Wilczy Bilet – rozdział dwudziesty trzeci

 Content Warning: śmierć, przemoc 

23





    Zdyszana jak po katorżniczych wyzwaniach Nadii sprzed kilku tygodni, Wanesa wpadła w ślepy zaułek wśród krętych uliczek i niewysokich bloków. Dobrze, bo wilki, w przeciwieństwie do niej, nie miały szansy się tam wcisnąć. Niedobrze, bo nieustępliwie wsadzały w wąską alejkę łby, warcząc, szczekając i tocząc pianę z pysków. To nie pomagało w zachowaniu spokoju, który dawał możliwość przemyślenia sprawy na chłodno. Nie wyglądało na to, by miała nadejść pomoc. Wanesa opadła bez sił pod ścianę i pogrążyła się w marazmie. Ten po jakiejś godzinie przeobraził się w sen.
    – Wanesa? – po kolejnej godzinie obudził ją głos.
    Dziewczyna uniosła głowę. Nad nią stał nastoletni, nieco zarośnięty i długowłosy... Azjata? Czarne ciuchy zdradzały przynależność do subkultury metalowej. Przez ramię przerzucił plecak taktyczny. Chłopak uśmiechnął się niepewnie.
    – Znamy się? – zapytała nieprzytomnie Wanesa.
    Co gorsza, za jego plecami wilki nadal próbowały sforsować kawałek budynku. Jak on to przetrwał?!
    – Akira. Aki Janik. Byliśmy w jednej klasie.
    Wanesa niemal zgubiła szczękę. Gdzie się podział jego odstający brzuch? Skąd się wzięła linia jego żuchwy, dotąd ukryta za nadliczbowym tłuszczem? I czy nie był niższy? Wanesa pamiętała, że Janik równał się z nią wzrostem, teraz przysięgłaby, że ją przerósł.
    – Ty… wilki… Jak one cię nie rozszarpały?
    Akira rozbrajająco wzruszył ramionami.
    – Nie wiem – odparł. – Na pewno warto to wykorzystać.
    Na tym skończywszy wyjaśnienia złapał ją za rękę i biegiem powiódł przez mur z rozwścieczonych bestii. On oczywiście wyszedł z tego cało, bo zrobiły mu przejście. Wanesa z garścią zadrapań.
    – Pojebało?!... – Wyszarpnęła mu się z warknięciem.
    Ten jednak ją ignorował, zwrócony w stronę watahy.
    – Ida? Jesteś tam? – zapytał bez dawnej radosnej nuty w głosie.
    Brzmiał w cholerę poważnie. Wanesa pożałowała tego, co mu zrobiła po tych wszystkich korkach. Teraz pewnie był po utracie piątej klepki.
    – Ida! – kontynuował chłopak. – Jeśli tu jesteś, zabierz stąd te wilki.
    Cisza. Wilki rozstąpiły się przed nim jak biblijne morze, postąpiły w przód i skoczyły na Wanesę. Ta po raz kolejny rzuciła się do ucieczki, wykorzystując energię, którą przywróciła jej dłuższa drzemka.
    – Wanesa! – jeszcze chwilę niosło się za nią nawoływanie Akiry.
    Wianie stąd stanowiło konieczność. Z dala od krwiożerczych wilków. Z dala od Janika, który w końcu musiał oberwać kamieniem od okolicznych dziarskich chłopców-sportowców za włosy o wiele dłuższe niż jej własne. Dobrze mu, dobrze. Jednak Wanesę, jakby nie miała za dużo problemów, nękały wyrzuty sumienia. Powinna była go przeprosić za wpakowanie w kłopoty, tylko dlatego, że bronił Werk na imprezie. Bronił każdego. I najwyraźniej wybaczył Wanesie. Myśli o własnej samotności oraz żałosności atakowały jej zwinność, refleks oraz szybkość – niezbędne podstawy każdej ucieczki z elementami przeskakiwania zwłok i omijania kałuż krwi czy czerwonego śniegu. Pędziła przez peryferie Miasteczka, słysząc co jakiś czas, że ze stada ujadających wilków co jakiś czas odpada jeden czy dwa.
    U podnóża lasu w Wanesie zatliła się euforia. Do domu został jeszcze kawałek! Nie dowierzała samej sobie, podejrzewając omamy. Na to jednak nie było czasu. Obejrzała się. Za nią podążały nie bez rosnącego wyczerpania jeszcze dwa wilki. Dziewczyna sprintem wystrzeliła między poskręcane gałęzie.
    Rychło jej wzrok zamgliło przemęczenie. Chcąc nie chcąc, Wanesa nieco zwolniła. Wraz z kontrolnym rzutem okiem przez ramię pojęła, że zgubiła dwóch ostatnich osobników z watahy. Pozwoliła sobie na odpoczynek. Nie na długo, bo kolejne, tym razem uciążliwie piskliwe szczekanie odebrało jej całą nadzieję. Wanesa ściągnęła puchową złotą kurtkę, zwinęła naprędce i zawyła w nią histerycznie. 
    Szczekanie ustało. Dziewczyna podniosła wzrok i zobaczyła poruszający się przed nią krzak. Zrezygnowana, ponownie zanurkowała twarzą w miękką puchówkę, czując, jak nasącza ją łzami. Co ciekawe, nic się nie stało. Podniosła się znowu i popatrzyła.
    – Mario! – pisnęła i ślizgiem przez śnieg złapała pieska na ręce.
    Zrozumiała swój błąd. Na cmentarz dla zwierząt posłała już dwa yorki w ciągu całego jej szesnastoletniego życia. Oba znalazła martwe w torebkach po zielonych szkołach, na których nie mogła się bez nich obyć, a jednak więcej czasu spędzała na imprezach, niż ze zwierzętami, którym powinna zapewnić opiekę. Mario przerwał krąg cierpienia. Już nie musiała zmieniać torebek, bo poprzednie woniały trupem. A porządna torba to nietania rzecz. O yorku z dobrej hodowli nie wspominając. Może rodzice kupią jej kolejną torebkę, jak pokaże się w domu z całym i zdrowym Mario?
    – Mario… – wyszeptała. – Przepraszam, że odpuściłam szukanie ciebie. Dostanę tyle nowych torebek, że na sto procent będziesz miał jakąś na każdą godzinę. A ja będę mieć wielką torbę na te wszystkie torby, żeby ci je zmieniać częst...
    Przerwała jej fala krwi, która buchnęła z jej własnej tętnicy. Z rany zwisał kawał skóry, a na jego końcu dyndał z zakrwawionym pyszczkiem Mario. 
    Wanesa z miejsca straciła resztki energii, zdolna już tylko podziwiać własną śmierć przez wykrwawienie. I ostatnie pisane jej ujrzeć uroki lasu zimą. Pacnęła ociężale w śnieg.
    – Ma-rio...
    Obserwowała powoli rozmywający się nad sobą widok. Wyłowiła coraz mniej ostrym wzrokiem opadającą na ziemię, rozmytą trochę bardziej niż reszta sylwetkę. W wielu miejscach była czerwona. Wanesa jeszcze działającym wprawnym okiem pasjonatki farbowania włosów dostrzegła spory ciemny odrost. Reszta włosów (?) była prawie nie do odróżnienia od krwawych plam na ciele postaci. Plama w kształcie człowieka uśmiechnęła się szeroko, chichocząc. Wtedy Wanesa zrozumiała Akirę i fakt, do jakiego stopnia popieprzona była cała sytuacja.
    – Werk – wymamrotała i zobaczyła kiwnięcie głową.
    – Fajnie było patrzeć przez ostatni tydzień, jak zdychasz – dodała Ida. – Coraz lepiej ci to wychodzi. Dobra robota, Garm – pochwaliła pieska. York szczeknął do niej z dumą.
    Ida uniosła ręce i z okraszonej śniegiem gęstwiny za nią wyłoniło się kilka wilków. Na rozszarpywanie żywcem było jednak za późno. Wanesa sama odpłynęła w – jak przypuszczała Ida – piekielną czeluść. 
    Ida po chwili odwróciła wzrok od ucztujących pobratymców i zerknęła na Mario. Piesek robił ogonem w śniegu jednoskrzydłego orła i wystawiał język w wielkim psim uśmiechu.
     – Nie pogłaszczę cię teraz, wybacz – westchnęła, nadal zła na swój los. – Nie mam ciała. Jeszcze.
    Siłą umysłu pokierowała Mario z kawałkiem dawnej pani w pysku do chatki Konrada, pokój twej duszy, tatku. Potem po niego wróci. Następnie wzniosła się wysoko w wieczorne niebo. A może nocne? Nie miała pojęcia. Tak jak nie miała możliwości snu czy odpoczynku. Odkąd nie żyła, czas ją omijał. Po drodze wcieliła się w przypakowanego basiora, by przyspieszyć tempo.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bardzo straszny sklep – część pierwsza

Metalowe Love: Popieprzony Piątek

Metalowe Love: Gorzej nie będzie. Eliksir samouwielbienia