Wilczy Bilet – rozdział piętnasty
Content warning: przemoc
15
– Czułam, jak kopie – syknęła któregoś razu. – Byłoby szkoda, gdybyś nie mógł czuć tego razem ze mną.
Po tym wyznaniu nastąpiła cisza. Długa i kwaśna. Spanikowany Akira ledwo odważył się pożegnać i rozłączyć. Dopiero potem sobie przypomniał, że ich przyszły potomek nadal ma w sobie więcej z czerwonego gluta, niż miniaturowego człowieka zdolnego do zadawania kopnięć. Wieczór spędził z paczką chipsów krewetkowych. Smażonych. Na. Głębokim. Ambrozja.
Paradoksalnie to Lili była osobą, przed którą miał możliwość się wykrzyczeć. Z tym, że obecnie zachowywała się jak wyprana z myśli członkini sekty. A burza hormonów nie ułatwiała wyciśnięcia z tej pokrętnej relacji chociaż odrobiny normalnego kontaktu. Lili również pragnęła wrzeszczeć w poduszkę. Co robiła nie tak, że oddalali się od siebie z Akirą? Plan zakładał sprawienie, by Akira poczuł się winny złego obrotu spraw i zapragnął zamieszkać z nią, nie z Werk. Chrzanić zdanie rodziców, mogliby przeprowadzić się i do opuszczonego bunkra w lesie. Szkoda tylko, że nie wiedziała, że Aki już tak mieszka i niezbyt poleca takie życie.
Na dniach Akira skontaktował się z mamą Lili. Chłód jej tonu świadczył o tym, że o odwiedzinach nie było mowy. Jej rodzice zbywali Akirę wymówkami, jak gdyby obawiali się nie tylko o córkę, ale i córki. Po jakimś czasie takich zagrań Akira miał ochotę wyć ze złości. Jednak nie ustępował na tyle, na ile pozwalała mu desperacja. Cała sytuacja finalnie zrodziła w nim drobne pokłady asertywności.
– Oczekujemy dziecka – oświadczył na starcie kolejnej rozmowy. – Chcę mieć jakikolwiek kontakt z moją partnerką.
Pierwszą reakcją na własne słowa było śniadanie w gardle. Objawy tylko się nasiliły na odpowiedź pani Elkowskiej.
– Weźcie ślub, to będziecie mogli się kontaktować do woli. Lila nie pozdrawia. – I rozłączyła się.
Jak dobrze, że Akira zdążył do toalety. Południowej owsiance spieszyło się opuścić jego trzewia górną drogą. Potem odkrył, że ktoś trzyma mu włosy, jak on niedawno Idzie.
– Konrad? – chłopak podniósł głowę znad sedesu.
– Co się dzieje?
Akira odpowiedział mu kolejną strugą wymiocin. Po drugiej rundzie torsje ustały. Mężczyźni usiedli na łóżku Akiry. Milczeli chwilę, co pozwoliło Akirze na uformowanie myśli w słowa.
– To, o czym gadaliśmy na początku – podjął – nie idzie mi totalnie. Uciekłem po rozmowie z Lili, ledwo przetrwałem starcie z ojcem. Mam dość.
Konrad podrapał się filozoficznie po zmierzwionej czuprynie.
– Nie od razu Miasteczko powstało – mruknął. – Choć powiem ci, że takie to zadupie, że nawet średniowieczne wioski miały więcej atrakcji.
– Ta – odparł Akira. – Palenie na stosie niczym dzisiejszy grill w ogródku, mniam mniam.
Obaj zarechotali, cokolwiek ponuro.
– Chodzi mi o to, że być może musisz spróbować jeszcze raz – ciągnął Sensei Życia. – Do niektórych dotrze, jak się przejadą. Czy za innym dziesiątym razem.
– Ale już może bez siekiery – westchnął Akira zrezygnowany.
Ta wymiana zmian bez wątpienia miała swój urok, ale Akira nie czuł się na siłach na ponowne dwie walki życia: mentalną z Lili i fizyczną z własnym spłodzicielem.
Z nie pozbawionych marazmu rozważań wyrwało ich skrobanie w drzwi. Był to Garm ze smyczą w pyszczku.
– To chyba dobra pora na spacer – wyraził spostrzeżenie Konrad, a Akira mu przytaknął.
Doświadczenie nauczyło go, że karne pompki u instruktora karate liczyło się w setkach. Aczkolwiek wciąż wolał je o wiele, wiele bardziej od wykańczania przez Czapkowskiego. Akira przejął smycz.
– Chodź tu, szczurasie – mruknął jakże pieszczotliwie i kichnął alergicznie, posyłając w powietrze kilka utraconych włosów liniejącego psiaka.
Jedną tabletkę antyhistaminową później wyszli między spowite szronem i śniegiem nagie gałęzie. Skrzypienie przemoczonych glanów, którym grube skarpety nadały barierę chroniącą przed obecną porą roku, działało na Akirę kojąco.
W trakcie całego wypadu z pieskiem nie zamienili ani słowa. Stali się bardziej rozmowni, kiedy Mario zerwał smycz i pognał w ośnieżony gąszcz. Akira klapnął w śnieg po szybkiej nieudanej próbie schwytania zwierzaka.
– Cholera! – jęknął, ale zaraz wraz z Konradem pospieszył na poszukiwania swojej codziennej dawki alergenu.
Nadchodziło południe, a silne słońce przypominało, jak doskonałą blendą jest śnieg i że warto zawsze mieć przy sobie okulary przeciwsłoneczne.
– Co powie Ida? – panikował chłopak, aż przerwało mu szczekanie.
Garm niemal zmaterializował się przed nimi, w pyszczku trzymając kawałek ortalionu.
– Ty mały… – zaczął Akira.
Przerwał mu głos, który z miejsca obudził w Akirze wf-owe PTSD.
Czapkowski płonął w furii. W dłoni ściskał garść chrustu, a jego brudnemu, choć wciąż opalizującemu dresowi brakowało kawałka nogawki. Na plecach miał ogromny plecak taktyczny.
W końcu wuefista zdał sobie sprawę, że nie jest sam. Oprócz wybrakowanej zbroi rycerza blokowisk, mocno zapuszczoną aparycję mężczyzny powlekała warstewka brudu, a on sam wydzielał woń tygodni bez prysznica. Akira pierwszy raz widział go bez żelu na głowie. Czapkowski, o dziwo, cofnął się.
– Potrzebuje pan pomocy? – odezwał się wreszcie Konrad.
– To jest właśnie Czapkowski – powiedział Akira.
– A, to nie – zmitygował się Konrad. – Spieprzaj pan.
– Potrzebuje pan pomocy? – odezwał się wreszcie Konrad.
– To jest właśnie Czapkowski – powiedział Akira.
– A, to nie – zmitygował się Konrad. – Spieprzaj pan.
Czapkowski posłusznie czmychnął w zarośla, pozostawiając dwójkę z merdającym ogonem yorkiem. Podobnie jak Garma, Akirę cieszył taki obrót spraw. Karma wraca.
Po późniejszych kilku sms-ach z Wikingiem chłopak dowiedział się, że w szkole wybuchła kolejna afera. Czapo, niezbyt widać biorąc sobie do serca ostatnią przygodę z Nadią i "genialną" intrygą Wanesy (choć obecnie – oficjalnie – Idy i Akiry), spotykał się z jeszcze jedną z licealistek i znów, Nobel dla niego, dał się przyłapać. Co gorsza, samej Nadii, która z zemsty rozpętała takie piekło, o jakim Wanesa mogła tylko śnić na mokro.
Chodziły plotki, że były nauczyciel stracił wszystko, co dotychczas posiadał – z pracą i reputacją na czele – i nawet jego klika szkolnych sportowców straciła z nim kontakt. Ktoś podobno widział go na kartonie naprzeciwko osiedlowego spożywczaka, zarośniętego i z bluzgiem rozcierającego w dłoniach chemiczny ogrzewacz. Patrząc na spękane dłonie, chyba niezbyt pomocny.
Kiedy Ida wróciła do domu z torbą chrustu, ujrzała Akirę leżącego bez życia na łóżku. Podeszła do niego, patrząc mu prosto w oczy. Prawie czarne włosy okalały jego twarz jak aureola, spływały z łóżka. Kumpel miał wzrok utkwiony w suficie.
– Witaj – spróbowała pomóc mu w powrocie do rzeczywistości.
Ten podniósł się, a na jego twarzy odmalował się słaby cień jego dawnego uśmiechu numer jeden.
– Lilka? – zadała retoryczne pytanie Ida.
– Bez tego dzień stracony – mruknął chłopak, siadając przy równoczesnym roztaczaniu aury kopnięcia czegoś.
Opowiedział Idzie o spotkaniu w lesie.
– Może nas znaleźć, a może i nie – głośno myślał.
Ida przewróciła oczami.
– Przyszedł po chrust, nie twoją dupę. Spokojnie. Teraz ma na głowie większe problemy, niż donoszenie twojemu padre.
Akirze przyszło żyć z tą niepewnością z tyłu głowy. Na wszelki wypadek podjął się stu pompek, z których zrobił dziesięć.
*
W końcu musiały nadejść Walentynki. Dla Idy w tym roku były wyjątkowe, inne od dotychczasowego siedzenia z frustracją w domu, by uniknąć skażenia szczęściem wszystkich wokół, tylko nie własnym.
Dlatego pewnego dnia, zamaskowana szalikiem, wyszła i przyszła w sukience. Czarnej, dopasowanej i z długim rękawem. Sięgający kolan dół zdobiła drobna koronka.
– I-Idka? – wydukał cały czerwony Akira.
Miała miłe oku, zaokrąglone łydki. W jej starych glanach dziesiątkach i cienkich, czarnych rajstopach jej nogi sprawiły, że wzrok Akiry automatycznie pofrunął w dół. Zmitygował się, mając w myślach ostatniego smsa od Lili ze zdjęciem jej brzucha i pytaniem, czy zdaniem Akiry już coś widać. Napotkał spojrzenie Idy, do którego ta dorzuciła po chwili nieśmiały uśmiech.
– Ta, Idka, Idka.
Akira się roześmiał, równie niezręcznie.
– Świetna kiecka – odpowiedział mimo wszystko zgodnie z prawdą.
Idę rozsadzał entuzjazm. Takiego natężenia emocji nie odczuwała od śmierci rodziców. Nie popsuł tego nawet fakt, że sam Akira wieczorem owinął się szalikiem i udał się z prezentem do Lili.
Pani Elkowska wywróciła oczami.
– Lila nie jest w najlepszym stanie – powtórzyła swoje ulubione w ostatnim czasie powiedzonko. – Ale wejdź, może tym razem się uda. – Wyglądała, jakby chciała się uśmiechnąć, a nie mogła.
Akira pod pachą trzymał ozdobnie zapakowany w papier w nietoperze zestaw farb olejnych. Lili uwielbiała zaciągać się wonią oleju i terpentyny. Z tym, że w obecnych okolicznościach pozostawała jej terpentyna bezzapachowa. Akira kilka razy też próbował. Dobry stuff.
Chłopak zapukał do jej pokoju. O dziwo, otworzyła.
– Wszystkiego najlepszego! Zaklepałem nam miejsce w restaurac…
– Nie mam na nic ochoty. – W oczach Lili zalśniły łzy. – Po tym, jak zamieszkałeś z Werk, codziennie mam wrażenie, że powinniśmy to skończyć. Ale wiesz co? Ja nie skończę. Czekam, aż sam przed sobą się przyznasz, że spieprzyłeś.
Później nastąpiła powtórka z rozrywki – Akira wyszedł z pokoju Lili, cisnąwszy prezent na łóżko. Żegnany płaczem dziewczyny i milczeniem jej rodziców, trzasnął za sobą drzwiami wejściowymi mieszkania.
– Lila nie jest w najlepszym stanie – powtórzyła swoje ulubione w ostatnim czasie powiedzonko. – Ale wejdź, może tym razem się uda. – Wyglądała, jakby chciała się uśmiechnąć, a nie mogła.
Akira pod pachą trzymał ozdobnie zapakowany w papier w nietoperze zestaw farb olejnych. Lili uwielbiała zaciągać się wonią oleju i terpentyny. Z tym, że w obecnych okolicznościach pozostawała jej terpentyna bezzapachowa. Akira kilka razy też próbował. Dobry stuff.
Chłopak zapukał do jej pokoju. O dziwo, otworzyła.
– Wszystkiego najlepszego! Zaklepałem nam miejsce w restaurac…
– Nie mam na nic ochoty. – W oczach Lili zalśniły łzy. – Po tym, jak zamieszkałeś z Werk, codziennie mam wrażenie, że powinniśmy to skończyć. Ale wiesz co? Ja nie skończę. Czekam, aż sam przed sobą się przyznasz, że spieprzyłeś.
Później nastąpiła powtórka z rozrywki – Akira wyszedł z pokoju Lili, cisnąwszy prezent na łóżko. Żegnany płaczem dziewczyny i milczeniem jej rodziców, trzasnął za sobą drzwiami wejściowymi mieszkania.
*
Ida już od progu poczuła, że wyjście Akiry nie zakończyło się dobrze. Chłopak opowiedział jej wszystko, kiedy tylko zdjął kurtkę. Ida go po prostu przytuliła. Było jej go zwyczajnie szkoda, chłopak za dużo tracił na swojej dobroci.
– Chcesz podrzeć ryj do księżyca? – zaproponowała, szalenie z siebie dumna, że nie zaczerwieniła się jak głupek przy tablicy.
Akira przystał na propozycję. Tym sposobem zaliczyli – zdaniem Idy – pierwszą randkę, i to w Walentynki. A w wytworzonym przez bogatą jak szejk arabski wyobraźnię świecie Idy wszystko było możliwe.
Ida nawet nie zdała sobie sprawy, kiedy przyjęła od Akiry propozycję zakupu alkoholu. Bo było fajnie. Za fajnie, by rujnować chwilę i pamiętać o własnych zasadach.
O dziwo, piwo w swej goryczy przypominało jej o napoju bogów: kawie. Nie najgorzej. Zerknęła na kumpla i skonstatowała, że ten ją uprzedził i też się jej przygląda, ze zmrużonymi od uśmiechu oczami. Ida czuła, że zaraz się zwęgli od wewnętrznego gorąca. Przeniosła z prędkością światła wzrok na pień brzozy obok.
– Jesteś moim wybawieniem, Idek – usłyszała.
– Co – wymamrotała głupio, niepewna, za co otrzymała takie wyróżnienie.
– Mam wrażenie, że wszystko wali mi się na głowę – ciągnął chłopak, trochę już alkoholowo nieobecny. – Ojciec, Lilijka, szkoła, znajomi ze szkoły. Odkąd jesteś, mam cię u boku. Pomogłaś mi zrozumieć, że popularność w szkole to nie wszystko, zwłaszcza wśród osób o niepewnych intencjach.
– Nie ma za co – Ida po prostu potakiwała, mimo niezręczności.
Milczeli przez moment, a Akira w tym czasie dopił swojego browara. Któregoś z rzędu.
– Dzięki – podsumował i zdusił beknięcie.
Ida patrzyła w przestrzeń, nie wiedząc, co myśli kumpel. Aż poczuła piwne cmoknięcie na swoim policzku.
Jej pierwszą myśl stanowiło, żeby szykować jej miejsce w szpitalu, bo właśnie ledwo przetrwała zawał. Akira stanął nad nią i przeciągnął się.
– Pełno ludzi tak witałem, ale ciebie nigdy – podsumował z filozoficzną nutą dzisiejszy czarujący wieczór. – Witaj w klanie tych fajnych. Z tym, że oni chyba nigdy nie byli tak naprawdę spoko.
Ewidentnie był nawalony. Potem temat już nie wrócił.
Na dniach Akira rzucił, że zbierze od pozostałej mu garstki znajomych ze szkoły garść plotek, a kto wie, może wśród nich znajdzie się kilka faktów.
Tak uczynił następnego późnego popołudnia, kiedy to najstarszy rocznik gimnazjum był już po lekcjach. Dowiedział się tyle, że obecnie panuje spokój, a zwłaszcza po zakończeniu przez Czapkowskiego przygody z nauczaniem i w ogóle ziemskim żywotem. Ponadto szkoła zdawała się zapomnieć o Akirze. O Idzie, która umarła dla nich towarzysko już pierwszego dnia szkoły, nie wspominając. O tym, co działo się z także nieobecną Lili, wiedziała Anka, poza tym nikt inny nie wyraził zainteresowania, nie wliczając ciała pedagogicznego.
A'propos ciał pedagogicznych, absolutnie najlepszą wiadomością była ta od Wikinga: Czapkowski został znaleziony martwy z wyziębienia gdzieś w ciemnym zaułku. Karma dokończyła, co zaczęła.
Akira nie mógł się nie uśmiechnąć. Świadomość odejścia Czapkowskiego pozostała na tyłach jego głowy na tyle długo, że uśmiech utrzymał się resztę dnia.
Zmarłego wuefistę zastąpiła podobno nowa nauczycielka. Uczniowie szybko docenili równie młodzieżową belferkę. Przeważała ona nad nieświętej pamięci Jaśkiem w traktowaniu każdego równo i zrozumieniu, jak różnorodni uczniowie są w swych charakterach, możliwościach w obrębie przedmiotu czy talentach. Dzięki sympatycznej pani Agnieszce lwia część uczniów zainteresowała się poszukiwaniami w kategorii sportu i zdrowego stylu życia, co zaowocowało okrzyknięciem wf-u tym fajnym przedmiotem.
Ida nawet nie zdała sobie sprawy, kiedy przyjęła od Akiry propozycję zakupu alkoholu. Bo było fajnie. Za fajnie, by rujnować chwilę i pamiętać o własnych zasadach.
O dziwo, piwo w swej goryczy przypominało jej o napoju bogów: kawie. Nie najgorzej. Zerknęła na kumpla i skonstatowała, że ten ją uprzedził i też się jej przygląda, ze zmrużonymi od uśmiechu oczami. Ida czuła, że zaraz się zwęgli od wewnętrznego gorąca. Przeniosła z prędkością światła wzrok na pień brzozy obok.
– Jesteś moim wybawieniem, Idek – usłyszała.
– Co – wymamrotała głupio, niepewna, za co otrzymała takie wyróżnienie.
– Mam wrażenie, że wszystko wali mi się na głowę – ciągnął chłopak, trochę już alkoholowo nieobecny. – Ojciec, Lilijka, szkoła, znajomi ze szkoły. Odkąd jesteś, mam cię u boku. Pomogłaś mi zrozumieć, że popularność w szkole to nie wszystko, zwłaszcza wśród osób o niepewnych intencjach.
– Nie ma za co – Ida po prostu potakiwała, mimo niezręczności.
Milczeli przez moment, a Akira w tym czasie dopił swojego browara. Któregoś z rzędu.
– Dzięki – podsumował i zdusił beknięcie.
Ida patrzyła w przestrzeń, nie wiedząc, co myśli kumpel. Aż poczuła piwne cmoknięcie na swoim policzku.
Jej pierwszą myśl stanowiło, żeby szykować jej miejsce w szpitalu, bo właśnie ledwo przetrwała zawał. Akira stanął nad nią i przeciągnął się.
– Pełno ludzi tak witałem, ale ciebie nigdy – podsumował z filozoficzną nutą dzisiejszy czarujący wieczór. – Witaj w klanie tych fajnych. Z tym, że oni chyba nigdy nie byli tak naprawdę spoko.
Ewidentnie był nawalony. Potem temat już nie wrócił.
*
Na dniach Akira rzucił, że zbierze od pozostałej mu garstki znajomych ze szkoły garść plotek, a kto wie, może wśród nich znajdzie się kilka faktów.
Tak uczynił następnego późnego popołudnia, kiedy to najstarszy rocznik gimnazjum był już po lekcjach. Dowiedział się tyle, że obecnie panuje spokój, a zwłaszcza po zakończeniu przez Czapkowskiego przygody z nauczaniem i w ogóle ziemskim żywotem. Ponadto szkoła zdawała się zapomnieć o Akirze. O Idzie, która umarła dla nich towarzysko już pierwszego dnia szkoły, nie wspominając. O tym, co działo się z także nieobecną Lili, wiedziała Anka, poza tym nikt inny nie wyraził zainteresowania, nie wliczając ciała pedagogicznego.
A'propos ciał pedagogicznych, absolutnie najlepszą wiadomością była ta od Wikinga: Czapkowski został znaleziony martwy z wyziębienia gdzieś w ciemnym zaułku. Karma dokończyła, co zaczęła.
Akira nie mógł się nie uśmiechnąć. Świadomość odejścia Czapkowskiego pozostała na tyłach jego głowy na tyle długo, że uśmiech utrzymał się resztę dnia.
Zmarłego wuefistę zastąpiła podobno nowa nauczycielka. Uczniowie szybko docenili równie młodzieżową belferkę. Przeważała ona nad nieświętej pamięci Jaśkiem w traktowaniu każdego równo i zrozumieniu, jak różnorodni uczniowie są w swych charakterach, możliwościach w obrębie przedmiotu czy talentach. Dzięki sympatycznej pani Agnieszce lwia część uczniów zainteresowała się poszukiwaniami w kategorii sportu i zdrowego stylu życia, co zaowocowało okrzyknięciem wf-u tym fajnym przedmiotem.
Akira z Idą mimo wszystko znali inny powód. Nawet ludzie o IQ większości szkolnej populacji musieli już połączyć kropki.
– Nie mieszajmy ich już w to – podsumował chłopak po omówieniu z Idą wiadomości. – W obecnych czasach boję się o każdego. Zresztą i tak nic więcej się nie dowiemy.
Kiedy Łukasz Halicki z klasy przedmaturalnej Zespołu Szkół w Miasteczku, zwany wśród znajomych Wikingiem, wracał z upojnego koncertu folk metalowego, nadal raczył się wspólnymi wrażeniami z imprezy z ukochaną Lucynką. Czarne loki lubej nabierały jeszcze więcej nieodpartego uroku niż zazwyczaj, kiedy wymachiwała głową do gitarowego napieprzania. Na koncercie Metalicznych Kredek po czekającej ich za rok maturze pragnął dyskretnie wsunąć ukochanej na palec pierścionek zaręczynowy, kiedy tę ogarnie kolejny szał wymachiwania głową. Pierścionek wykonano ze srebra i przyozdobiono obsydianem, klejnotem czarnym jak dziewięćdziesiąt dziewięć procent ich garderoby.
– Nie mieszajmy ich już w to – podsumował chłopak po omówieniu z Idą wiadomości. – W obecnych czasach boję się o każdego. Zresztą i tak nic więcej się nie dowiemy.
*
Kiedy Łukasz Halicki z klasy przedmaturalnej Zespołu Szkół w Miasteczku, zwany wśród znajomych Wikingiem, wracał z upojnego koncertu folk metalowego, nadal raczył się wspólnymi wrażeniami z imprezy z ukochaną Lucynką. Czarne loki lubej nabierały jeszcze więcej nieodpartego uroku niż zazwyczaj, kiedy wymachiwała głową do gitarowego napieprzania. Na koncercie Metalicznych Kredek po czekającej ich za rok maturze pragnął dyskretnie wsunąć ukochanej na palec pierścionek zaręczynowy, kiedy tę ogarnie kolejny szał wymachiwania głową. Pierścionek wykonano ze srebra i przyozdobiono obsydianem, klejnotem czarnym jak dziewięćdziesiąt dziewięć procent ich garderoby.
Wiking w Walentynki świętował osiemnastkę, nikt nie mógł mu już odbierać prawa do dorosłych decyzji, ewentualnie robienia głupot.
Dobrze, że trening jego bractwa rycerskiego miał mieć miejsce dopiero pojutrze, po wstaniu nadciągającym rankiem pierwszą potrzebę stanowić będzie regeneracja po dzisiejszym przyprószonym procentami szaleństwie.
Łukasz Halicki przeciął park, spragniony poprzez drogę na skróty szybszego powrotu do domu. W trakcie równie mocno zapragnął nikotyny, więc przycupnął na ławce w pobliżu rzeźby obrazującej akt kobiecy. W przypływie poimprezowej głupawki pomyślał,że rzeźbie chyba jest zimno i być może warto pożyczyć jej sweter. Zaciągnął się szlugiem, nikotyna pięknie współgrała z promilami we krwi. Życie z dziewczyną taką jak Lucyna Miłosz było piękne, najpiękniejsze.
Przeciwieństwo wszelkiego szeroko pojętego piękna zrujnowało momentalnie chwilę, a brodę Wikinga zrosiła krew. Chłopak poczuł piekący ból na policzku. Zrobił tak, jak na licealistę trenującego późno po lekcjach sztukę rycerską przystało: oddał ze wszystkich sił, przyozdabiającym jego palce sygnetom nadając rolę kastetu.
Pierwszy z napastników już miał rozkwaszony nos, krew wylądowała na nogawkach dżinsów Łukasza Halickiego, tworząc wzór rodem z hippisowskiej techniki barwienia ubrań tie dye. Wiking szybko został otoczony przez kolejnych pięciu.
– Masz wielki bebech – warknął jeden z nich i oblizał się perwersyjnie.
– Wiem. Chcesz się poczęstować rozjebaną tarczycą? – odgryzł się Wiking i bez wahania wyciągnął z kieszeni nieodłączny kozik.
Chłopaki – co luźno wywnioskował Wiking na podstawie zbliżonego wzrostu napastników – najwyraźniej nie zamierzali go grzecznie zostawić w spokoju. Dlatego Wiking zadał cios jako pierwszy, ostrzegawczo zadając cięcie będące na rozgrzewkę uszkodzeniem bluzy wyrostka naprzeciw.
– Suńcie się – warknął.
Tamci z miejsca rzeczywiście się ruszyli, lecz niezgodnie z Wikingowymi oczekiwaniami – cała horda powaliła chłopaka na ziemię. Jeden z nich pozostał na swoim miejscu, śledząc całą sytuację ze stoickim spokojem i nadal krwawiącym nosem. Kiedy Wikinga unieruchomiono, w dłoni rozkwaszonego zalśniła igła.
– Zobaczysz, będzie fajnie – rzekł. – Wyluzuj.
Wkłuł się w szyję chłopaka, pochylony.
– Spieprzaj! – Wiking odbił jego atak z głowy. Niejedną osobę załatwił tak w pogo, były śmiechy. Ale teraz zdecydowanie zabawnie nie było.
Pierwszy z napastników już miał rozkwaszony nos, krew wylądowała na nogawkach dżinsów Łukasza Halickiego, tworząc wzór rodem z hippisowskiej techniki barwienia ubrań tie dye. Wiking szybko został otoczony przez kolejnych pięciu.
– Masz wielki bebech – warknął jeden z nich i oblizał się perwersyjnie.
– Wiem. Chcesz się poczęstować rozjebaną tarczycą? – odgryzł się Wiking i bez wahania wyciągnął z kieszeni nieodłączny kozik.
Chłopaki – co luźno wywnioskował Wiking na podstawie zbliżonego wzrostu napastników – najwyraźniej nie zamierzali go grzecznie zostawić w spokoju. Dlatego Wiking zadał cios jako pierwszy, ostrzegawczo zadając cięcie będące na rozgrzewkę uszkodzeniem bluzy wyrostka naprzeciw.
– Suńcie się – warknął.
Tamci z miejsca rzeczywiście się ruszyli, lecz niezgodnie z Wikingowymi oczekiwaniami – cała horda powaliła chłopaka na ziemię. Jeden z nich pozostał na swoim miejscu, śledząc całą sytuację ze stoickim spokojem i nadal krwawiącym nosem. Kiedy Wikinga unieruchomiono, w dłoni rozkwaszonego zalśniła igła.
– Zobaczysz, będzie fajnie – rzekł. – Wyluzuj.
Wkłuł się w szyję chłopaka, pochylony.
– Spieprzaj! – Wiking odbił jego atak z głowy. Niejedną osobę załatwił tak w pogo, były śmiechy. Ale teraz zdecydowanie zabawnie nie było.
Jego krzyk został wysłuchany, kiedy w oddali zawyły policyjne syreny.
– Tu jestem! – krzyczał Wiking, szarpiąc się w desperackiej próbie odwleczenia wstrzyknięcia mu cholerawieczego.
Już samo wbicie igły, która mogła wcześniej gościć w żyłach mnóstwa ludzi, nie roztaczało nad nim optymistycznego scenariusza. Szef bandy dopiął jednak swego i zawartość strzykawki popłynęła po wnętrzu Łukasza Halickiego, pełnego nadziei na przyszłość młodego mężczyzny. Chłopak poddał się zasnuwającej jego oczy mgle.
Za to grupa dziarskich mącicieli poległa już przy pierwszej próbie podniesienia chłopaka, którego bonusowe kilogramy stanowiły głównie mięśnie.
– Tnijcie najsmaczniejsze – zarządził ten z rozkwaszonym nosem. – To, co najlepsze.
Umknęli z wielkim, czarnym workiem z tak oto uzyskanym prowiantem, tuż przed pojawieniem się policji.
A zagubione przy odejmowaniu nieszczęsnemu Wikingowi bebecha wnętrzności wylądowały na pomniku kobiety w akcie, sprawiając wrażenie szalika, chroniącego przed chłodem niczym sweter, o którym pomyślał Wiking prawie tuż przed śmiercią.
– Tu jestem! – krzyczał Wiking, szarpiąc się w desperackiej próbie odwleczenia wstrzyknięcia mu cholerawieczego.
Już samo wbicie igły, która mogła wcześniej gościć w żyłach mnóstwa ludzi, nie roztaczało nad nim optymistycznego scenariusza. Szef bandy dopiął jednak swego i zawartość strzykawki popłynęła po wnętrzu Łukasza Halickiego, pełnego nadziei na przyszłość młodego mężczyzny. Chłopak poddał się zasnuwającej jego oczy mgle.
Za to grupa dziarskich mącicieli poległa już przy pierwszej próbie podniesienia chłopaka, którego bonusowe kilogramy stanowiły głównie mięśnie.
– Tnijcie najsmaczniejsze – zarządził ten z rozkwaszonym nosem. – To, co najlepsze.
Umknęli z wielkim, czarnym workiem z tak oto uzyskanym prowiantem, tuż przed pojawieniem się policji.
A zagubione przy odejmowaniu nieszczęsnemu Wikingowi bebecha wnętrzności wylądowały na pomniku kobiety w akcie, sprawiając wrażenie szalika, chroniącego przed chłodem niczym sweter, o którym pomyślał Wiking prawie tuż przed śmiercią.

Komentarze
Prześlij komentarz