Wilczy Bilet – rozdział dwudziesty drugi

 Content Warning: śmierć, przemoc, seks


22




    Minął tydzień makabrycznych wilczych rządów w Miasteczku. Dobre ich podsumowanie stanowiły brunatne od krwi i pełne rozkawałkowanych ciał ulice. Równie wymowne były niepisane statystyki, wedle których pewnej części mieszkańców udało się uciec przed wilczą apokalipsą. Miasteczko opustoszało niemal zupełnie.

    W mieszkaniu na obrzeżach 
 domu rodzinnym Lili  Akira, nadal nietknięty przez wybuchające pieski, szykował się do wyjścia po jedzenie. Chłopak odrzucił włosy w tył i popatrzył w lustro. Jego twarz sporo straciła na niedawnej krągłości. Wypukłość w okolicach brzucha również znacznie się zmniejszyła. Stres, wywołany możliwym końcem świata i ekspresowym dorastaniem do roli ojca, czasem przynosił korzyści. W kwestii tego drugiego Akira stawiał na działanie zamiast czczych przemyśleń. W przeciwnym razie chyba zwariowałby od ilości nieprzespanych, spędzonych na schizowaniu nocy. I znowu zacząłby pochłaniać jedzenie w gigantycznych ilościach. 
    Podszedł do łóżka Lili, do którego dostawił kanapę, by mogli spać razem. Spod kołdry wystawała rudawobrązowa czupryna z wyblakłymi zielonymi końcówkami. 
    Dziewczyna ciężko zniosła stratę rodziców, którzy nie wracali do mieszkania od ponad tygodnia. Od czasu, w którym dotarła do niej obecna sytuacja ich wspólna, jej własna oraz Miasteczka, odpowiadała mu monosylabami. Pocałował ją w potarganą głowę.
    – Liluś? – spróbował ją obudzić.
    Porcelanowa, od pewnego czasu nieco trupia w odcieniu, buzia Lili powoli wyłoniła się spod kołdry. Dziewczyna zamrugała nieprzytomnie, prezentując kilkudniowy makijaż oczu. Wyglądało też na to, że jej włosy pozostały splecione odkąd zostali odcięci od owładniętego przez wilki Miasteczka. Chłopak spróbował je rozwiązać. Efekt stanowił splątaną burzę pukli.
    – Mhm – mruknęła, chyba nie rozumiejąc.
    Akira uśmiechnął się do niej i pocałował w drobny, zadarty nos.
    – Idę po śniadanie. Poszukać ci czegoś specjalnego? – podrygiwał w miejscu, jakby aż ciągnęło go ku światu zewnętrznemu.
    Jakby radowało go ponad wszystko, że nie boi się śmierci w wilczych zębiskach. Zwłaszcza, że dotąd ileś wilków go ominęło, jakby był dlań niewyczuwalny. 
    Lili odpowiedziała mu słodkim uśmiechem jego ulubionej mrocznej kruszynki.
    – Tego Najlepszego – wychrypiała i ponownie opadła na poduszkę.
    Akira pokiwał głową. Tym Najlepszym według Lili były klasyczne ogórki kiszone w polewie czekoladowej. Chłopak przynosił do domu słój ogórków i tabliczkę czekolady i tę drugą podgrzewał aż do stopienia. Gotową polewę podawał w miseczce, w towarzystwie ogórków na oddzielnym talerzyku. Państwo Elkowscy mieli ładną zastawę w renifery, aż grzech korzystać z niej tylko w Święta.
    Tylko czy dziś znajdzie wszystkie półprodukty? Sklepy upadały, przejmowane przez wilki. Ponadto był świadomy, że Lili musi jeść coś więcej, niż ciążowo-zachciankowe abominacje. Dzięki zrzuceniu paru kilogramów polubił codzienne spacery 
 niekiedy na całą dzielnicę  po zapasy. Nieco mniej przypadało mu do gustu makabryczne otoczenie na zewnątrz, niemniej jakoś wytrzymywał z chustą na twarzy. Nagrodą była ta lepsza część Lili, czytaj jej uśmiech, bliskość i ogółem przerwa w niezdrowym malarskim transie.
    Chłopak pochylił się i cmoknął przybrudzone tygodniowymi resztkami szminki wargi Lili, owinął twarz bandaną i z wesołym "hej" zamknął za sobą drzwi. Ostatnim widokiem były znowu opadające powieki miłości jego życia. 
    Usiłował odpędzić nadciągający natłok pesymistycznych wizji przyszłości. Podwójną rolę główną odgrywał w nich on, jako ojciec maleńkiego dziecka i opiekun będącej w coraz gorszym stanie Lili. Ruszył pospiesznie do windy, próbując zostawić złe myśli o powyższych, jak również topniejących oszczędnościach, za sobą.
    Udało się, tylko po to, żeby wolne miejsce w jego głowie wypełniły myśli o Idzie. Wyrzuty sumienia z jej powodu go nie opuszczały. Oddała za niego życie, a on odrzucił jej uczucia.
    Niby wiedział, że nie miał innej opcji. To Lili była jego Gwiazdeczką, ponadto był wobec niej poważnie zobowiązany. Ale to Ida zawsze była obok, stanowiąc komfortowe tło dla jego głupich, tchórzliwych decyzji. 
    Po raz enty spróbował pocieszyć się myślą, że w jej sprawie zrobił wszystko, co się dało. W kilka spacerów zebrał jej oraz Konrada szczątki z pobojowiska w leśniczówce i wyprawił im pogrzeb. Znając poglądy Idy, uszanował jej preferencje co do modlitwy za jej duszę i pożegnał ją wewnętrznym milczeniem. Przeciwne działania podjął w kwestii Konrada.
    Mimowolnie wzdrygnął się na wspomnienie chwili, w której on i Ida dowiedzieli się o śmierci niedawnego opiekuna.
    
    Parę dni temu, gdy szedł po zapasy, usłyszał nagle growl wokalisty Martwej Wrony. Akira, spodziewając się Lili, opróżnił kieszeń z komórki z naddźwiękową prędkością. Zdziwił się, ale i ucieszył, na widok nadawcy połączenia. Konrad. Po całej chryi z Nadią umysł Akiry zdawał się odrzucać cokolwiek niezwiązanego z Lili czy przetrwaniem w Miasteczku, nie zastanawiał się więc zbyt często nad tym, co stało się z Konradem. Trochę było mu za to wstyd, jednak założył, że przybrany ojciec Idy dostał od niej taki sam wilczy immunitet, jak on, i całkiem nieźle sobie radzi. Akira odebrał telefon.
    – Konrad. Cześć – powiedział.
    Ryk z drugiej strony niemal wydarł telefon z jego ręki i posłał na drugi koniec świata. 
    – Boże! – jęknął chłopak, już po upewnieniu się, że jednak nie stracił ucha.
    – Nie Konrad, tylko Ida...! – głos po drugiej stronie brzmiał jak zniekształcony growl wymęczonego ilomaś koncertami pod rząd wokalisty, dodatkowo zapłakanego z jakiejś przyczyny. 
    – Ida? Co się stało?! Nic ci nie j...?
    – Konrad nie żyje! – należący ponoć do Idy głos już dawno przestał się łamać; teraz był jak rozbity na kawałki i tracący swój kształt w potoku łez. 
    – Jezu – chłopak wezwał kolejną z trzech osób, które mieściły się w pojęciu Boga. – Gdzie jesteś? Mam do ciebie przyjechać? 
    – Obejdzie się – warknęła ta. – Do mnie nie. Ale może mógłbyś... go pochować... J-ja nie dam rady...
    Akira tym razem przezornie zatkał ucho palcem, w sam raz przed kolejną falą wycia do słuchawki.
    – Jasne. Żaden problem. Powiedz tylko, gdzie jest.
    Ida zaczerpnęła powietrza.
    – W tej przeklętej leśniczówce – warknęła z nienawiścią. – Wśród śmierdzących resztek moich i tej kurwy Nadii... Nie mogłam go nigdzie znaleźć, a śnieg jak na złość stopniał, więc tropiłam go dwa dni, nie sądziłam, że sam tu trafi. Ale nie trafił tu sam, ktoś z nim był, musiał go przyprowadzić... A zresztą, nieważne. Po prostu go pochowaj.  Byłby ci wdzięczny... 
    Ostatnim, co usłyszał Akira, był gardłowy odgłos rozpaczy, po czym połączenie zakończyło się.
 
*

    Ida, w trakcie przerwy od długiego sterowania wilczym ciałem, frunęła wysoko ponad niewysokimi, szarymi blokami i osiedlami domków jednorodzinnych celem resetu umysłu po kolejnych rozmyślaniach o Akirze, Lili i Konradzie. Mijając Zespół Szkół w Miasteczku, została przytłoczona ogromem licznych skumulowanych w budynku woni. Wylądowała zafrapowana na dachu. 
    Wyczuwała życie. Mniej lub bardziej gasnące, desperacko walczące lub żałośnie bezczynne. Jej czuły nos wychwycił również gigantyczne zapasy odgrzewanego z mrożonek lasagne. Nie mając nic lepszego do roboty, dołączyła do tłumnego antyprzyjęcia jako nieproszony gość.

*

    Do niedawna Wanesa topniała w ramionach Michała. Obecnie również pragnęła zmienić stan na ciekły, niczym kredka do oczu, którą w ostatnie wakacje zostawiła na biurku w upalny dzień. Marzyła o zostaniu zadeptaną na śmierć oraz o całkowitym zapomnieniu.
    Kilkakrotnie – w przerwach od wodzenia wzrokiem za Michałem i mordowania spojrzeniem Andżeli, która zajęła jej miejsce u jego boku – spoglądała tęsknie za okno. W takich chwilach jej marazm rodził myśl, czy nie skończyć wszystkiego za jednym zamachem, pochłonięta przez wilki-mutanty lub chodnik. 
    Zawsze mogła zabić Andżelę, a potem siebie. Wanesa pogładziła filozoficznie wyimaginowaną brodę mędrca. Niegłupi plan.
    Poczuła ssanie w żołądku. Jeszcze silniejsze niż rano, cały wczorajszy dzień i tydzień temu. Zapasy jedzenia kurczyły się błyskawicznie, zdradzając dysproporcję w stosunku do liczby przebywających w placówce osób. Jej utracona szkolna pozycja odsunęła ją od sensownego przydziału racji żywnościowych, pozostawiając resztki po piłkarzach i cheerleaderkach. Dostęp do pełnowartościowych posiłków nieoficjalnie miały szkolne elity, z których ją wykopano. Szczęście, że nadal była w dobrych stosunkach z Michałem, jeśli w ogóle zamienili kilka zdań. Dzięki niemu pochłaniała niedojedzone zapasy ze szkolnej stołówki niczym sęp padlinę. Jedząc parę dni temu napotkała kpiący wzrok Andżeli zza pleców Michała. Węszyła plotki na swój temat między tą dwójką, a może i większą grupą osób. Żywiła jednak nadzieję, że Michał pamięta o jej uczuciach, tylko bawi się w podchody. 
    Była cheerleaderka ruszyła bezcelowo zatłoczonym korytarzem obok toalet. Z męskiej dobiegł nagle ekstatyczny jęk Andżeli, rujnując jej mrzonki. Wanesa, nie pozwalając, aby ktokolwiek zobaczył jej łzy, pobiegła do końca korytarza i wspięła się po schodach na górę, gdzie ktoś w poszukiwaniu broni włamał się do kanciapy woźnego. Ciemny pokoik stał cichy i prawdopodobnie pusty. Dziewczyna ukryła się w środku, po czym zamknęła drzwi. Otoczona ciemnościami, w chwilę zapomniała o płaczu. Jej nosa dosięgła woń doprawionego jak u babci schabu i grillowanych warzyw. Wanesa gorączkowo włączyła światło. Na stole leżała pokaźna kanapka. Pochłonęła bagietkę bez zastanowienia, ile czasu temu ktoś ją tak zostawił. Ku swej uldze, nie wyczuła pleśni przy żadnym z kęsów. 
    Po obfitym jak na obecne czasy obiedzie, Wanesa skuliła się w fotelu i zamknęła oczy celem drzemki.
    – Ty, oddawaj moje racje! - rozkoszną zasłonę spokoju i ciszy przeciął krzyk, który obrócił wniwecz pierwszą fazę jej wywalczonego beauty sleep.
    Wanesa ociężale podniosła głowę. Zamrugała z niedowierzaniem.
    – Michał?!
    Ten również wyglądał na zaskoczonego, ale po chwili przewrócił oczami i westchnął:
    – Wanesa.
    Dziewczyna zrozumiała. Chyba. Potrzebowała snu, większego posiłku i długiej kąpieli w jacuzzi.
    – To była twoja kanapka? – wypaliła.
    – Której części “moje racje” nie rozumiesz? 
 warknął Michał. – Och… – urwał na widok wzbierających w jej oczach łez. – Sorka. – Położył jej dłoń na ramieniu.
    To wzbudziło w Wanesie ślad nadziei, że być może jeszcze nie straciła u niego swojej ostatniej szansy. I że jest możliwość wyjść cało z tej konfrontacji. Wanesa poczuła rozkoszne gorąco. W odpowiedzi na jego przejaw czułości wsunęła mu palce w kieszeń ortalionowych spodni, tak, jak zawsze lubił. I przywarła do niego.
    – Czeka cię sąd drużynowy, Wanka 
 powiedział niewzruszony, krusząc resztki jej serca.
    – Że co?! 
 wykrzyknęła, czując zbliżającą się furię. – Będziesz sądzić mnie? MNIE?
    – Takie są zasady 
 oświadczył Michał beznamiętnie.
    – ...i mówisz to teraz?! 
 syknęła Wanesa, wysuwając rękę z jego spodni.
    Odkąd niemal cała szkoła stała się wraz z przybyszami z ulicy zakładnikami watahy przerośniętych, mnożących się w niesamowitym tempie wilków, pokutująca za swoje przewinienia Wanesa szczędziła sobie snu i nocami rozglądała się po szkole, obserwując dwie drużyny dawnych sprzymierzeńców, jak śpią. Czasem po odespaniu włóczyła się nadal w pobliżu, odruchowo podsłuchując. Wiedziała już wcześniej od Michała 
 kiedy poratował ją pierwszą porcją resztek  o problemach z zapasami żywności. Po kilku dniach wspólnego ukrywania się w szkole słyszała urywki kłótni między członkami i członkiniami obu zespołów, kto z nich zasługuje na kolejny z rzędu dzień z normalnym obiadem. Irytowało ją, że cheerleaderkom najwyraźniej odmawiano przydziału. Argumentem było to, że to dziarskie chłopaki muszą mieć siłę na ewentualną konfrontację z wilkami. Po dwóch kolejnych dniach utarczki słowne przerodziły się w fizyczne. Wanesa aż na parterze słyszała zakłady cheerleaderek odnośnie zwycięzcy bójek. Nagrodę miało stanowić odstąpienie śniadania. Wywnioskowała, że na ostatnim piętrze, gdzie drużyny sportowe rozbiły swój obóz, było coraz łatwiej o awanturę.
    Dostrzegła na twarzy byłego chłopaka cień smutku.
    – Nie jesteś już jedną z nas. Teraz zaliczasz się do szaraków. Nasza drużyna wydziela wam posiłki. Chodź ze mną. – Pociągnął ją lekko za ramię.
    Dawna samozwańcza gwiazda Gimnazjum w Miasteczku wystrzeliła mu spod ręki i pomknęła schodami w dół. Tam czekała na nią Andżela.
    – Endżi, trzymaj ją! – poniósł się z góry głos Michała.
    Cheerleaderka, najpewniej – w przeciwieństwie do niej – w pełni sił, rozpostarła chude ręce, blokując byłej koleżance z drużyny drogę.
    Wanesa nie miała zamiaru paść ofiarą szykującego się grupowego linczu. W przypływie woli przetrwania rzuciła się ze schodów i przefrunęła nad Andżelą w salcie.
    – Ty tak nie umiesz, dziwko! – pożegnała ją i utorowała sobie drogę przez ludzi na korytarzu prostą metodą: po prostu pędzić, bez względu na przeszkody.
    Inaczej mówiąc, po trupach. Tak powiedziałby któryś z kujonów, na przykład Janik. Myśl, że zapamiętała z jego korków tak wyszukane powiedzenie, dodała jej sił, by przyspieszyć i staranować jeszcze kilka nieświadomych osób na korytarzu.
    Jej bieg dla wolności zakończył mur z cheerleaderek. Co do joty tych samych, którym kilka miesięcy temu zleciła zaatakowanie Idy. Na ich twarzach wymalowana była żądza zaatakowania Wanesy. Ta od razu skapitulowała, przytłoczona ich przewagą liczebną. Tak jak głosił dresiarski kodeks.

*

    Radosław Ciemniej, zwany Radkiem Zajadkiem, nie znajdował się w najlepszym położeniu. Wyglądało na to, iż koledzy z Koziej Sekty puścili go w niepamięć wraz z wysłaniem na misję schwytania Werk. Szkoda, że kiedy zamknął za sobą szkolne drzwi, a wilki otoczyły budynek, nie było już odwrotu. Pierwszy raz w życiu poczuł się jak zwykły przydupas, a nie wielbiciel cycków Nadii pod płaszczykiem wiernego wyznawcy Kozła. Właśnie wtedy, gdy grupka sportowców udaremniła mu próbę ucieczki, odsuwając brutalnie chłopaka spod drzwi i nakazując mu opróżnić kieszenie. Tym samym licealista został pozbawiony ulubionego noża z rękojeścią przyozdobioną głową kozła. Z wyrytym na rogu KOHAM CIE NADIA. Jedynym pozostawionym mu narzędziem walki było teraz jego ciało, włączając twardą i ciężką jak żelazo głowę.
    Zajadek rozejrzał się. Teraz chyba miał czas wolny. Tęsknił za chwilami bez obowiązków, mimo że życie wśród nastoletnich kultystów wzbogacało go duchowo. Naukowo wręcz przeciwnie, patrząc na dwa lata spędzone w pierwszej klasie liceum. Nie było jednak źle, dopóki sprzyjała mu moc Kozła nad Kozłami, napełniająca szlachetne serce nieświętej pamięci Nadii. Zajadek ruszył się rozejrzeć, zastanawiając, czy spotka źródło bogactwa Nadii – Dyrektora Zespołu Szkół w Miasteczku.
    Piętnaście minut spaceru po oblężonej przez krwiożercze psowate szkole przyniosło Radkowi dwa wnioski: brak dyrektora i totalny chaos. Nieoficjalny trzeci stanowił fakt, że chłopakowi zaczął doskwierać głód. A Idy Werk nie było nigdzie. Zajadek szczęśliwie znał drogę do stołówkowej kuchni. O zgrozo, zastał tam samotnego schabowego w zamrażarce. I dwa ogórki kiszone. Dlatego chłopak postanowił pójść z duchem sekty i zjeść przedstawiciela własnego gatunku. W drodze po kogoś, kto drzemał twardym snem lub był bezbronnym dzieckiem, przeszkodziło mu uczucie chłodu z bonusowym paraliżem.
    Ida nigdy nie zagościła w ciele kogoś tak głupiego. Jej odraza była tak silna, że prawie przyozdobiła nowoopętanego ektoplazmatycznymi wymiocinami. Gorsza byłaby tylko Wanesa. Wykonała kilka próbnych ruchów w pożyczonym ciele. Śmierdziało. Intelektualną biedą. Ida skrzywiła się śniadą twarzą chłopaka i odczytała jego myśli. Na imię miał Radosław i był satanistą. Może oceniłam go źle, roześmiała się gorzko w duchu. Technicznie rzecz biorąc, sama jednym była. 
    Wertując zwoje mózgowe swej ofiary, tak jak wcześniej młodego psychiatry podczas odbijania Akiry z sideł zakładu zamkniętego, uzyskała nowe wieści – których gwiazdą była tym razem ona. 
    Radek jej szukał. Udała się w głąb jego umysłu, mentalności. Radosław zdawał się być typem sługusa. Szukał jej, bo…
    – Hej – usłyszała szorstki głos – tu się nie wchodzi. Chcesz coś zjeść? To wypad, nie dostaniesz. – Po czym chłopak w dresie w barwach Zespołu Szkół w Miasteczku zbliżył się do Idy, przeskoczył przez kontuar i zniknął w kuchni. Następnie ukazał się jej z batonem proteinowym i ugryzł go, demonstracyjnie się nim delektując.
    – Nie dostaniesz, czucher – zakpił i przemaszerował obok, chrupiąc karmel.
    Ida miała ważniejsze sprawy na głowie niż sportowi kretyni. Wzruszyła nieswoimi ramionami i minęła piłkarza, kierując się w stronę drzwi. Dopóki nie przeskanowała wątłego umysłu ofiary, wolała unikać zbędnych konfrontacji.
    Jednak dresiarz podjął zgoła inną decyzję i rechocząc, popchnął Radka. Ten poszybował ku jednemu ze stołów, na którego kancie, wraz ze strużką krwi z czoła, stracił życie. A także zdolność do przetwarzania informacji, zatem dalsze dociekanie, czemu Radek szukał Idy, nie miało sensu. Szlag. 
    Ida, łeb w łeb z duchem chłopaka, opuściła jego ciało. Zanim zdążyła o cokolwiek spytać, ten zapadł się pod ziemię, najpewniej błyskawicznie pochłonięty przez piekło.

*

    – Ja, Michał Szymański, Najwyższy Sędzia Sądu Szkolnego i Kryzysowego, skazuję cię na wygnanie, Waneso Granat – obwieścił bezlitośnie Michał. – Przywłaszczenie sobie racji żywnościowej kogoś innego jest niedopuszczalne w obecnej sytuacji. Czy masz coś do powiedzenia?
Wanesa miała.
    – Kto cię nauczył tak dziwnie mówić? – strzeliła. 
    Obstawiała Andżelę, znaną wśród cheerleaderek z predylekcji do harlekinów. Chyba jako jedyna w drużynie, nie licząc Nadii, czytała jakiekolwiek książki. Michał prychnął.
    – Przygotuj się do skoku za okno – powiedział.
    Wanesa wybałuszyła oczy.
    – Pojebało cię? – warknęła. – Wiem, gdzie są drzwi.
    Nie zdążyła dodać niczego więcej na swoją obronę, bo obie drużyny sportowe utworzyły wokół niej ciasny krąg. Wanesa wypróbowała ostatnią deskę ratunku: wrzask na całą szkołę. To jednak nie podziałało na dawne koleżanki z drużyny i szkolne gwiazdy piłki nożnej, bowiem całe towarzystwo nadal odznaczało się siłą i szybkością. Zrezygnowana Wanesa zacisnęła powieki. I z cichym "puff" spadła w śnieżną zaspę.
    – To pierwsze piętro, idiotko – szydziła z okna Andżela, która najwyraźniej śledziła całą jej szybką drogę na dół.
    Obok niej stał milczący ponuro Michał i kilku rechoczących gapiów, którzy dopadli do okna w pierwszej kolejności. Wanesa posłała im gest środkowego palca i wygrzebała się z górki śniegu. W porę opanowała pisk, widząc nieopodal kilka wilków. Te jednak najwyraźniej nic nie usłyszały. Była cheerleaderka postanowiła przejść obok nich w taki sposób, aby zachować ich stan wiedzy o jej obecności. I oddalić się od budynku szkoły, zanim Andżela podkręci głośność. Wanesa, wdzięczna swoim cichobiegom, przemknęła za bramę i puściła się pędem przed siebie. W myślach już powstawała mapa do skarbu, jakim była wolność. Jej przyszłość nakreślił w jaśniejszych barwach zaparkowany nieco dalej motocykl Michała, ochrzczony jako Krzyś. Genezą tego imienia był wypadek – wjechanie po pijaku w okoliczną kapliczkę, z naciskiem na krzyż, i wyjście z tego cało. Michał, wzruszony przeżyciem swoim i swojego motocykla, nadał mu imię, które przypominałoby o rzeczonym krzyżu, który nie podołał jego potędze. Byle nie zbyt bluźnierczo – w przeciwnym razie czekałoby go uziemienie.
    – Bingo! – szepnęła do siebie dawna cheerleaderka.
    Posiadaczką kluczyków Wanesa stała się w momencie ich szybkich przytulanek w kanciapie woźnego. Odkąd z nią zerwał, nigdy do końca mu nie ufała, jak stwierdziła w tym momencie. Bo w jej odczuciu prawdziwa miłość polegała na tym, aby przez każdy przypał przejść wspólnie. Wanesa, dumna ze swojej małej zemsty, wsiadła na prezent osiemnastkowy jej byłego chłopaka i przekręciła klucz w stacyjce. Wszystko miało pójść dobrze – wszak nieraz jeździła nim z Michałem. W jej odczuciu to nauczyło ją wystarczająco wiele. Miała też kartę rowerową. Żyć, nie umierać. Zwłaszcza w czasach apokalipsy.
    – Nawet nie próbuj…! – dobiegł ją z oddali wściekły ryk Michała.
    Wanesa spróbowała i teraz to ukochane dziecko jej byłego wydało z siebie ryk, skupiając na Wanesie spojrzenia watahy, której ataku udało jej się uniknąć przed chwilą. Zgodnie z przewidywaniami 
przetrwańców, oglądających jej poczynania – lepsze niż reality show, bo miały do zaoferowania sceny gore – zwierzęta rzuciły się za nią w pogoń. 
    Wanesa zarechotała mściwie, ruszając Krzysiem ku upragnionej wolności. Ledwo jednak wyjechała za bramę, niemal powtórzyła legendarny wyczyn Michała, wjeżdżając w kapliczkę sto metrów od szkoły.
    W ostatniej chwili skokiem uchroniła się od wypadku. Korzystając ze swojej trenowanej przez lata kondycji, wystrzeliła przed siebie jak burza. Tuż za nią pędziła cała wataha, oblegająca dotąd szkołę. Wanesa przysięgłaby, że odprowadziły ją bluzgi Michała i śmiech Andżeli. Emocje obojga zostały zduszone przez tłum, przetaczający się z rykiem w kierunku wyjścia. Ludzie, korzystając z chwilowej przerwy w oblężeniu, pędzili do samochodów i zapełniali je całkowicie. Nawet miejsca w bagażnikach zostały zaklepane.
    Michał zerwał się z miejsca, pociągając Andżelę za sobą.
    – Szybko! Lecimy na dół! – zakomenderował.
    Andżelika zmarszczyła brwi, jakby dumała nad zadaniem z matmy.
    – A Wanesa nie wywróciła twojego Krzysia na amen?
    W odpowiedzi ten pomknął z nią za rękę, piętro po piętrze na dół. Romantyk, kurwa jego mać. Zanim Andżela zdążyła zaprotestować i poprosić o zwolnienie, sprawdził się jej czarny scenariusz. Dziewczyna potknęła się i runęła ze schodów.
    – Andże… – zaczął rozpaczliwie Michał, ale w odpowiedzi dobiegło do niego chrupnięcie skręcanego karku.
    Podbiegnięcie do ukochanej potwierdziło odgłos sprzed chwili. Ogniście ruda głowa cheerleaderki, obrócona o sto osiemdziesiąt stopni, patrzyła na niego oczami, w których nienawiść zastygła na spółkę z przerażeniem. Michał nie wytrzymał i zemdlał. Tylko nie mój motocykl, jęknął w myślach, zanim zanurzył się w mroku nieświadomości. W tym samym czasie ktoś odjechał Krzysiem, w dodatku zabierając ze sobą pasażera.

    Półotwarte drzwi wejściowe, których ktoś nie domknął w ferworze ucieczki, niemal rozsadziła kolejna, dużo większa wataha. Szybko torowała sobie drogę przez pozostałych w środku, pnąc się piętro po piętrze ku górze. Po głodującej grupie szkolnej elity w pięć minut została góra kości. Jak w kreskówkach.

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Bardzo straszny sklep – część pierwsza

Metalowe Love: Popieprzony Piątek

Metalowe Love: Gorzej nie będzie. Eliksir samouwielbienia