Wilczy Bilet – rozdział dwudziesty ósmy
Content Warning: używki, śmierć
28
– Młody jesteś. Skończyłeś w ogóle gimnazjum?
Akira był zaiste młody, wczoraj obchodził szesnaste urodziny.
– Nie – odpowiedział szczerze – bo dziś oblewałbym egzaminy gimnazjalne.
Otrzymanie mieszkania w ramach programu pomocy mieszkańcom dotkniętego wilczą epidemią Miasteczka było tak proste, a tak skomplikowane.
Obrócenie głupiej sytuacji w nieśmieszny żart nie stanowiło intencji Akiry. Niemniej, kiedy siedząca obok Lili znacząco pogłaskała krągłość pod bluzą, wpatrując się szklistymi oczami w urzędnika, ten zmienił zdanie.
Tak dostali z Lili mieszkanie. A to oznaczało życie za pozostałe im pieniądze z trupa jego ojca i sprzedanych obrazów Lili, a następnie konieczność podjęcia pracy. Jakiejkolwiek, bo w kilku laboratoriach odprawiono go z kwitkiem po przedstawieniu projektu lekarstwa na likabombę na bazie jego krwi. Niedawne istnienie demona, który osobiście zlecił przerobienie go na bank krwi, w ostatnim miejscu oczywiście skwitowali śmiechem i Akira, z nabytym po drodze słoikiem ogórków, znów wrócił do domu z nie najlepszymi wieściami. Wieści te jednak pozostało mu zachować dla siebie, Lili nadal trzymając pod kloszem nieświadomości co do całego tego nadnaturalnego Meksyku. Już wystarczyła jej wiedza co do śmierci jej rodziców, która przyprawiła ją o trwające do dziś oderwanie od rzeczywistości. Może po porodzie jej powie.
Sam ze śmiercią swego spłodziciela czuł się… dziwnie. Łzy, które przyszły na widok zmasakrowanego ciała Władysława Janika, odeszły w nieznane chwilę po opuszczeniu szpitala. Akira skonstatował już wtedy, że nie chce walczyć z uczuciem ulgi. Zasłużył na spokój.
Z czasem pieniądze tatka, które nie zostały odłożone na czas po porodzie, rozpłynęły się, przekształcone w jedzenie, z przewagą kiszonek i słodyczy. Stąd wynikała decyzja Akiry o rozpoczęciu pracy. Jakiejkolwiek. Tym razem zatrudnił kogoś do podrobienia dowodu poświadczającego jego zmyśloną pełnoletność. Dziwne uczucie, udawać o dwa lata starszego, co wyrażało się w istotnie dorosłych aspektach życia, innych niż alkohol i papierosy – z którymi, przy okazji, chłopak od dawna nie miał nic do czynienia. Szkoda kasy, podobnie jak na fast foody. Liczyło się dmuchanie i chuchanie na Lili i Doriana oraz przeżycie kolejnego dnia. A cel uświęcał środki.
– Pierwszy dzień? – usłyszał, cóż, pierwszego dnia pracy podczas wykładania towaru.
Chłopak swoim zwyczajem się uśmiechnął i przytaknął.
– No to jeszcze miesiąc do wypłaty – wzięła się pod boki tęga, niemłoda współpracowniczka. Akira obstawiał, że było jej na imię Grażyna. – Będziesz miał w końcu na fryzjera, żeby obciąć ten ogon!
Tu niemal utonęła we własnych łzach śmiechu.
Akira zmiął w ustach ripostę o prawdopodobnej niemożności Grażynki do wizyty u dietetyka, bo jej pensja na to nie starczyła. Cel uświęcał środki. Przerzucił rzeczony ogon na plecy i wrócił do wciskania mrożonek tam, gdzie było ich miejsce.
*
Parę tygodni później Kyouko Janik jechała autem z lotniska w Warszawie do Miasteczka kawał drogi, która wreszcie zakończyła się wieczorem. Kyouko zaparkowała na tyle precyzyjnie, na ile pozwalało potężne zmęczenie przeplatające się z pozostałościami po poprzedzającej powrót nocy pod znakiem zielonego i niemal wypłynęła z auta.
– Ajajaj – westchnęła nieświadoma wdowa po Janiku seniorze, wysiadając pod supermarketem.
Ledwie zrobiła krok ku wejściu, a zanurkowała w sierści… psa? Kyouko zamrugała i rozejrzała się. Otaczały ją krew, flaki oraz zgraja wilków. Kyouko pisnęła i wślizgnęła się z powrotem za kierownicę, w moment stuprocentowo wolna od wpływu hulaszczego trybu życia. Niewiele myśląc, z piskiem opon odjechała do Miasta Obok. Do kolejnego supermarketu. Po browara rozpaczy. Tak. Pucha zimnego piwunia do wypicia od razu w hotelu stanowiła konieczność i doskonałe lekarstwo. Dopiero potem mogła sobie pozwolić na przemyślenie tego, co zobaczyła w Miasteczku. I nigdy, przenigdy więcej tam nie wracać.
Nadal trochę w stuporze, Kyouko rozejrzała się smętnie po alejkach sklepu. Nie znajdzie tego, czego szuka, w takim stanie, mowy nie ma. Rozejrzała się za obsługą i po chwili wyłowiła wzrokiem ze sterylnie białych pustek sklepu kogoś w uniformie w barwach rzeczonego dyskontu.
– Przepraszam, gdzie znajdę alko…– urwała. – Aki?!
Nie mogła w to uwierzyć. Przed nią stał jej syn, w koszulce firmowej marketu i butach BHP. On też nie mógł uwierzyć – w końcu zapamiętała jego imię! Włosy grzecznie związał w kucyk, dyndający poniżej łopatek i przerzucony przez ramię. Uśmiechnął się ze wzrokiem powlekanym pustką, typową dla pracownika smutnej korporacji.
– Cześć, mamo – rzekł. – Alko mamy w mieszkaniu. Zapraszamy, ja i Lili.
*
Droga do złocistego, kojącego napoju bogów niekiedy słynęła z wybojów. Tak było i teraz.
Akira, już w bluzie zespołu blackmetalowego Dżuma i Cholera oraz z rozpuszczonymi jak zazwyczaj włosami, przekręcił klucz w zamku. Kyouko dyszała po podróży w szpilkach na ostatnie piętro niepozornego czteropiętrowego bloku.
– Wchodź, mamo – przepuścił ją w drzwiach.
– Dzień dobry, pani Kyouko – powitała ją za progiem Lili w fartuszku, prawdopodobnie w większym stopniu składającym się z warstw farby, niż z poliestru. Dziewczyna jej syna wyglądała na pulchniejszą, niż ją ostatnio widziała, co niejako ucieszyło Kyouko. Czasem martwiło ją, czy nie zmaga się z niedowagą.
W mieszkaniu panował umiarkowany porządek, z przewagą kurzu w kątach i przybrudzonych farbą ścian. Na kuchence znajdował się garnek z zupą nie pierwszej świeżości. Nawet Kyouko umieściłaby takową w lodówce.
– Cześć, Lila – rzuciła Kyouko, nadal nie dowierzając paru ostatnim wydarzeniom. Bardziej jednak nie spodziewała się zobaczyć syna tak szybko, i to mieszkającego z dziewczyną. – Mieszkacie tu sami?
Akira pokiwał głową, cokolwiek mechanicznie.
– Zgadza się – zawtórowała mu Lili.
Kyouko zmarszczyła brwi. Napotkane w Miasteczku wilki wykraczały na ten moment poza jej pojmowanie, tak samo jak wszystkie inne niespodzianki, z którymi się zetknęła w ciągu ostatnich kilku godzin. Dlatego zapytała:
– Ale dlaczego? Gdzie jest twój tatko, Aki? – Jakby wcale nie zdradzała Władzia Janika z dwudziestokilkuletnim basistą jej kapeli.
Akira dawno nie czuł się tak niezręcznie. I taki wściekły.
– Tata dostał to, na co zasłużył.
Kyouko wybałuszyła na niego oczy, jakby rozmawiali o kwestiach nadprzyrodzonych. Co w sporej części było prawdą. Chłopak nie zamierzał nic tłumaczyć, mimo że Kyouko w trasie do domu wyznała mu, że pojawiwszy się w Miasteczku niemal potknęła się o wilka.
– Zostaniesz babcią, mamo. – Akira zmienił temat na ważniejszy.
– Co do… – wybełkotała Kyouko i jej świat zalała czerń.
Jaki syn, taka matka, obydwoje nie mieli nerwów do słuchania o nieplanowanych ciążach. Niedaleko padało jabłko od jabłoni, i tak dalej. Taak. Na pewno Akira pragnął podnieść jabłko i dobić nim Kyouko. Mimo wszystko, nie narobiła tyle smrodu, co staruszek, by dokonać żywota w taki sposób, jak on. Ale w życiu też jej już nie chciał.
Im dłużej z nią rozmawiał, tym silniej narastała w nim niechęć i obojętność wobec niej. Przez cały ten czas już niemal zapomniał, jak wygląda i jaki ma głos. Po jej krótkiej relacji z przygody w Miasteczku podejrzewał też, że gdyby nie wpadła na niego przypadkiem w drodze, już nigdy by o niej nie usłyszał. Zaczął się zastanawiać, czy tak nie byłoby przypadkiem lepiej.
Ale głowę tatka to Akira by sobie zakonserwował i podziwiał. Byle nie gadała.
Chłopak szybko wymazał tę myśl z własnej głowy, licząc, że zdusił chorobę psychiczną w zarodku. To, co spotkało go przez ostatnie miesiące, na spokojnie mogłoby taką zrodzić.
– Aki! – syknięcie Lili oderwało go od niechcianych marzeń na jawie. – Matka ci zemdlała, cholero!
Nieco obruszony, Akira zabrał się do dzieła. Szkic stanowiło odciągnięcie zbyt pomocnej Lili od procesu twórczego. Finalnie sam dźwignął matkę do pozycji nieleżącej i już we dwójkę ją ocucili.
– Będziecie mieli dziecko…? – wybełkotała, już wybudzona.
Akira ściągnął materiał luźnej koszuli nocnej Lili do tyłu, podkreślając ciążową krągłość lubej. Wzruszył ramionami.
– Oto nasz Dorian – rzucił.
– Aki! – syknięcie Lili oderwało go od niechcianych marzeń na jawie. – Matka ci zemdlała, cholero!
Nieco obruszony, Akira zabrał się do dzieła. Szkic stanowiło odciągnięcie zbyt pomocnej Lili od procesu twórczego. Finalnie sam dźwignął matkę do pozycji nieleżącej i już we dwójkę ją ocucili.
– Będziecie mieli dziecko…? – wybełkotała, już wybudzona.
Akira ściągnął materiał luźnej koszuli nocnej Lili do tyłu, podkreślając ciążową krągłość lubej. Wzruszył ramionami.
– Oto nasz Dorian – rzucił.
Kyouko nie rozumiała, mimo że naprawdę ciężko pracowała nad jak najlepszym procesem myślowym. Akira też nie rozumiał – czyżby przeoczył moment, kiedy znowu jarała? Może wtedy, kiedy była nieprzytomna? Nie zdziwiłby się, jeśli tak.
– Hideki… – westchnęła Kyouko, już po staremu przekręcając jego imię. – Pomogę wam. Ja to wszystko załatwię…
– Nie.
Metalowa mamuśka dotychczas wspierała syna, nie powstrzymując go przed niczym. Złymi decyzjami w szczególności. Akira postanowił skorzystać z tego daru. Nie chciał już od niej niczego.
– Nie potrzebujemy twojej kasy i walających się po mieszkaniu blantów. Dorian tym bardziej nie musi mieć takiej babci.
Gładką i białą jak antyczny posąg buzię Kyouko przecięła zmarszczka gniewu.
– Satoshi, jak ty się odzywasz do mat...
Swoją kwestię dokończyła za drzwiami. Dzieło zwieńczyło kliknięcie przekręcanego zamka. Wschodząca gwiazda azjatycko-europejskiej sceny metalowej poszła w ryk, niczym kilkuletnie dziecko, któremu karnie odebrano dzienną dawkę kreskówek. Potem poszła donikąd i tyle ją ktokolwiek widział.
– Hideki… – westchnęła Kyouko, już po staremu przekręcając jego imię. – Pomogę wam. Ja to wszystko załatwię…
– Nie.
Metalowa mamuśka dotychczas wspierała syna, nie powstrzymując go przed niczym. Złymi decyzjami w szczególności. Akira postanowił skorzystać z tego daru. Nie chciał już od niej niczego.
– Nie potrzebujemy twojej kasy i walających się po mieszkaniu blantów. Dorian tym bardziej nie musi mieć takiej babci.
Gładką i białą jak antyczny posąg buzię Kyouko przecięła zmarszczka gniewu.
– Satoshi, jak ty się odzywasz do mat...
Swoją kwestię dokończyła za drzwiami. Dzieło zwieńczyło kliknięcie przekręcanego zamka. Wschodząca gwiazda azjatycko-europejskiej sceny metalowej poszła w ryk, niczym kilkuletnie dziecko, któremu karnie odebrano dzienną dawkę kreskówek. Potem poszła donikąd i tyle ją ktokolwiek widział.
Komentarze
Prześlij komentarz