    Wilki ruszyły do boju, tworząc wielkie puchate tornado. Przy akompaniamencie przekleństw Akiry, szukającego w torbie tabletek antyhistaminowych, wataha Idy rozniosła Kozła nad Kozłami w krwawy pył. Wszak wilki znajdowały się w łańcuchu pokarmowym nad kozami.

    Po posiłku z istoty nadprzyrodzonej, młodego kultysty i paskudnego starego dziada Janika wilki udały się pod komendą Idy na zasłużony odpoczynek. Ida, dla dobra Akiry, który potrzebował natychmiastowej pomocy medycznej i krwi, mnóstwa krwi, wcieliła się w przypadkowego trupa na ulicy, który wyglądał jeszcze w miarę żywo i przypominał człowieka, a nie zrobiony do połowy pasztet. W jego ciele i z Akirą na rękach, udała się do samochodu dyrektora, a uwalane w ektoplazmie podwędzone mu kluczyki wykorzystała z satysfakcją. Podziękowawszy Konradowi za parę lekcji jazdy na opuszczonym placu pod Miasteczkiem, ruszyła z Akirą w drogę do szpitala w Mieście Obok. Ten w Miasteczku już dawno zawierał mielonkę zamiast personelu.

Komentarze

  1. Niezłe, podobało mi się, ale przyznam, że ciężko mi się czytało - za ciemno w stosunku do mojej wady wzroku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! <3 Hmm, pomyślę nad jaśniejszym kolorem tekstu, mam nadzieję, ze to pomoże

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Bardzo straszny sklep – część pierwsza

Metalowe Love: Popieprzony Piątek

Metalowe Love: Gorzej nie będzie. Eliksir samouwielbienia