Wilczy Bilet – rozdział dwudziesty czwarty
Content Warning: śmierć, przemoc
24
Ida, frunąc przez utkane z betonu i martwych ciał Miasteczko, zastanawiała się, kim był szukający jej wcześniej chłopak, który stracił życie po kontakcie z dresem.
To, gdzie trafił po śmierci, najpewniej oddawało jego zamiary względem niej. Niemniej, sama by nie ukarała kogokolwiek za chęć zrobienia jej krzywdy. I nie, Wanesy nie określiłaby jako kogoś, bo to sugerowało jakiekolwiek człowieczeństwo, a co za tym idzie inteligencję.
Ida zdecydowała sprawdzić, kto nawet po śmierci nie zamierzał jej dać spokoju. Alternatywę stanowiło zostawienie szkoły pełnej martwych ciał w cholerę i szansę pięćdziesiąt na pięćdziesiąt, że ktoś ją znajdzie albo nie. Ida, już wprawiona w amatorskich śledztwach, zdecydowała się na pierwszą opcję.
Szkoła świeciła pustkami, Ida natknęła się co najwyżej na wilka, który beknął w kącie, a z jego pyska wypadł skrawek ortalionu z logo Adidasa. Kto mógł, ten przetrwał, uciekając wystarczająco szybko i z równie dobrym refleksem i kondycją łapiąc transport czy broń. Ida modliła się do Pana Światłości, by właściciel adasiowej szeleszczącej zbroi i jemu podobni zostali posłani zapadnią w piwnicę płomieni.
Ida, czując, że nie ma nic lepszego do roboty, popłynęła w stronę wilka, któremu wymknęło się beknięcie. Opadła lekko na szkolne linoleum i wymieniła ze zwierzakiem spojrzenia. Obserwowała jego pożywianie się kolejnymi ludzkimi szczątkami, aż jej uwagę przykuł palec, który spadł z paszczy potwora. Na palcu – na oko męskim – tkwił sygnet z głową kozła. Nadia Kozłowska, która przeobraziła się w kozła. To skojarzenie było tak kretyńskie, że musiało w jakimkolwiek stopniu nieść prawdę – podobnie było z zaginięciami chłopaków z nadwagą.
Usłyszawszy dobiegające z oddali kroki, uniosła się płynnie pod sufit. Szkoda, że za życia nie poruszała się z taką gracją.
Rzeczone kroki stawiał dyrektor, najznamienitszy pedagog o równie wysokim co stanowisko poziomie obłudy. Oraz człowiek, który przyłożył rękę zarówno do jej śmierci, jak i lęku o wystarczająco poturbowanego przez życie kolegę. Ida miała chęć opluć go budyniem z balkonu, tyle że w wersji pozagrobowej, spod sufitu i ektoplazmą. Powstrzymała jednak emocje. Obserwowała, jak dyrektor kręci się wśród wilków, a te nie wyrażają nim zainteresowania. Ciekawe. Ida odnosiła wrażenie, że nikt z żywych, poza Akirą, nie dostąpił takiego zaszczytu. Postanowiła chwilowo odsunąć w czasie zemstę za cały ten pierdolnik, żeby sprawdzić, o co chodzi.
Dyrektor zatrzymał się przy jej bekającym ulubieńcu, pogromcy piłkarzy i miłośników nieparzystokopytnych z dna piekieł. Ida wzdrygnęła się w szoku, gdy znany jako dobroduszny przyjaciel młodzieży dyrcio kopnął wilka.
– Ty debilu! – krzyknął. – Kultystów miałeś nie ruszać!
Kultystów. Ida zanotowała. I nadal nie rozszarpała dyrektorzyny na strzępy. Zdawał się być w posiadaniu ciekawych informacji w całej tej chryi. Spokojnie, wilku, jeszcze się z nim policzymy, wysłała zwierzakowi mentalne wsparcie. Jeszcze chwilę wszyscy muszą pocierpieć przez idiotów i ich zabobony.
Dyrektor przycupnął przy wilku i podniósł palec, obrócił go wnikliwie we własnych.
– Radek Zajadek – ocenił. – Wypierdek wśród kultystów, beznadziejnie zakochany w naszej Nadii. Po co wysłali jego?
Tymi słowy zakończył swój krótki monolog i zniknął na chwilę w opuszczonym szkolnym sklepiku. Dłuższą chwilę później opuścił go ze skrzynką kanapek.
– Prosto z tajemnej chłodni – zachichotał jowialnie i podreptał w stronę gabinetu.
Ida również nie szczędziła uśmiechu całej tej sytuacji. Dlatego, balansując na granicy, gdzie sufit staje się podłogą kolejnej kondygnacji, udała się w ślad za dyrciem.
Coraz większe zafrapowanie faktem, że najprawdopodobniej dyr z sekretarką tkwili dalej w zmasakrowanej szkole, powiodła Idę Werk ku gabinetowi na dole.
– Prosto z tajemnej chłodni – zachichotał jowialnie i podreptał w stronę gabinetu.
Ida również nie szczędziła uśmiechu całej tej sytuacji. Dlatego, balansując na granicy, gdzie sufit staje się podłogą kolejnej kondygnacji, udała się w ślad za dyrciem.
Coraz większe zafrapowanie faktem, że najprawdopodobniej dyr z sekretarką tkwili dalej w zmasakrowanej szkole, powiodła Idę Werk ku gabinetowi na dole.
Po przeniknięciu przez drzwi ujrzała gdzieś w kącie porzucone koronkowe stringi. Skrzywiła się, mimo że o romansie dyrektora z sekretarką trąbiła cała szkoła. Z sekretariatu płynęła również woń wypasionego obiadu. Ida znała tę woń aż za dobrze. Dyrektor musiał podwędzić to i owo ze stołówki, a kanapeczki z chłodni, do której chyba tylko on miał dostęp, nie stanowiły pierwszyzny tak paskudnego zachowania z jego strony. Zwłaszcza biorąc pod uwagę koczujących i głodujących tu do niedawna tłumów.
Po krótkiej chwili namysłu, zawierającej refleksję, czy wnętrze dyrunia śmierdzi tak samo, jak jego charakter, Ida wzięła głęboki oddech i zanurzyła się w kupie gówna przyobleczonej w ciało kochanego wujcia. Dławiła się na samą myśl o smrodzie, ale była dzielna. Szybko przystąpiła do gwoździa programu, jakim był jej spontaniczny plan. Kluczyki do samochodu znalazła w kieszeni wykrochmalonych spodni.
– Dyrcio, wszystko dobrze? – zaświergoliła nagle z doklejonego obok sekretariatu pani Jola.
Ida odruchowo znieruchomiała, prawie nakryta na zabieraniu nie swojego ciała. Dyrcio o imieniu Dyrcio. Cóż. Każdemu jego porno. Ida dała znać, że tak, nawet nie siląc się na wiarygodny dubbing postaci, w którą się wcieliła. Pani Jola i tak by nie załapała.
– Dyrcio, to ty? - zapytała z pustym wzrokiem.
Ida powstrzymała wyrzucenie z siebie porcji ektoplazmy. Ale ona żartowała z tym porno! Niemniej obrała z powrotem rolę zimnego skurwysyna. W spódnicy. Tfu, sukience.
– Tak – odpowiedziała.
– Nie brzmisz jak Dyrcio – w dalszym ciągu śmiała wątpić tamta.
Ida odruchowo znieruchomiała, prawie nakryta na zabieraniu nie swojego ciała. Dyrcio o imieniu Dyrcio. Cóż. Każdemu jego porno. Ida dała znać, że tak, nawet nie siląc się na wiarygodny dubbing postaci, w którą się wcieliła. Pani Jola i tak by nie załapała.
– Dyrcio, to ty? - zapytała z pustym wzrokiem.
Ida powstrzymała wyrzucenie z siebie porcji ektoplazmy. Ale ona żartowała z tym porno! Niemniej obrała z powrotem rolę zimnego skurwysyna. W spódnicy. Tfu, sukience.
– Tak – odpowiedziała.
– Nie brzmisz jak Dyrcio – w dalszym ciągu śmiała wątpić tamta.
Czy to babsko serio było tak głupie? A może to jego reakcja na zobaczenie ducha? Żeby udowodnić, że jest tym prawdziwym i jedynym Dyrkiem, Ida wślizgnęła się przez ucho w trzewia sekretarki, przyozdabiając je duszą z prawdziwego zdarzenia. Z chwilowej utraty poczucia czasu zdecydowała się na spacer. Fajnie było tak latać po czyimś wnętrzu. Ida trafiła nawet na operacyjnie zmniejszony żołądek. Temat żołądków małych i dużych liznęła na lekcji poświęconej układowi pokarmowemu. Wszak biol-chem zobowiązywał, żeby chociaż przez jedną lekcję nie spać.
Poprowadziła sekretarkę na fotel Dyra. Tam, gdzie najczęściej się zabawiali, wnioskując po mieszance paskudnych woni. Posadziła panią Jolę w welurowym fotelu. Ułożyła jej gładkie dłonie na podłokietnikach. Szczeknęła jej ustami.
Poturbowany psychicznie przez dyrektora wilk-bekacz przyszedł szybko.
Ida wystrzeliła z ciała sekretarki niemal pod sufit, po czym popłynęła z prądem w dół i została połknięta przez wilka. Wiedziała, że na nią czekał. Rozumieli się bez słów. Nie dbała o to, czy sekretarka ogląda ten piękny spektakl, zwyczajnie go niegodna. Już jako wilk, popatrzyła kobiecie w oczy.
– Nie… – wyrzuciła z siebie resztkę powietrza. Pomogła sobie płytkim wdechem. – Nienienienie.
Ida uśmiechnęła się faflami wilka. Jak się okazało, wcale nie musiała. Bo prawdziwe powody do śmiechu dopiero nadchodziły.
– Ja już wszystko powiem – kontynuowała sekretarka.
Ida poruszyła zachęcająco głową.
– Byliśmy na zjeździe polonistów... Mojra, koleżanka Dyrcia ze studiów… Tak naprawdę ma na imię Tereska... Zaproponowała nam sesję spirytystyczną. Wszyscy wzięliśmy udział. I wtedy demon… – zacięła się. – Wtedy Kozioł nad Kozłami… to wszystko jego wina.
Ida uśmiechnęła się faflami wilka. Jak się okazało, wcale nie musiała. Bo prawdziwe powody do śmiechu dopiero nadchodziły.
– Ja już wszystko powiem – kontynuowała sekretarka.
Ida poruszyła zachęcająco głową.
– Byliśmy na zjeździe polonistów... Mojra, koleżanka Dyrcia ze studiów… Tak naprawdę ma na imię Tereska... Zaproponowała nam sesję spirytystyczną. Wszyscy wzięliśmy udział. I wtedy demon… – zacięła się. – Wtedy Kozioł nad Kozłami… to wszystko jego wina.
Ida wiedziała, a słowa niedoszłej pani Dyrciowej zamykały wszystkie wątki. Ida postanowiła zakończyć tę zabawę.
Z tym, że zaraz potem wylądowało na niej biurko. Aż wycisnęło ją z wilczego pyska.
Wilk zachrypiał, przygnieciony. Ida zobaczyła nad sobą panią Jolę z buteleczką wody święconej. Zawartość plasnęła gdzieś obok. Nie dość, że baba była głupia, to do tego miała słabego cela.
Ida, nie zostawiając przyjaciela w potrzebie, wróciła do jego ciała i wraz z nim odsunęła biurko. I odwróciła się na dźwięk stukających obcasów.
Zobaczyła panią Jolę, jak potyka się o skrzynkę z kanapkami, utrudniającą wyjście z gabinetu dyra. On sam w tym momencie cudem się ocknął i uniósł.
Na widok pani Joli zaczął krzyczeć.
Na jego widok pani Jola zaczęła krzyczeć.
Ida pomyślała, że w aktorskiej wersji Scooby-Doo mogliby – pani Jola i wujcio – odegrać duet Daphne–Fred. Ona sama jako wilk byłaby Scooby'm. Akira, cholerny tchórz i żarłok, Kudłatym. A Velmą nie zostałby nikt, bo wszyscy ludzie na tym świecie byli debilami. Smutne, lecz prawdziwe.
Sekretarka padła sama. Może na zawał. Może wykończona całą sytuacją, że i jej przyszło mieć do czynienia z ogromem gówna, które sama współtworzyła. A może spadła z wysokości swoich szpilek. Wilk nie tknął ani jej, ani leżącego obok trupa pierwszorocznej gimnazjalistki, fanki solarium. Argumentował, że byli zbyt przetworzeni. Niczym nuggetsy, których kolor miała ich skóra.
Za to będącym z racji wieku jak suszona wołowinka w paskach dyrciem zajął się bez wahania, z błogosławieństwem Idy.

Komentarze
Prześlij komentarz