Wilczy Bilet – rozdział dwudziesty
20
Content Warning: przemoc, śmierć, samobójstwo
Nie tylko Idę spotkał zaszczyt porozmawiania z jednym z przedstawicieli władz zaświatów. Nadia Kozłowska też dostała swoje pięć minut. Minus jakikolwiek kontakt ze świetlistą stroną pośmiertnej rzeczywistości.
– Tatuś? – było to pierwsze jej słowo po śmierci.
Kozioł nad Kozłami przytaknął pomrukiem, a z jego nozdrzy wydzielił się dym.
Nadia po raz kolejny straciła nad wszystkim kontrolę. Nie znosiła tego rodzaju sytuacji, nie ona, piątkowa uczennica z największymi balonami w szkole. Czuła się pochłaniana spojrzeniami wyglądającymi nieśmiało zza spowijających przestrzeń cierni pomniejszych demonów. Załapała się też na podglądanie przez potępieńców, których uwagę od piekielnych robót najpewniej oderwała jej uroda Królewny Śnieżki, którą zasłynęła na szkolnych korytarzach. Z tym, że rzeczywistość uczyniła ją skorumpowaną wiedźmą i teraz musiała wykazać gotowość do przyjęcia na swe barki tegoż konsekwencji.
Najpierw Kozioł nad Kozłami zaprosił ją gestem, aby się przybliżyła. Nadia pokornie wykonała polecenie. Nigdy nie czuła się podległa komukolwiek, odkąd wraz z rodziną straciła wszystko, ale Król Demonów stanowił wyjątek. Stała z opuszczoną głową, aż poczuła muśnięcie racicodłoni na podbródku. Kierowana przez Kozła nad Kozłami, podniosła wzrok i zajrzała w oczy o poziomych źrenicach i tęczówkach w kolorze posoki.
– Przepraszam – powiedziała, co stanowiło preludium jej ostatecznego odejścia.
Pochłonięcie przez tatka nie bolało. Za to Król Kozłów właśnie zyskał na sile podwójnie.
Konrad siedział jak w stuporze po usłyszeniu informacji, która była jak wyrok: Ida nie żyła. Eksplodowała. Wilk pobiegł cholera wie, gdzie. Potencjalnie całe Miasteczko było zagrożone.
Damian – jak przedstawił się chłopak, na oko dwa-trzy lata starszy od Idy – czekał cierpliwie na powrót zdolności Konrada do formułowania i wyrażania myśli. Wreszcie ten moment nastąpił.
– Pokaż mi, gdzie jest – powiedział mężczyzna. Resztki jego chęci do życia unosiły się smętnie pod sufitem.
Damian skinął mu w odpowiedzi, następnie obaj udali się w las.
Konrad nie znał młodego, Ida też mu o nim nie wspominała. Jej jedynym przyjacielem, a zarazem całym światem, był Aki. Przymusowych interakcji z Lilianą nie wliczał. Mimo jednego wielkiego znaku ostrzegawczego, jaki stanowił licealista z racji, że wiedział cokolwiek o tożsamości Idy i twierdził, że ta nie żyje, Konrad, wiedziony instynktem ojcowskim, podążał jego śladami. Mężczyzna nie miał najmniejszej ochoty wypytywać, skąd chłopak znał jego przybraną córkę. Nie miał chęci słuchać jego ostrzeżeń o drastycznym widoku. Od razu wszedł do środka leśniczówki.
Najpierw Kozioł nad Kozłami zaprosił ją gestem, aby się przybliżyła. Nadia pokornie wykonała polecenie. Nigdy nie czuła się podległa komukolwiek, odkąd wraz z rodziną straciła wszystko, ale Król Demonów stanowił wyjątek. Stała z opuszczoną głową, aż poczuła muśnięcie racicodłoni na podbródku. Kierowana przez Kozła nad Kozłami, podniosła wzrok i zajrzała w oczy o poziomych źrenicach i tęczówkach w kolorze posoki.
– Przepraszam – powiedziała, co stanowiło preludium jej ostatecznego odejścia.
Pochłonięcie przez tatka nie bolało. Za to Król Kozłów właśnie zyskał na sile podwójnie.
*
Konrad siedział jak w stuporze po usłyszeniu informacji, która była jak wyrok: Ida nie żyła. Eksplodowała. Wilk pobiegł cholera wie, gdzie. Potencjalnie całe Miasteczko było zagrożone.
Damian – jak przedstawił się chłopak, na oko dwa-trzy lata starszy od Idy – czekał cierpliwie na powrót zdolności Konrada do formułowania i wyrażania myśli. Wreszcie ten moment nastąpił.
– Pokaż mi, gdzie jest – powiedział mężczyzna. Resztki jego chęci do życia unosiły się smętnie pod sufitem.
Damian skinął mu w odpowiedzi, następnie obaj udali się w las.
Konrad nie znał młodego, Ida też mu o nim nie wspominała. Jej jedynym przyjacielem, a zarazem całym światem, był Aki. Przymusowych interakcji z Lilianą nie wliczał. Mimo jednego wielkiego znaku ostrzegawczego, jaki stanowił licealista z racji, że wiedział cokolwiek o tożsamości Idy i twierdził, że ta nie żyje, Konrad, wiedziony instynktem ojcowskim, podążał jego śladami. Mężczyzna nie miał najmniejszej ochoty wypytywać, skąd chłopak znał jego przybraną córkę. Nie miał chęci słuchać jego ostrzeżeń o drastycznym widoku. Od razu wszedł do środka leśniczówki.
I rozpoznał Idę. Po kępce szkarłatnych włosów i rozszarpanym skórzanym płaszczu obok. Antydzieło wieńczyły ślady wilczych łap, rozmiarem bliskie niedźwiedzim. I wszystko jasne, słowa chłystka, którego widział pierwszy raz na oczy, znalazły odbicie w rzeczywistości.
Mimo wszystko Konrada zaskoczyło, że wszystko rozegrało się w uchodzącej za opuszczoną leśniczówce. Minął ją w całym swoim życiu dosłownie dwa razy. W naturze Idy nie leżało zwiedzanie nie pozostających w użytku budynków. A jednak się tu znalazła. I tu dokonała żywota.
Mimo wszystko Konrada zaskoczyło, że wszystko rozegrało się w uchodzącej za opuszczoną leśniczówce. Minął ją w całym swoim życiu dosłownie dwa razy. W naturze Idy nie leżało zwiedzanie nie pozostających w użytku budynków. A jednak się tu znalazła. I tu dokonała żywota.
No tak, bo przecież piętnaście lat życia to za dużo. Dlaczego w takim razie fragmenty starszych Werków upstrzyły ściany, gdy ci mieli ze trzy dekady więcej niż ona obecnie?!
– Zostaw nas samych – powiedział Konrad, drżąc.
– Niech pan da spokój – rzekł chłopak. – To musi być ogromna strata. Jeśli mogę jakoś wesprzeć, jestem tu dla pana.
Napotkał wzrok Konrada, który jego beznamiętnej dotychczas twarzy nadał wyraz sporego niepokoju.
– Po prostu zostaw nas samych. – Głos mężczyzny łamał się, coraz bliżej granicy, od której zaczynał się rozdzierający płacz.
Damian skinął głową i opuścił leśniczówkę.
– Niech pan da spokój – rzekł chłopak. – To musi być ogromna strata. Jeśli mogę jakoś wesprzeć, jestem tu dla pana.
Napotkał wzrok Konrada, który jego beznamiętnej dotychczas twarzy nadał wyraz sporego niepokoju.
– Po prostu zostaw nas samych. – Głos mężczyzny łamał się, coraz bliżej granicy, od której zaczynał się rozdzierający płacz.
Damian skinął głową i opuścił leśniczówkę.
Przez moment zastanawiał się, czy Panienka Nadia otrzymała należyty pochówek, czy Damian nadawał się na grupowego kaznodzieję odprawiającego pogrzeby w należyty sposób. Na pewno nie brakowało mu empatii, która skierowała go ku przedstawieniu staremu karatece, co stało się z Werk. Plus, mając puścić z dymem leśniczówkę wraz ze wszystkim i wszystkimi wewnątrz, chciał mieć pewność, że sprawa nie poniesie się po mieście. Liczył, że dyrektor ich zapyziałego szkolnego przybytku zadbał o to, by Werk, wraz z Janikiem i jego dziewuchą, zniknęli z czyjejkolwiek pamięci. Nie wliczając pamięci Elkowskich i starego Janika – ale kwestią rodziców zajmą się wilki, a Anka już pewnie zasuwa, zjarana, w holenderskiej szklarni. Zatem czekał.
Kiedy okazało się, że cisza trwa w nieskończoność, chłopak wszedł do środka. Po prostu przytaknął na widok Konrada z podciętymi żyłami, spoczywającego w kącie i tulącego do piersi nadgniłą głowę Idy. Krew płynąca z rąk mężczyzny na swój sposób na zawsze połączyła go z ukochaną córką, wtapiając się w jej czerwone włosy.
Damian uwieńczył tę kompozycję kałużą wymiocin, po czym wyszedł i podłożył ogień. Jego wysiłki zniweczył jednak deszcz – od pojedynczych kropli, aż po ulewę pomieszaną ze śniegiem. Damian zaklął i opuścił las, jakby to miało przywrócić deszcz chmurom i pozwolić chatce dalej płonąć.
*
Cholera-wie-ile czasu później Akirę obudził odgłos wybuchu i następująca po nim seria plaśnięć. Zupełnie, jakby ktoś odpalił petardę i kazał komuś innemu połknąć. Akirze w chory sposób wydawało się to znajome. Ponadto pragnął pogratulować osobie odpowiedzialnej za zakup drzwi do izolatek, bo ten egzemplarz, teoretycznie nieprzepuszczający choćby krztyny dźwięku, był arcygównianej jakości.
Po chwili drzwi się otworzyły i oczom Akiry ukazał się po raz kolejny lekarz w butach żółtych niczym kaczeńce, które chłopak podarował kiedyś Lili na randce na łące w środku lasu. To akurat pamiętał. Ogólnie nie zaprzeczał – po kolejnej kilkugodzinnej sesji snu czuł wreszcie powrót części mózgu.
Psychiatra trzymał w garści pełen worek na śmieci i uśmiechał się dziko, idąc w stronę chłopaka.
Psychiatra trzymał w garści pełen worek na śmieci i uśmiechał się dziko, idąc w stronę chłopaka.
– Czego chcesz? – burknął Akira.
– Ciebie – zaśmiał się lekarz i zacisnął palce na poręczach łóżka, przesuwając je o pół metra w poprzek.
Akira wziął głęboki wdech.
– POMOCY!!! – zawył.
Konował od samego początku był dziwny.
– Nie bój się, nie bój się – zanucił wyżej wymieniony pod melodię miłosnej ballady Martwej Wrony, którą katowała Lili, ilekroć Akira u niej siedział. – Zadziobię cię moją fujarą na śmierć…!
Akira nie przestawał robić rabanu, zwłaszcza po popisie umiejętności wokalnych psychiatry. Gdy wreszcie opuścili izolatkę i wjechali w jatkę na korytarzu, zamilkł jednak i zajął się rzyganiem na widok usłanych krwawą miazgą i ludzkimi szczątkami uspokajająco zielonych ścian. W całej powodzi flaków biegało w najlepsze stado wyrośniętych wilków, rozszarpując pielęgniarki, lekarzy oraz policjantów bez dostępu do srebrnych kul i najpewniej wiary w ich działanie. Niektórzy wyglądali na choć na chwilę ocalałych, jednak po chwili eksplodowali, wydając na świat kolejne wilki, które w zależności od farta i umiejętności gryzły lub rozrywały personel na strzępy.
– Ciebie – zaśmiał się lekarz i zacisnął palce na poręczach łóżka, przesuwając je o pół metra w poprzek.
Akira wziął głęboki wdech.
– POMOCY!!! – zawył.
Konował od samego początku był dziwny.
– Nie bój się, nie bój się – zanucił wyżej wymieniony pod melodię miłosnej ballady Martwej Wrony, którą katowała Lili, ilekroć Akira u niej siedział. – Zadziobię cię moją fujarą na śmierć…!
Akira nie przestawał robić rabanu, zwłaszcza po popisie umiejętności wokalnych psychiatry. Gdy wreszcie opuścili izolatkę i wjechali w jatkę na korytarzu, zamilkł jednak i zajął się rzyganiem na widok usłanych krwawą miazgą i ludzkimi szczątkami uspokajająco zielonych ścian. W całej powodzi flaków biegało w najlepsze stado wyrośniętych wilków, rozszarpując pielęgniarki, lekarzy oraz policjantów bez dostępu do srebrnych kul i najpewniej wiary w ich działanie. Niektórzy wyglądali na choć na chwilę ocalałych, jednak po chwili eksplodowali, wydając na świat kolejne wilki, które w zależności od farta i umiejętności gryzły lub rozrywały personel na strzępy.
Akira po wyrzuceniu z siebie fali żółci przygotował się na najgorsze. Niemniej, ku jego głębokiemu zdumieniu, konował kroczył z pieśnią na ustach i z Akirą na jego łasce i niełasce przez masakrę, a wilki, wraz z górami falujących wnętrzności i członków, rozstępowały się przed nimi.
Chłopak nie zdążył jednak zadać żadnych pytań. Kiedy kolejna osoba przeszła, powiedzmy, przemianę, jelito plasnęło go w twarz. Tego było za wiele. Akira odleciał w upragnione ciemności po raz kolejny.
Młody psychiatra wzruszył ramionami i, pociągając za sobą przyklejone do buta resztki przedstawicieli służby zdrowia i stróży prawa, wszedł z nieprzytomnym Akirą do windy. Po wyjściu na – w porównaniu z wnętrzem – sterylnie czysty dziedziniec, lekarz skierował swe kroki do lasu, miejsca spacerów pacjentów w trakcie rekonwalescencji. Po chwili zniknęli wśród ogołoconych przez zimę gałęzi.
Młody psychiatra wzruszył ramionami i, pociągając za sobą przyklejone do buta resztki przedstawicieli służby zdrowia i stróży prawa, wszedł z nieprzytomnym Akirą do windy. Po wyjściu na – w porównaniu z wnętrzem – sterylnie czysty dziedziniec, lekarz skierował swe kroki do lasu, miejsca spacerów pacjentów w trakcie rekonwalescencji. Po chwili zniknęli wśród ogołoconych przez zimę gałęzi.
Po dłuższym marszu dotarli do chatki Konrada. W porę, bo masakra rozciągnęła się na pobliskie ulice, a potworne wilki opanowały osiedle na skraju lasu.
Klucze lekarz wyciągnął z foliowego wora, zawierającego, jak się okazało, ubrania nastoletniego pacjenta. Otworzył drzwi, wprowadził łóżko do środka, a następnie wyzionął ducha. Idy. Sam lekarz rąbnął tyłem głowy o drzewo. Huk, dźwięk odryglowywanych drzwi oraz odgłosy watahy wilków rzucających się na ofiarę obudziły Akirę. Pierwszym, co ujrzał, były unoszące się przed nim sklejone zwłoki Idy. Do tego lekko przezroczyste.
Jak stwierdziła Ida, nie zareagował źle. Najpewniej przez jego, rano jeszcze bliski wegetatywnemu, stan po tonie leków.
– Co jest, do kurwy – podzielił się z nią bełkotliwym pierwszym wrażeniem.
Jak stwierdziła Ida, nie zareagował źle. Najpewniej przez jego, rano jeszcze bliski wegetatywnemu, stan po tonie leków.
– Co jest, do kurwy – podzielił się z nią bełkotliwym pierwszym wrażeniem.
– Nie ma Konrada, a powinien być tu od dawna. – zauważyła Ida. – Co jest, do kurwy.
– Ida?! – Akira, nadal nieco zwarzywiały, przetarł oczy.
Ida westchnęła, jakby przyłapano ją na czymś według przyłapującego złym.
– Ida nie żyje – przypomniała najspokojniej, jak potrafiła, mimo narastającego roztrzęsienia. – Wybuchła. Pamiętasz? Nadia, kanibalizm. Twój ojciec, leśniczówka. Martwa Wrona. Martwa Ida, he, he.
– Ida?! – Akira, nadal nieco zwarzywiały, przetarł oczy.
Ida westchnęła, jakby przyłapano ją na czymś według przyłapującego złym.
– Ida nie żyje – przypomniała najspokojniej, jak potrafiła, mimo narastającego roztrzęsienia. – Wybuchła. Pamiętasz? Nadia, kanibalizm. Twój ojciec, leśniczówka. Martwa Wrona. Martwa Ida, he, he.
– Nie. Nie… – Akira zrobił się blady jak papier.
Połatany i pogięty papier, zalany krwią z nosa, której ulało się nad zeszytem przemęczonemu uczniowi w czasie lekcji.
– Ida, przecież potwory nie istnieją – roześmiał się jak idiota.
– Jeden przed tobą stoi – westchnęła Ida. – A raczej to, co zostało z dziewczyny chorej na likabombę. A teraz patrz, to będzie dobre.
Połatany i pogięty papier, zalany krwią z nosa, której ulało się nad zeszytem przemęczonemu uczniowi w czasie lekcji.
– Ida, przecież potwory nie istnieją – roześmiał się jak idiota.
– Jeden przed tobą stoi – westchnęła Ida. – A raczej to, co zostało z dziewczyny chorej na likabombę. A teraz patrz, to będzie dobre.
I na próbę przeniknęła przez chłopaka. Ten zaszczękał zębami, czując silne, wstrętne dreszcze. Odwrócił się. Stała z tyłu.
To nie był koniec. Akirze przeleciały przed oczami momenty Idy sprzed paru miesięcy, odkąd pojawiła się w szkole w Miasteczku. Wraz ze wszelkimi śladowymi emocjami. Na ich tle parzyły te pojawiające się w ich wspólnych chwilach. Zazdrość i niedowierzanie, gdy był przekonany, że on, Lili i Ida mogą zostać najlepszą paczką świata. Zrozumiał aż za wiele.
To nie był koniec. Akirze przeleciały przed oczami momenty Idy sprzed paru miesięcy, odkąd pojawiła się w szkole w Miasteczku. Wraz ze wszelkimi śladowymi emocjami. Na ich tle parzyły te pojawiające się w ich wspólnych chwilach. Zazdrość i niedowierzanie, gdy był przekonany, że on, Lili i Ida mogą zostać najlepszą paczką świata. Zrozumiał aż za wiele.
Chłopak posmutniał, mimo nadal trwającego zaćpania. Silne emocje przebijały wszystko i, w tym momencie, tyle samo niszczyły. Największe stężenie chłodu nadal pozostało na jego wargach. Pocałunek trupa? Jeszcze jako beztroski uczeń w glanach niczego innego nie pragnął w czarnych żartach, teraz chciał tylko zapaść się pod ziemię i uciec od wszelkiej odpowiedzialności, jaką w ostatnim czasie narzuciło mu życie. Lub śmierć. Chłopak odetchnął głęboko. Tak jak myślał, gówno to dało.
– Ida? Widziałem przed chwilą kawałek twojego życia, ten od drugiej połowy września.
Ida Frankensteina zbladła tak jak on.
– Jak to? – zapytała głupio.
Biedna dziewczyna. Miał niewielkie pojęcie o bytach nadprzyrodzonych, Ida najwyraźniej również. Ale przeżytych przed chwilą jej odczuć nie pomyliłby z żadnymi innymi.
– Porozmawiajmy, zrobię nam herbaty. – Wstał, trochę zbyt chwiejnie.
Ida wiedziała, co to znaczy.
– Nie wstawaj, bo poobijasz się jeszcze bardziej na tych antypsychotykach. Ja nam zrobię herbaty.
Akira popatrzył na nią, jakby miała jego egzystencję za kiepski żart. Niemniej przycupnął na jej łóżku, pełny bezradności i poczucia winy. Przenikający przez jej rękę czajnik przemilczał.
Ida poddała się po dwóch próbach, co i tak jak na nią było nader optymistyczne.
– Ida, jakich antypsychotykach? Eee, jakby to powiedzieć, nie masz rąk – trajkotał bez sensu.
Chyba się ożywił. Z kolei Ida z frasunkiem smakowała ponurą konstatację, że jako byt przezroczysty nie zrobi herbaty ani nawet nie zmieni kumplowi opatrunków. Temat popicia czymś nadciągającej Rozmowy umarł. Dlatego Ida, nie bez poczucia bezsensu, pociągnęła ją dalej.
Wyjaśniła, że wizyta w Niebiańskim Urzędzie zakończyła się wykopaniem białym anielskim glanem jej duszy za liczne grzechy na wieczną tułaczkę po Miasteczku. Może to i lepiej? Idzie nigdy nie było po drodze z religiami. Tak czy owak, po wyleceniu z Nieba od razu wróciła na pole bitwy, które ostatnio zarzygała. Zidentyfikowawszy resztki własne i Nadii, zastanowiła się nad swoimi priorytetami na ten moment. Poszukać wilka, którego z siebie wyrzuciła, czy upewnić się, że z Akirą wszystko w porządku? Naturalnie wybrała tę drugą opcję, jako pierwszy trop optymistycznie zakładając, że chłopak wraz z tatkiem siedzą bezpiecznie w domu. Dlatego pofrunęła tam czym prędzej z racji, iż bezpieczeństwo w towarzystwie starego Janika to zasrany oksymoron. Najpierw obserwowała bezczynnie całe zajście, kompletnie nie wiedząc, na co ją stać i czy stać w ogóle. Jedyne, co odkryła, to zdolność latania. To ułatwiło jej podążanie za karetką wiozącą spacyfikowanego zastrzykiem kumpla. Aż do momentu, gdy tego przywiązano do łóżka i umieszczono w izolatce.
Podtrzymywała przekonanie, że jako zjawa nie zdziała nic, po próbie oplucia ektoplazmą udającego pokrzywdzonego do porzygu starego Akiry.
Niepewna swoich możliwości w obecnym stanie ontycznym i nadal roztrzęsiona, biernie obserwowała walkę chłopaka z ojcem, a następnie przejażdżkę do szpitala. Tu musiała nabrać nadludzkiej szybkości, by nie zgubić przyjaciela i jego oprawców. I wtedy Uwierzyła w Swoją Siłę. Sama nie do końca była pewna, jak działa bycie upiorem, dlatego posiłkowała się ulubionymi starymi horrorami. Znalezienie pracownika szpitala na tyle ważnego, by mieć dostęp do Akiry i jego rzeczy okazało się trudniejsze, niż samo jego opętanie.
– Ida? Widziałem przed chwilą kawałek twojego życia, ten od drugiej połowy września.
Ida Frankensteina zbladła tak jak on.
– Jak to? – zapytała głupio.
Biedna dziewczyna. Miał niewielkie pojęcie o bytach nadprzyrodzonych, Ida najwyraźniej również. Ale przeżytych przed chwilą jej odczuć nie pomyliłby z żadnymi innymi.
– Porozmawiajmy, zrobię nam herbaty. – Wstał, trochę zbyt chwiejnie.
Ida wiedziała, co to znaczy.
– Nie wstawaj, bo poobijasz się jeszcze bardziej na tych antypsychotykach. Ja nam zrobię herbaty.
Akira popatrzył na nią, jakby miała jego egzystencję za kiepski żart. Niemniej przycupnął na jej łóżku, pełny bezradności i poczucia winy. Przenikający przez jej rękę czajnik przemilczał.
Ida poddała się po dwóch próbach, co i tak jak na nią było nader optymistyczne.
– Ida, jakich antypsychotykach? Eee, jakby to powiedzieć, nie masz rąk – trajkotał bez sensu.
Chyba się ożywił. Z kolei Ida z frasunkiem smakowała ponurą konstatację, że jako byt przezroczysty nie zrobi herbaty ani nawet nie zmieni kumplowi opatrunków. Temat popicia czymś nadciągającej Rozmowy umarł. Dlatego Ida, nie bez poczucia bezsensu, pociągnęła ją dalej.
Wyjaśniła, że wizyta w Niebiańskim Urzędzie zakończyła się wykopaniem białym anielskim glanem jej duszy za liczne grzechy na wieczną tułaczkę po Miasteczku. Może to i lepiej? Idzie nigdy nie było po drodze z religiami. Tak czy owak, po wyleceniu z Nieba od razu wróciła na pole bitwy, które ostatnio zarzygała. Zidentyfikowawszy resztki własne i Nadii, zastanowiła się nad swoimi priorytetami na ten moment. Poszukać wilka, którego z siebie wyrzuciła, czy upewnić się, że z Akirą wszystko w porządku? Naturalnie wybrała tę drugą opcję, jako pierwszy trop optymistycznie zakładając, że chłopak wraz z tatkiem siedzą bezpiecznie w domu. Dlatego pofrunęła tam czym prędzej z racji, iż bezpieczeństwo w towarzystwie starego Janika to zasrany oksymoron. Najpierw obserwowała bezczynnie całe zajście, kompletnie nie wiedząc, na co ją stać i czy stać w ogóle. Jedyne, co odkryła, to zdolność latania. To ułatwiło jej podążanie za karetką wiozącą spacyfikowanego zastrzykiem kumpla. Aż do momentu, gdy tego przywiązano do łóżka i umieszczono w izolatce.
Podtrzymywała przekonanie, że jako zjawa nie zdziała nic, po próbie oplucia ektoplazmą udającego pokrzywdzonego do porzygu starego Akiry.
Niepewna swoich możliwości w obecnym stanie ontycznym i nadal roztrzęsiona, biernie obserwowała walkę chłopaka z ojcem, a następnie przejażdżkę do szpitala. Tu musiała nabrać nadludzkiej szybkości, by nie zgubić przyjaciela i jego oprawców. I wtedy Uwierzyła w Swoją Siłę. Sama nie do końca była pewna, jak działa bycie upiorem, dlatego posiłkowała się ulubionymi starymi horrorami. Znalezienie pracownika szpitala na tyle ważnego, by mieć dostęp do Akiry i jego rzeczy okazało się trudniejsze, niż samo jego opętanie.
Ida pofrunęła na środek pokoju i rozłożyła widmo rozkawałkowanych, sklejonych chyba na ślinę, rąk. Akira zamarł, widząc rozlewający się na jej twarzy… rumieniec? A może to jedna z plam krwi pozostawiła odbicie?
– Aki – wykrztusiła Ida. – Od pewnego czasu mi się bardzo podobasz. – Cała czerwona, zdecydowanie nie od posoki, opuściła wzrok jak po przyganie.
Akira sam poczuł, jak oblewa się rumieńcem. I zimnym potem. Ona w zasadzie od początku dusiła to w sobie, sądząc po retrospekcjach. Potem do odczuć chłopaka doszedł żal. Żal za co? I czemu do samego siebie?
– Ida... wybacz, ale ja jestem z Lili – wyrzucił z siebie, już czując się jak dupek. – To ją kocham. Ty znaczysz dla mnie mnóstwo, ale nie jako partnerka. Jesteśmy przyjaciółmi, przyszywaną rodziną. Jak tylko będę mógł, ożenię się z Lil. Ja nie mogę inaczej, oczekujemy dziecka.
Ida powstrzymała nadciągającą przez gardło żółć. Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale szybko zmieniła zdanie i zacisnęła je tylko w grymasie bólu. Akira poczuł się, jakby zasłużenie oberwał w twarz.
– Ida? – zaskrzeczał. – Przepra…
Odpowiedział mu niemal arktyczny chłód, gdy ta znowu przepłynęła przez niego, a następnie przez drzwi wejściowe, zatapiając się w lesie.
– Ida! Czekaj!
Akira klapnął na podłogę i przejechał dłońmi po twarzy. Ciążył mu nadmiar wszystkiego. Wstał i otworzył okno, żeby zapalić. Pierwszy raz odkąd próbował rzucić po wieści o dziecku w drodze.
Przy okazji sięgnął po plik papieru z worka leżącego na podłodze. Bingo, karta ze szpitala. Od lekarza usłyszał aż za dużo, więc ciekawił go jedynie numerek po "F".
F20.0. Schizofrenia paranoidalna. Zastosowane leki uspokajające i antypsychotyczne, chyba najmocniejsze, o jakich słyszał. Roześmiał się z goryczą i wypuścił dym. Mniejsza.
– Aki – wykrztusiła Ida. – Od pewnego czasu mi się bardzo podobasz. – Cała czerwona, zdecydowanie nie od posoki, opuściła wzrok jak po przyganie.
Akira sam poczuł, jak oblewa się rumieńcem. I zimnym potem. Ona w zasadzie od początku dusiła to w sobie, sądząc po retrospekcjach. Potem do odczuć chłopaka doszedł żal. Żal za co? I czemu do samego siebie?
– Ida... wybacz, ale ja jestem z Lili – wyrzucił z siebie, już czując się jak dupek. – To ją kocham. Ty znaczysz dla mnie mnóstwo, ale nie jako partnerka. Jesteśmy przyjaciółmi, przyszywaną rodziną. Jak tylko będę mógł, ożenię się z Lil. Ja nie mogę inaczej, oczekujemy dziecka.
Ida powstrzymała nadciągającą przez gardło żółć. Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale szybko zmieniła zdanie i zacisnęła je tylko w grymasie bólu. Akira poczuł się, jakby zasłużenie oberwał w twarz.
– Ida? – zaskrzeczał. – Przepra…
Odpowiedział mu niemal arktyczny chłód, gdy ta znowu przepłynęła przez niego, a następnie przez drzwi wejściowe, zatapiając się w lesie.
– Ida! Czekaj!
Akira klapnął na podłogę i przejechał dłońmi po twarzy. Ciążył mu nadmiar wszystkiego. Wstał i otworzył okno, żeby zapalić. Pierwszy raz odkąd próbował rzucić po wieści o dziecku w drodze.
Przy okazji sięgnął po plik papieru z worka leżącego na podłodze. Bingo, karta ze szpitala. Od lekarza usłyszał aż za dużo, więc ciekawił go jedynie numerek po "F".
F20.0. Schizofrenia paranoidalna. Zastosowane leki uspokajające i antypsychotyczne, chyba najmocniejsze, o jakich słyszał. Roześmiał się z goryczą i wypuścił dym. Mniejsza.
Raz mniej, raz bardziej docierały do niego wydarzenia ostatniej doby. A kiedy wokół chaty pojawiły się wilki, aż podskoczył i upuścił papierosa w śnieg. Ten najbardziej z przodu odezwał się do niego chrapliwie:
– Nie zjedzą cię, he, he – splunął upiornie, wszak wilki nie zwykły pluć, tak samo jak mówić. – Serio, są tu, by cię chronić. Zauważyłeś, że nas w szpitalu wilki nie tykały? Masz zagadkę do rozwiązania.
Akira popatrzył na alfę otępiale. Pamiętał. Wyrzucenie z siebie strumienia rzygowin na widok masakry nie przesłoniło mu świata aż tak, by to go nie zdziwiło. W przypadku Idy to nie było nic nowego, ale dlaczego on jeszcze nie skończył jako karma dla wilków-potworów albo nosiciel rosnącej w zastraszającym tempie wilkołaczej larwy?
– Ciesz się, że miałeś przy sobie kogoś, kto przynajmniej nie zmieniał humorów jak obsranych gaci. Szczerze, w czym ci pomogła Lilka? – z oczami pełnymi desperacji popłynęła w stronę chłopaka i przeniknęła przezeń, zatrzymując się na etapie zetknięcia ich ust. Chłopak odsunął się od niej.
– Kocham ją – powiedział. – Tego nie da się tak po prostu wyjaśnić.
Potem chłopak zobaczył unoszącą się ku chmurom zjawę będącą niegdyś jego najlepszą przyjaciółką. Duch po chwili zniknął między drzewami. Już jej nie wołał. Tylko z bluzgiem zmiażdżył ledwie wypalonego szluga w popielniczce. Ponownie ukrył twarz w dłoniach. Musiał zadzwonić do Lili. Musiał rzucić palenie. Musiał zrobić coś, by przyjaźń jego i Idy się nie rozpadła, o ile to już nie nastąpiło. Czuł się samotny jak nigdy, a postawiony przed zdecydowanie przerastającymi go zadaniami.
Zaczął od wybrania numeru lubej. Nie zapomniał wybaczyć jej ostatnich fochów. Odebrała po dłuższym sygnale.
– Halo? – odezwała się sucho.
– Hej, kotek – Akira powitał ją w neutralnie miłym tonie, nie mając sił, czasu ani chęci na roztkliwianie się.
– Kotek… – zawtórowała mu Lili, jakby powoli przetwarzała znaczenie tego jednego słowa. – Aki, przyjedź. Spadł krwawy deszcz. W sensie – zapauzowała – obudziłam się o czternastej rano i widziałam krwawe kałuże dziesięć pięter niżej. Przyjedź – wraz z każdym zdaniem jej głos tracił resztki emfazy. – Proszę. Jestem tu sama od kilku dni.
– Nie zjedzą cię, he, he – splunął upiornie, wszak wilki nie zwykły pluć, tak samo jak mówić. – Serio, są tu, by cię chronić. Zauważyłeś, że nas w szpitalu wilki nie tykały? Masz zagadkę do rozwiązania.
Akira popatrzył na alfę otępiale. Pamiętał. Wyrzucenie z siebie strumienia rzygowin na widok masakry nie przesłoniło mu świata aż tak, by to go nie zdziwiło. W przypadku Idy to nie było nic nowego, ale dlaczego on jeszcze nie skończył jako karma dla wilków-potworów albo nosiciel rosnącej w zastraszającym tempie wilkołaczej larwy?
– Ciesz się, że miałeś przy sobie kogoś, kto przynajmniej nie zmieniał humorów jak obsranych gaci. Szczerze, w czym ci pomogła Lilka? – z oczami pełnymi desperacji popłynęła w stronę chłopaka i przeniknęła przezeń, zatrzymując się na etapie zetknięcia ich ust. Chłopak odsunął się od niej.
– Kocham ją – powiedział. – Tego nie da się tak po prostu wyjaśnić.
Potem chłopak zobaczył unoszącą się ku chmurom zjawę będącą niegdyś jego najlepszą przyjaciółką. Duch po chwili zniknął między drzewami. Już jej nie wołał. Tylko z bluzgiem zmiażdżył ledwie wypalonego szluga w popielniczce. Ponownie ukrył twarz w dłoniach. Musiał zadzwonić do Lili. Musiał rzucić palenie. Musiał zrobić coś, by przyjaźń jego i Idy się nie rozpadła, o ile to już nie nastąpiło. Czuł się samotny jak nigdy, a postawiony przed zdecydowanie przerastającymi go zadaniami.
Zaczął od wybrania numeru lubej. Nie zapomniał wybaczyć jej ostatnich fochów. Odebrała po dłuższym sygnale.
– Halo? – odezwała się sucho.
– Hej, kotek – Akira powitał ją w neutralnie miłym tonie, nie mając sił, czasu ani chęci na roztkliwianie się.
– Kotek… – zawtórowała mu Lili, jakby powoli przetwarzała znaczenie tego jednego słowa. – Aki, przyjedź. Spadł krwawy deszcz. W sensie – zapauzowała – obudziłam się o czternastej rano i widziałam krwawe kałuże dziesięć pięter niżej. Przyjedź – wraz z każdym zdaniem jej głos tracił resztki emfazy. – Proszę. Jestem tu sama od kilku dni.
Akira po prostu potakiwał, mimo że tego nie widziała. Zadecydował szybko – uratuje ją. I dziecko. Skoro wilki go nie tkną – a mimo sytuacji ufał Idzie – a Lili tak, nastąpiła konieczność utorowania sobie drogi przez wkurzone psowate. Chłopak zajrzał do skrzyni w przedpokoju, mając na uwadze małe, kiełkujące hobby Konrada – uprawianie warzyw. To, czego potrzebował Akira, wieńczyło stos narzędzi, jakby zajmując honorowe miejsce. Nóż ogrodniczy – szczepak sierpak. Tak na wszelki wypadek, gdyby napotkał trudności. Wszak nie samymi wilkami apokalipsa żyje.
Akira ukrył broń w wewnętrznej kieszeni ulubionej skórzanej kurtki i poszedł w las, odprowadzony setką wilczych spojrzeń.

Komentarze
Prześlij komentarz