"Powiemy naszym dzieciom, że przynieśli je Mario Bros." – Mężu, 2k23

  


    Było gorąco. Dlatego właśnie tego dnia zakryłam się jak mogłam, byle nie oberwać słoneczkiem. Do tego dwa kucyki przewiązane czarnymi jak szatan wstążkami, filtr pięćdziesiątka na buźkę i jedziemy. Najlepszy fit na randkę z najlepszych, polecam cieplutko. Niczym pogoda tego czerwcowego popołudnia, hehe. W Centrum Handlowym Reduta nie brakło osóbek o podobnym zdaniu względem słońca, pozdrawiam wszystkie Alternatywki, parafrazując papę Benedykta XVI sprzed kilkunastu lat.

    Wraz z Panem Mężu, uzbrojeni w popcorn i napoje (oraz kfc, które już zniknęło w naszych brzuszkach bez pojemności), zasiedliśmy na swoich uprzednio pieczołowicie zarezerwowanych miejscach. Oprócz nas, małżeństwa w wieku około trzydziestoletnim, na sali wśród dzieciaków wyższym wiekiem wyróżniała się grupka nastolatków. Nie licząc wszelkich rodziców tych najmłodszych, oczywiście.

    W ramach początku fabuły dowiadujemy się, że tytułowym Mario Bros. nie wiedzie się najlepiej – ich hydrauliczny biznes nie przynosi kokosów, nie wspominając o niefortunnej sytuacji u jednej z klientek. Ot, start filmu w znanym i lubianym stylu Od Zera do Bohatera. Potem następuje przeniesienie do świata tytułowej flagowej produkcji Nintendo – przy czym następuje konieczność ratowania życia Luigiego, a następnie całej bajecznej krainy. Tutaj pragnę pochylić się nad postacią Królewny Peach – nie została ona rozwinięta jedynie w kierunku świetnych umiejętności walki, niezbędnych w świecie gry, a także nadano jej cechy pierwszorzędnej władczyni – w chwili, gdy wszystko się wali gotowej nawet poświęcić siebie samą dla swoich poddanych. Głębi nie zabrakło i w postaci Donkey Konga, postawionego przed wysokimi oczekiwaniami ojca. Naturalnie pierwsze skrzypce gra przemiana Mario, zmuszonego wraz z Peach i Toadem u boku ratować swojego brata ze szponów Bowsera oraz jak się okazuje całą krainę, w której się znalazł.

    Moja pierwsza myśl, którą pragnę się podzielić? LUMALEE. Mały świetlisty blob z lochów u Bowsera, snujący wypowiedzi o śmierci i dekadencji skradł me serce i został moim zwierzęciem duchowym. Oczywiście nie brakowało humoru i na innych płaszczyznach, ale na pewno z całej reszty tekstów na blogu wiecie o moim turpistycznym dowcipie. A śpiew Bowsera desykowany Peach wymiata. Nie dziwota, że przekuto to na memy. Wszak Jack Black, który użyczył głosu rzeczonemu antagoniście to klasa sama w sobie.
Od strony estetycznej film zachwyca – cukierkowo kolorowy świat gry doskonale oddano w filmie, od zamku Peach aż po krainę Bowsera. A, i scena z końcowym boostem mocy Mario po sięgnięciu po znajdźkę-gwiazdkę to majsterszyk, nie ma to jak zremiksowany motyw tęczowego omnipotentnego Mario z pierwszych gier. Hiperglikiemia i endorfiny tryskające uszami gwarantowane.


    Jeśli ktoś jeszcze filmu nie widział – polecam, warto iść zwłaszcza jako przedstawiciel pokolenia, którego dzieciństwo przypadło na rozkwit popularności Nintendo we wczesnych latach XXI wieku. Ktoś musi na sali przebić dzieci w wybuchach śmiechu i euforycznego zachwytu.

    PS. Peaches, peaches, PEACHES...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bardzo straszny sklep – część pierwsza

Metalowe Love: Popieprzony Piątek

Metalowe Love: Gorzej nie będzie. Eliksir samouwielbienia