Wilczy Bilet – rozdział dziewiętnasty

 Content warning: przemoc, śmierć






19



    Odwrotny niż u zmierzającego do psychiatryka Akiry proces nastąpił w świecie niematerialnym, do którego z łomotem zawitała Ida. Proces wędrówki w rzeczone miejsce przywodził jej na myśl wcielenie się w zrzuconą na niewinne miasto bombę, ciężką, która zaraz rozpadnie się na setki kawałków. Aczkolwiek to ostatnie Ida miała już za sobą.

    Jej oczom ukazała się jasność, taka z gatunku z potencjałem na pozbawienie wzroku. Ida zmrużyła oczy, ale to nic nie dało, nadal była bliska utraty oczu. Wreszcie światło przygasło, odsłaniając poczekalnię rodem z Miasteczkowej przychodni. Dwa na cztery krzesła były zajęte. Przez żywe trupy. Ida nerwowo przełknęła ślinę. Jedna rzecz to wielbić filmy gore, druga to samej się w takowym znaleźć. Jeden z kadłubków odwrócił się w jej stronę i obdarzył bezzębnym uśmiechem. Brakowało mu pół nogi, a ramię wyglądało na zmiażdżone. Za życia chyba był ciepłą, troskliwą babunią.
    – Do Wydziału Brutalnej Śmierci? – powitał ją z ciepłym uśmiechem. Chyba uśmiechem.
    Ida wzruszyła ramionami i po prostu usiadła obok. Jeżeli oni wyglądali jak nieumarli i uznali ją z marszu za jedną ze swoich, wolała nie widzieć siebie.
    – Ciekawe, czy zdam – ciągnęło poczciwe zombie, prezentując rozmówczyni zasłyszany za życia od wnuka żart.
    – Trzymam kciuki – odmruknęła sucho Ida.
    Z braku laku objęła wzrokiem przestronny korytarz. Nic nadzwyczajnego 
 przywodził na myśl zwyczajne preludium pobierania krwi czy szybkiej wymiany zdań o przeziębieniu z lekarzem internistą, trzy minuty i po wizycie, następny.
    Drzwi otwarły się.
    – Irena Kędzierska – dobył się zza nich głos, któremu Ida nie mogła przypisać żadnego ziemskiego skojarzenia. A jednak jakimś cudem jej uszy, całkiem jak uszy zwykłego śmiertelnika, chłonęły jego dźwięk.
    Nobliwy żywy trup, najpewniej wywołana pani Irenka, powlókł się w stronę gabinetu. Drzwi zamknęły się za nim cicho. Ida nie podejrzewała, co zwiastowała cisza. Bo po chwili beżową poczekalnię spowiły płomienie i wypełnił gardłowy krzyk. Całość zwieńczył odgłos ssania rodem z odkurzacza.
    – O co tu chodzi? – jęknął jedyny pozostały wraz z nią zlepek szczątek.
    Odpowiedziały mu skrzypiące cicho drzwi i głos:
    – Jarosław Jędrzejczyk.
    – Nie chcę – jęknął truposz, ale nadnaturalna siła miała na niego sposób: po prostu porwała go do środka.
    Ida wstała z postanowieniem przejścia się po korytarzu. Prosto do wyjścia. Ruszyła przed siebie, starając się ignorować pozostawiany przez siebie trop w postaci krwi. Jej uwaga szybko przeniosła się na nieskończoność korytarza i powtarzalność zawartych w nim drzwi. Zupełnie jak w zapętlonej animacji. Ida zatrzymała się pełna bezradności. Zmęczona tym wszystkim – mimo świadomości, że to dopiero początek, a najgorsze zapewne przed nią – usiadła na milionowym krześle w niekończącym się rządku. Wątpliwy ratunek nadszedł szybko, poprzedzony kolejnym wyciem pochłaniania.
    – Ida Werk.
    Świat dokoła po raz kolejny rozbłysł oślepiająco. Następnie w tymże blasku zmaterializowały się drzwi, na których tabliczka głosiła: "GABINET LEKARSKI". Uchyliły się, zapraszając do środka. Idzie nie pozostało nic innego niż wstać. Więcej nie było trzeba, bo pochłonęła ją światłość. Potem ujrzała wnętrze wspomnianego gabinetu, lśniące złotawą poświatą. Paradoksalnie brakowało tu typowych atrybutów miejsca pracy lekarza, jedynym co dostrzegła Ida była gablota z utensyliami, jej uwagę przykuł również dyplom w nieznanym na pierwszy rzut oka języku.
    – Usiądź – zwrócił się do niej Pan Światłość, siedzący na trzecim i ostatnim elemencie wystroju: biurku.
    Takie było pierwsze skojarzenie Idy w kwestii jaskrawobiałego snopu o kształcie człowieka, który czekał na Idę jako najpewniej kolejny etap jej realizującego się właśnie fatum. Panu Światłości, w związku z głębokim, odległym głosem odruchowo nadała cechy męskie. Stąd Światłość otrzymała miano Pana. Czymkolwiek to było.
    – Kim jesteś? Co to za miejsce? – wypaliła Ida, po wszystkim co nastąpiło w tym miejscu tracąc wszelkie opory przed stawieniem czoła szajsowi większemu niż własna śmierć.
    Nawet jeśli i ją miałby pochłonąć odkurzacz anihilacji.
    Pan Światłość zaśmiał się basowo. Ida patrzyła na niego bykiem.
    – Prawda jest taka, że nie powinniśmy się nigdy spotkać – ujmująco olał pytania.
    Ida olała swoją desperacką ciekawość, skupiając się na wychwyceniu możliwości ucieczki.
    – Ależ ja cię tu nie trzymam – powiedział Pan Światłość.
    Ida westchnęła i oczyściła umysł z czegokolwiek. Zamieniła się w słuch.
    – Chcę tylko ci przekazać, co czeka cię dalej.
    Ida czekała.
    – Nie byłaś wierząca za życia, więc już teraz powinnaś zaznać spokoju w nicości.
    – Dokładnie – odważyła się potwierdzić Ida.
    W istocie niczego innego nie pragnęła: zapomnieć o wszystkim i zniknąć. Akira i Liliana, to, co stanie się z Konradem, kiedy o wszystkim się dowie.
    Czuła na sobie przenikliwy wzrok rozmówcy, mimo że nie widziała w tej kupie światła pary oczu. Gdzieś w tle blask postaci odbijał dyplom wypisany w enigmatycznych szlaczkach. Ida była dumna, że mimo potwierdzenia domysłów znalezienia się przed biblijnym Sądem Bożym czy w innych zaświatach, pozostała z czystym umysłem i wyostrzoną uwagą. Słuchała.
    – Ale nie należałaś do dobrych ludzi – ciągnął Pan Światłość. – Dlatego mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia.
    – Pewnie dlatego, że nie mam opcji się nie zgodzić – mruknęła Ida.
    – Ależ skąd! Zawsze możesz wylądować na dole bez zbędnych formalności. Tylko chyba chciałabyś powiedzieć parę ostatnich słów swojemu koledze Akirze Tomaszowi Janikowi?
    Ta, chętnie powiedziałaby kumplowi, że nie wiedziała, iż ma na drugie imię Tomasz. Ida posmutniała na myśl, że być może zakochała się bez pamięci, wiedząc o chłopaku za mało. Najwyraźniej ciepło, rodzaj charyzmy i podobne zainteresowania wystarczyły, by skraść jej serce i uwagę.
    – Może być – burknęła.
    – Oczywiście twój główny cel powrotu na Ziemię jest inny – Pan Światłość brzmiał jak rad ze zrujnowania nadziei Idy.
    – Nie będę niczyim podszczurem – warknęła, nawet nie siląc się zduszenie swoich odczuć. Jeśli to właśnie był Sąd Ostateczny czy inny syf, nie zamierzała kryć pogardy, kiedy mowa była o podobnych korporacyjnym systemach.
    Nie po zakończeniu edukacji. I ziemskiego żywota. Liczne hierarchie, w których ustawiano ją siłą za życia, stanowiły kolejną rzecz, której pozbywała się z organizmu wraz z wymiotami w każdą pełnię.
    Pan Światłość pstryknął niematerialnymi palcami i ukurzona złotem podłoga otwarła się pół metra od Idy, ukazując morze posoki, organów wewnętrznych i płonących ciał. Idę, nawet w formie niematerialnej, naszły mdłości. Błagania o litość pęczniały rozpaczliwie w jej umyśle, ale nie pozwoliła znaleźć im ujścia.
    – To ja już nie chcę nic. – Natarczywa myśl o Akirze powróciła. – No dobrze, zrobię co chcesz.
    Pan Światłość zaśmiał się perliście, czyżby tak brzmiały anioły? Ida miała to w tym samym miejscu, gdzie za życia przedmioty ścisłe.
    – Pamiętasz tablicę ouija Nadii? – podjął na nowo jej transcendentny rozmówca.
    Ida skinęła mu głową.
    – Pewnie wala się gdzieś w tej górze flaków w jej chacie – mruknęła.
    Niemal słyszała, jak świetlisty byt puszcza do niej przekornie oko.
    – Kochana, nie. Nadia nie działała sama. Odpowiedzi szukaj tam, gdzie wszystko się zaczęło, to jest w waszej szkole. O szczegóły pytaj kolegę licealistę ze złamanym nosem.
    Ida trwała, zamieniona w słuch. Więcej się jednak nie dowiedziała.
    – Jakieś szczegóły? – zapytała ze zniecierpliwieniem.
    – Niezbadane są wyroki Boże – usłyszała w odpowiedzi i z takim samym łomotem, z jakim przybyła, powróciła na Ziemię, prosto na miejsce własnej śmierci. Zanim rzygnęła ektoplazmą na widok pobojowiska, wystrzeliła z leśniczówki w las, starając się przypomnieć sobie drogę do domu.

*

    Konrad nie miał pojęcia, co spotkało jego podopiecznych – w czasie całego zajścia zdążył przespać noc i rankiem poprowadzić karate dla miejscowych seniorów. Po powrocie do chatki nadal nie zastał dzieciaków. Zamyślił się, na razie bez niepokoju. Ida, słynąc z eskapad o późnych porach, mogła wraz z Akirą zatrzymać się u kogoś. Szkoda tylko, że w takim przypadku zapomniało im się o przypomnieniu światu, że żyją i mają się dobrze. Bez wątpienia należał im się ochrzan. Konrad narzucił bluzę na karategi w gotowości do wyjścia, znalezienia tej dwójki i złojenia im tyłków i wybrał numer Idy. Odpowiedzi brak. To samo miało miejsce w przypadku Akiry. Finalnie Konrad zdecydował się na skorzystanie z poczty głosowej, za której pośrednictwem uwiecznił swój opieprz w telefonie Idy. Potem postanowił zrobić kawę, podniesionego ciśnienia nigdy za wiele.
    Pukanie w drzwi zbiegło się z jego zajęciem miejsca na krześle. Mężczyzna szybko znalazł się przy drzwiach, gotów na udzielenie gówniarzom długiej reprymendy już na samym wejściu.
    Z tym, że to nie ich zastał u drzwi. Konrad stał twarzą w twarz z wysokim chłopakiem o falujących włosach do ramion i z paskudnie złamanym nosem.
– Dzień dobry, czy możemy porozmawiać o twojej córce? – przywitał się przybysz z uśmiechem.

*

    – Zaatakował mnie – powtórzył po raz wtóry łamiącym się głosem Władysław Janik. – Matka jest w trasie koncertowej, a ja w ogóle nie mam na niego wpływu!
    Lekarz potakiwał na spółkę z psychologiem, zupełnie jakby ich wielkie z pozoru mózgi w istocie stanowiły umysł kolektywny.
    Tatko Akiry to samo zrelacjonował policji, dumny ze swojej magicznej sztuczki, jaką było przekształcanie nerwowego potu we łzy.

    Uwierzyli mu wszyscy. Jemu, nie długowłosemu młokosowi. Finalna decyzja sprzyjała Janikowi seniorowi: jego syn miał przyjmować leki, silne na tyle, by ukoić jego waleczne zapędy. W głębi ojcowskiego serduszka całkiem dobrze miała się nadzieja, że po końskiej dawce neuroleptyków jego syn stanie się bezmyślnym, poddanym mu glutem. Jego zdaniem było szkoda, że szpitale nie spełniały takiej funkcji, ale nic nie było niemożliwe w starciu z potokiem rodzicielskiej miłości.

*

    Ból, ból i jeszcze raz ból. Zupełnie, jakby Akira w trakcie snu zaliczył wszystkie niewygodne pozycje świata. Oraz wielki ból. I towarzyszące mu otępienie, a także jedna, jedyna potrzeba: dalszego snu. Mimo rekordowej w swoim prawie szesnastoletnim życiu liczby przespanych godzin, Akira nadal pragnął pogrążyć się w ciemnościach, a potem we wszystkich kolorach snu. Zwłaszcza ze względu na poczucie wyczyszczonej pamięci, które sprawiało, że chwilowo nie miał pojęcia o tym, co się stało, dzieje i będzie miało miejsce. Chłopak jednak, poczuwszy nacisk pełnego pęcherza, postanowił się ruszyć i odwiedzić toaletę. To chyba był w stanie zrobić.
    Przy chwiejnym ledwie drgnieniu odkrył, że coś krępuje jego ruchy z demoniczną precyzją. Akira poniósł wzrokiem wokół. Nieskończona biel w ciasnym, obitym poduszkami pomieszczeniu. Wrzynające się w ciało pasy. Piżama, której nie rozpoznawał. Izolatka. Akira nie miał sił nawet krzyknąć, czy w jakikolwiek inny sposób pokazać, że stawia opór. Wreszcie ze śnieżnobiałego poduszkowo-kanapowego tła wyodrębnił się prostokąt otwartych drzwi. Z szarości korytarza wychynął lekarz, na oko rok czy dwa po studiach. Zjeżdżającym z nosa okularom w cienkiej oprawie i potarganym włosom towarzyszył przyjazny uśmiech.
    – Cześć, Aki – powitał chłopaka ciepło.
    – No hej – wymamrotał ten, czując, że nasikanie gościowi pod nogi być może przywróci mu namiastkę wolności.
    W końcu, hej, możecie mnie przywiązać do łóżka, ale nie odbierzecie mi pełnego pęcherza.
    Lekarz zaśmiał się pusto. Wyciągnął znikąd krzesło i przycupnął przy Akirze.
    – Jestem lekarzem psychiatrą. Jak samopoczucie? – podjął. – To była ciężka noc. Pamiętasz?
    Akira zebrał to, co zostało z jego biednych myśli. Efektem była strużka śliny z ust. 
Boże, przepraszam, że żartowałem sobie z lobotomii, reakcja obronna organizmu w chwili kryzysu przywołała cień wspomnienia. Bo prawda była taka, że chyba już wiedział, jak czuły się ofiary wspomnianego zabiegu te plus minus sześćdziesiąt lat temu. Teraz najpewniej podobną rolę spełniły w jego organizmie starannie dobrane tony leków.
    – Mój drogi - przypomniał mu o swojej obecności lekarz – dużo się od ciebie nasłuchałem na izbie przyjęć. Wilkołaki, potwory jak z Frankensteina, demony… już nic nie mówię o tym, że rzuciłeś się na swojego tatę z nożem. Co powiesz mi teraz?
    Akira podjął męską decyzję o oczyszczeniu swej, wedle słów lekarza, tak grzesznej duszy tu i teraz. Oddał więc mocz, nie bawiąc się już w konwenanse. Młody psychiatra zaskrzeczał i odskoczył na tyle nie w porę, by jego białe trampki zmieniły się w żółte.
    – Ty… zaraz dostaniesz kolejną dawkę 
 warknął i wyszedł.
    – Nie musicie – powiedział mu na odchodne Akira – już sam pójdę spać.
    I pozwoli mózgowi wypłynąć do końca, wtedy już wewnętrznie nie zostanie z niego nic.
    Został jednak zignorowany. Zamknął więc oczy na nowo, by przespać najgorszy czas, którego część i tak już wysikał. Leki stanowiły karę, dobrze o tym wiedział. Już teraz jego zdolność milczenia wisiała na włosku. Czy istniała lobotomia w tabletkach? Chyba tak. Tyle dobrego, że niepermanentna. Póki co. Akira chyba jednak wolał zostać internistą i wkładać ludziom patyczki w gardło. Zakładając, że kiedykolwiek skończy edukację.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bardzo straszny sklep – część pierwsza

Metalowe Love: Popieprzony Piątek

Metalowe Love: Gorzej nie będzie. Eliksir samouwielbienia