Wilczy Bilet – rozdział dwudziesty pierwszy

 Content Warning: śmierć 

21



    Nadpalona tabliczka spirytystyczna okazała się być niewypałem identycznym jak taka sama bez uszczerbku.
    – Panowie, nie porozmawiamy z Córką Kozła – obwieścił Damian, a jego kompani przytaknęli mu jak na trzy-cztery. Każdy z nich obawiał się zwrócić mu uwagę na tę oczywistość, wypowiedzianą niczym epokowe odkrycie.
    – Co w takim razie? – zapytał 
Radosław, chcąc popchnąć wydarzenia do przodu (zwłaszcza, że myśli o powrocie do domu na obiad przybierały na sile). I natychmiast podskoczył, gdy ciasny pokój w mieszkaniu Damiana wypełnił dym. 
    Chłopcy ucieszyli się na widok porcelanowej buzi Nadii; chwilę później miny nieco im zrzedły w konstatacji, iż w istocie to jedyne co z Nadii zostało i tkwi ona niczym trofeum na klatce piersiowej wielkiego, antropomorficznego kozła. Chłopcy, włączając w to Damiana, cofnęli się pod ścianę, przy okazji zrzucając ukochane Playstation ich lidera.
    – Kim jesteś? – wykrztusił Radosław, a na widok stutonowego spojrzenia Damiana ucichł.
    – Jestem Kozłem, Kozłem nad Kozłami – odparł stwór zniekształconym głosem, niegdyś najpewniej należącym do Nadii.
    Damian wystąpił do przodu i obdarzył demona ukłonem. Ten skinął mu głową, przyzwalając na dalszą interakcję.
    – Kozioł nad Kozłami jest z natury milczącym demonem – powiedział chłopak, nie bez drżenia w głosie. – Czyżbyś rósł w siłę?
    Kozioł zachichotał zniekształconym perlistym śmiechem dawnej naczelnej cheerleaderki z pierwszej klasy licealnej.
    – To wszystko zawdzięczacie waszej koleżance i jej bohaterskiej śmierci – rzekł. – To dzięki niej jestem tu z wami.
    Damian pomyślał.
    – Czy potrzebujesz czegoś jeszcze, Koźle nad Kozłami? Chcemy, byś uwolnił świat.
    – Do tego potrzebuję kolejnych potępionych dusz.
    Chłopcy słuchali w milczeniu, chłonąc słowa przedmiotu ich gówniarskiego, a obfitego w przykre konsekwencje kultu.
    – Ida Werk – uchylił rąbka tajemnicy demon. – Przynieście mi duszę Idy Werk. Błąka się pomiędzy Światłem a Mrokiem.
    Damian wyprostował się jak struna i zasalutował gorliwie. Koledzy szybko poszli w jego ślady.
    – Bardzo dobrze – pochwalił demon, po czym zdematerializował się z pyknięciem, pozostawiając za sobą oprócz wielkiej niewiadomej taki sam dym i smród, jak przy ukazaniu się swoim wyznawcom.

*

    Minęła godzina samotnego spaceru, od lasu poprzez pola, aż po ulice Miasteczka. Akira minął kilka kręcących się w oddali wilków i kilkanaście ciał, w tym parę rozkawałkowanych. Nie zjadłszy nic od dłuższego czasu, nie miał nawet czym wymiotować w reakcji na takie widoki. A być może po tym, co spotkało Idę na jego oczach, stracił już część swojej wrażliwości.

    Moment, w którym napotkał trzy wilki w ciasnej uliczce, był pierwszym, w którym zabrany z dobytku Konrada nóż okazał się przydatny. W ciemnej alejce i nikłym świetle latarni ich ślepia lśniły żółtawo. Jednej bestii z pyska zwisała strużka śliny, podobnie odbijająca światło. Chłopak z drżeniem wyciągnął sierpak, gotów na krótką walkę na przegranej pozycji. Wilki ruszyły w jego stronę. Chłopak z dławiącym jękiem rozpaczy wyciągnął przed siebie ostrze i, rozedrgany, śledził każdy ruch monstrów.
    Najbardziej fascynującym zwrotem akcji okazało się być jednak wyłącznie wzbierające w jego nosie alergiczne kichnięcie. Po potężnym apsik! i otwarciu załzawionych oczu skonstatował, że wilki właśnie znikają za zakrętem. 
    Ale o co chodzi…? Akira na chwilę zgłupiał kompletnie. Wkrótce jednak przypomniał sobie o wilczym immunitecie, jaki dostał od Idy, i pomknął dalej w kierunku blokowiska, w którym tkwiła uwięziona Lili wraz z ich potomkiem w drodze.
    Znalazłszy się poza furtką, doszedł do wniosku, że poszło mu zdecydowanie za łatwo. Odatchnął głęboko i zadzwonił do Lili. Gdy tylko odebrała, zrozumiał, że było to preludium czegoś znacznie gorszego, niż krwiożercze wilki.
    – Hej – ze słuchawki powiało chłodem. – Długo ci się zeszło.
    W Akirze wezbrała wściekłość. Starał się, jak mógł! Proces przełamywania się do wyrażenia swych myśli przerwała mu jego luba:
    – Mam nadzieję, że nie ma z tobą Idy?
    Akira odetchnął głęboko, co nie pomogło.
    – Ida nie żyje – warknął. – Zaraz będę, otwórz mi – nie czekając na odpowiedź rozłączył się, wypruty z sił fizycznych i mentalnych.

    Zamknięte osiedle, które zamieszkiwała Lili, pozostawało poza zasięgiem zrodzonych z likabomby stworów. Dla pewności chłopak przystanął i rozejrzał się w kilku miejscach. Nie napotkał śladów po czymkolwiek, co kiedyś żyło lub doprowadziło do śmierci tych pierwszych. Klatkę schodową otworzył kodem, który był w stanie wstukać z zasłoniętymi oczami. Resztę drogi po schodach przebiegł. Wstrzelił do mieszkania przez półotwarte drzwi, po czym przytulił drżącą Lili najmocniej, jak tylko potrafił.
    – Jestem tutaj – powiedział jej w czoło. – Przejdziemy przez to razem.
    – Rodziców nadal nie ma – wyszeptała.

*

    Wanesa nigdy wcześniej nie czuła się samotna, wszak w jej przekonaniu każdy ją podziwiał, włącznie z jej okropnymi rodzicami.
    Brak chłopaka doskwierał, stało się najgorsze: znajdowała się w tym samym położeniu, co paskudna Werk.
    Z tą myślą powitała nowy dzień w swoim słodkim pokoju o ścianach koloru karmelu i jej sztucznej opalenizny. Godzinny makijaż i śniadanie później opuściła klatkę schodową i wyszła z bloku.
    Wtedy jej drogę przeciął pies. Duży jak dog niemiecki, poza tym wyglądający na takiego w typie wilczura. Wanesa założyła słuchawki i obojętnie szła dalej. Póki pies nie zaczął za nią podążać, by po chwili dołączyły do niego dwa kolejne. Jeden z nich miał pysk pokryty niepokojąco czerwoną substancją. Gdy z warkotem ukazał Wanesie zęby również lśniące czerwienią, upadła cheerleaderka nie miała więcej wątpliwości. Po prostu zaczęła spierdalać.
    Wanesa Granat, słynąca ze wzorowej kondycji, schronienie znalazła szybko i w nienaruszonym stanie. Była to szkoła, do której i tak zmierzała. Dwie pieczenie na jednym ogniu! Wanesa zatwerkowała triumfalnie w stronę pozostawionych za przeszklonymi drzwiami wilków.
    – Łapcie to, skurwysyny! – szczeknęła i poszła na lekcje.
    Żadna z lekcji tego dnia się jednak nie odbyła. Klasa w odczuciu Wanesy śmierdziała zaś trupem. 
Skrzywiona dziewczyna nie mogła nie sprawdzić, o co chodzi. 
    Klasa okazała się być pełna. Niemniej na innej zasadzie, niż zawsze, bo uczniowie przeplatali się z dorosłymi, których pierwszy raz na oczy widziała. Bynajmniej nie wyglądali oni na rodziców jej koleżanek i kolegów. Zapach odczuwany przez Wanesę był wonią co najwyżej potu i zmęczenia, lecz dla cheerleaderki wszystko, co nie było mocnymi perfumami, stanowiło odór.
    – Kim jesteście? – zapytała głupio, czyli typowo po wanesowemu.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bardzo straszny sklep – część pierwsza

Metalowe Love: Popieprzony Piątek

Metalowe Love: Gorzej nie będzie. Eliksir samouwielbienia