Wilczy Bilet - rozdział czternasty

    Content Warning: przemoc, używki

14

    
    Partia scrabble piękniejsza niż miłość z filmu rozciągnęła się Akirze i Idzie na trzy kolejne wieczory.     Ile czasu już byli uciekinierami? Nie mieli pojęcia. Dwójka chichotała jak na rauszu, mimo popijania piwa bezalkoholowego, a litery układały się w głupawkogenne słowa. Za oknem w drewnianej ramie prószył śnieg, przywodząc na myśl powidok Świąt. Obydwoje owinęli się z racji mrozu swetrami razy pięć, a cieszyli się jak głupki.
    – Omnipotentny – parsknęła śmiechem Ida na widok swego opus magnum na planszy.
    Akira, dławiąc rechot, ukrył twarz w dłoniach.
    – Cóż, omn-impotent to na pewno nie ja – pokusił się o autoironię.
    Całości rozczulającej sceny rodem ze świątecznego kina familijnego dopełniało to, co zostało z tegorocznej choinki w kącie.

    Ida była dumna, że kumpel stopniowo nabierał dystansu do szajsu, w który wpadł.
    W międzyczasie Konrad pojawiał się i znikał, a młodzi uciekinierzy delektowali się dziełem życia Akiry – pomidorową z makaronem świderkami i kultowym koperkiem z pojemnika po lodach.
    Trzeciego wieczora Akira nagle spoważniał w czasie przerwy między rundkami. Ida wzięła go na spytki – od czasu rozmowy po nagłym zakończeniu przygody z edukacją chłopak skłonny był do zwierzeń większych niż ćwierćprawdy.
    Let’s go – westchnął i wybrał numer Lili.
    Czwarty raz tego dnia, ciekawe, po ilu sygnałach się rozłączy. To tak a'propos nie bycia impotentem. Ida powstrzymała powstający kwaśny grymas. Ponura rzeczywistość przypomniała jej o toksycznym związku kumpla – mimo wszystko nadal związku. I o harcującym w trzewiach Lili Akirzątku.

    Obydwoje oczekiwali w napięciu. Akira – licząc, że odbierze. Ida – że tego nie zrobi. I nie przeliczyła się. Z Akiry zeszła cała pozytywna energia, którą tchnęła w niego rozgrywka. Ida uznała, że słowa współczucia nie dadzą wiele, zwłaszcza, że nie byłyby do końca szczere. Dlatego przytuliła przyjaciela, bo po prostu, cholera, był dla niej ważny.

    Skradła odrobinę jego ciepła oraz woni fajek i odsunęła się powoli. Na widok uśmiechu kumpla niemal się rozpłynęła. Wyglądał na zmęczonego życiem jak nigdy, ale w takim samym stopniu dostrzegała jego wdzięczność za wsparcie.
    – Ty też się uśmiechaj, fajnie ci tak – usłyszała nagle.
    Odruchowo zakryła rumieńce włosami, ale dla eksperymentu pozostawiła przedmiot komplementu. Wtedy to chłopak zawstydzony odwrócił wzrok. Zaległą ciszę przerwał wyrosły nagle spod ziemi Konrad.
    – Wpieprzajcie pizzę, dzieci – wygłosił i rzucił Idzie pudełko.

    Cała trójka w ramach drugiej kolacji podzieliła się capriciosą. Rozmowa się nie kleiła, jakby stanowiąc przedłużenie niezręcznej sytuacji sprzed przybycia Konrada. Akira potoczył sennie spojrzeniem ponad stołem. Zatrzymał wzrok na przyglądającym mu się Konradzie.
    – Macie kontakt z Lilą? – zapytał ten, wiedząc, że Ida i tak nie odpowie. – Aki?
    Ida nie mogła znieść, że kumpel znowu się smuci. Człowieku, nie warto! Miała chęć nim potrząsnąć.
    – Nie odbiera telefonów – odparł chłopak martwo. – Dzwonię kilka razy dziennie.
    Konrad zamyślił się. Idzie znany był ten teatralny gest w wykonaniu przybranego ojca. Już współczuła Akirze.
    – W takim przypadku jest tylko jedno rozwiązanie – powiedział jej tatko i urwał.
    Ida kochała tani suspens w wykonaniu Konrada. Akira patrzył na niego wyczekująco.
    – Na początek sto pompek - zapadł werdykt.
    Z Akiry wydarł się jęk. Konrad doskonale wiedział, że nauczył się robić pompki. Jako fan anime obowiązkowo podglądał prawdziwe dziecko Kraju Kwitnącej Wiśni.

    – I jak? - rzuciła Ida, gdy Konrad, zostawiwszy Akirę sam na sam z torturami w głównej izbie, przeniósł się do pokoju przyjaciół.
    – Znowu się nabrał, że go cisnę. – Konrad zaśmiał się w kułak.
    To nie był pierwszy raz, a przed sprowadzeniem się tu ich dwójki Konrad zdradził jej swój słodki plan: sprawić, by Akira zadbał o sylwetkę i przede wszystkim zdrowie.
    – Z posypanym zdrowiem pieluchy nie zmieni – zwieńczył to mądrością wiecznego singla.
    Obydwoje rozsadzał śmiech, który usiłowali utrzymać na poziomie zduszonego chichotu. Mimo że stosunek Idy do Akiry zaczynał i kończył się na chęci sklejenia się z nim na zawsze, ten sposób przekomarzania się z nim wyjątkowo przypadł jej do gustu.

    Poza tym, Konrad nie czepiał się niczego. Wszak sam nie potrafił gotować, zatem jeśli Akira zaliczył kryzys, na domowym stole królowała pizza. Tym razem skończyła się pomidorowa, o czym Konrada uprzedziła Ida. Ten zaś wyczuwał nadciągającą awarię z powodu skrzaciej dziewczyny kolegi Idy, więc nie wspominał o fakcie jego niezłych umiejętności kulinarnych.
    U przybranego taty Idy życie dwójki zyskało na spokoju. Niemniej Ida i Akira chatkę opuszczali zawsze we dwójkę, w pamięci mając nadal grasującego porywacza.

22 STYCZNIA, WTOREK, PEŁNIA, WILCZY KSIĘŻYC


    W końcu jęki i sapanie przestały dobiegać z, nazwijmy to, salonu, a ich źródło, ociekając potem, pojawiło się w pokoju. Konrad uśmiechnął się pod nosem.
    – Wsiadaj do samochodu – rzekł. – Podrzucę cię na przystanek, dalej już wiesz, co robić.
    Chłopak w sekundę zrobił się tak blady, że od ściany odróżniały go włosy, ubrania i ciemne punkty na twarzy. Zrobił kilka kroków i opadł na łóżko, po czym ukrył twarz w dłoniach i pokręcił głową.
    Ida i Konrad chwilę obserwowali jego tępą rozpacz.
    – Kolejne sto pompek? – mruknęła Ida.
    – Otóż nie.
    Konrad udał się w stronę zamykanej na klucz szafki. Kliknął kluczyk i Akira zgłupiał jeszcze bardziej na widok butelki gorzały. Ida po prostu potakiwała. I czekała na rozwój sytuacji.
    – Za dużo tego wyszło... – jęczał chłopak.
    – …i mając tutaj schronienie, odrzucałeś myśli o problemach.
    Po powtórce poważnej rozmowy z Konradem Akira zaakceptował (chyba), że musi rozmówić się z Lilką. Przez wzgląd przede wszystkim na dziecko, ale także celem wyjawienia zamiarów Idy w kwestii ucieczki.
    – Nie obraziłabym się – wtrąciła Ida niewinnie.
    Każdy w tym pomieszczeniu wiedział, kto w tej całej sytuacji jest skłonny się obrazić. I nikt nie wyraził tego werbalnie.
    – Oto twoja broń. – Konrad wręczył chłopakowi butelkę. – Korzystaj z niej mądrze.
    Akira przyjął podarunek i schował do plecaka, mimo sporej konsternacji. To chyba była jedna z tych mądrości mistrza sztuk walki rodem z filmów karate. Potem wraz z Konradem zaczęli się zbierać.
    – Jadę z tobą, Aki – obwieściła dziarsko Ida. – Służę pięścią i glanami, jeśli ktoś będzie potrzebował wpierdolu.
    – Mowy nie ma - zgasił ją Konrad. – Sam musi stawić temu czoła. Zresztą, okolica jest pełna plakatów z tobą. Akiego nikt nie szuka.
    Trochę smutne, choć nie w tym przypadku. Ida przewróciła oczami, ale została. Wychodząc, Akira pomachał jej niemrawo na pożegnanie.
    – Powodzenia – mruknęła.
    Potem mdłości przypomniały jej o nadchodzącej pełni, więc po zażyciu antyrzygu zanurkowała pod kołdrę i dla odmiany przeskoczyła z krainy myśli o Akirze do świata snów o Akirze.

*

    – Nie wpuszczę cię – wycedziła Lili przez uchylone drzwi, zanim Akira zdążył się przywitać. – Odejdź.
    Mimo piątej nad ranem nie brzmiała, jakby zakłócono jej sen. Akira znał jej zwyczaj tworzenia po nocach. A jej fizjonomia zdradzała ogromny deficyt snu.
    Chłopak został samiuteńki, odkąd odjechał autobusem w stronę osiedla, zostawiając za sobą kibicującego mu Konrada. Motyw przewodni planu znał: załatwić to samodzielnie. Jak instant dorosły, który nie wyrabia z nerwów, więc przebywa kilometry, by zmierzyć się z trudnościami. Chłopak nabrał powietrza.
    – Lili, nie bądźmy dziećmi – wyrzucił z siebie drżącym głosem. – To właśnie dzieckiem będziemy musieli się zająć za jakiś czas. Porozmawiajmy jak przyszli rodzice.
    – Nie uważasz, że rodzice mieszkają z definicji razem? – zakpiła Lili. – Planują WSPÓLNĄ przyszłość?
    – Jeśli mają nad sobą jeszcze własnych rodziców, sytuacja się komplikuje. Wyobrażasz sobie, żebym tu zamieszkał? Że twoi rodzice nie odezwą się do moich?
    Lili ucichła, wciąż stojąc w drzwiach i patrząc na swojego chłopaka bykiem. Jej porcelanowa buzia kilkakrotnie zmieniła wyraz, każdy z grymasów był gorszy od poprzedniego.
    – Nie wpuszczę cię.
    Akira zdusił w sobie gryzącą go prawdę – o fochach Lili, które uczyniły jego ostatni czas jeszcze cięższym. I, bardziej zmęczony niż zły, wypalił:
    – Jeśli nie chcesz mnie znać, to spoko. Zgadamy się co do alimentów, niedługo będę szukał pracy.
    Już po ułamku sekundy nie wierzył w to, co powiedział. A jednak lekkość, którą nadały mu te słowa, która nadeszła po chwili, niemal oderwała go od podłogi. Być może rzeczywiście wilczy bilet bywał jedynym rozwiązaniem w pewnych kwestiach.
    Tymczasem kolejny wyraz twarzy Lili z powodzeniem można by określić komiksową onomatopeją „zonk”. Jednocześnie w jej oczach błysnęło coś, czego Akira dotąd nie widział – szybkie mignięcie prawdziwego, panicznego strachu. Chłopak poczuł ciarki na plecach.
    – Przepraszam – powiedziała Lili szybko, acz potulnie. – Kocham cię. A ty gapisz się na cycki Kozłowskiej z liceum, ty szwendasz się z babochłopem, kiedy ja noszę w brzuchu twoje dziecko. I co ja mam sobie myśleć?
    Akira zaczerwienił się głupio.
    – I jeszcze palisz cegłę! – padł kolejny zarzut, acz brzmiący bardziej jak przekomarzanka. – Czyli to, co mówię, to prawda!
    Akira opanował czerwień na twarzy i popatrzył na swoją dziewczynę z pełnym zmęczenia uśmiechem.
    – Po prostu mam dosyć. Uwierz – powiedział zmaltretowany wewnętrznie, mimo, że gdzieś w odległej głębi jego umysłu narodziło się więcej odpowiedzi na poruszoną przez Lili kwestie Idy. Na przykład, że mogłaby powstrzymać się z obraźliwymi komentarzami w jej stronę. 
    W oczach Lili koloru grafitu ołówka z końca gamy H zalśniły łzy.
    – Mnie masz dosyć? – chlipnęła.
    Tak, Akira miał dosyć. Trudnych sytuacji i nieprzewidywalności reakcji części otoczenia. Tkwienia w bagnie mimo starań ku lepszemu. Od do niedawna Czapkowskiego i wielkiej niewiadomej, ile kółek wokół sali mu dorzuci. Poprzez ojca, co się rozumie samo przez się. Na cholernym wylaniu ze szkoły i ryzyku niespodziewanego zgonu co miesiąc kończąc. Nie mógł też zapomnieć o szkolnych znajomościach, które nie wiedzieć czemu w ostatnim czasie zaczęły masowo przygasać. Ale czy miał dosyć Lili? Nie chciał odpowiadać sobie na to pytanie. Bo tak, na pewno wyczerpanie życiem w wieku rocznikowych szesnastu lat nie było jej winą. Na sto procent.
    – Nie wiem – odpowiedział i zrobił unik przed frunącym kapciem. – Lili!
    Tę zamurowało.
    – Ja… – zaczęła i rozpłakała się. Pociągnęła nosem, jej dłoń znalazła się na podbrzuszu – ja chcę, żebyś wyszedł.
    Tak jakby kiedykolwiek wszedł.
    Patrzył w zamykające się drzwi, sam czując chęć ciśnięcia czymś. Z tą różnicą, że nie w kogoś. "Muchy by nie skrzywdził", mawiała Kyouko Mama.

    Tego było za dużo. Dlatego zmiął w sobie okropieństwa sprzed chwili i rozkoszował się chwilową ulgą. Przyda mu się tych parę minut, bo zaraz czekała go przejażdżka autobusem do kolejnego punktu na mapie jego dzisiejszego dnia. Upewnił się co do obecności drugiego biletu w kieszeni i czekał na przyjazd.

*

    W drodze do jego, siłą rzeczy, oficjalnego domu na szybko układał sobie w głowie perorę przeciw ojcowskim pięściom, miażdżony stresem, że nie spisał sobie tego wcześniej na kartce. Słowa, które zbiją go z nóg i wyduszą z niego przeprosiny za lata przemocy. Na zwiększenie zasobu słownictwa po drodze pociągnął kilka łyków wódki. Resztę butelki z okropną gorzałą wyrzucił do rowu. Przekroczenie furtki i skierowanie kroków ku dawnemu domowi poprzez to, co zostało z ogrodu, wyzuło z niego resztę emocji i nadziei, pozostawiając wewnętrzną pustkę.

*

    – Cześć, tat... – mruknął, a jego spojrzenie przeleciało nad głową ojca jak kapeć Lili godzinę temu.
    Ojciec nienawidził, gdy nie patrzył mu w oczy. Od pierwszego lania powtarzał mu, że to niemęskie. Zapewne dlatego już po pierwszym policzku poczuł smak krwi w ustach. Przez następną chwilę nieprzytomnie słuchał monologu starego Janika o ucieczce szczyla z domu w wersji forte.
    Chłopak opuścił wzrok, aż na wysokość podłogi, gotowy na wyładowanie na nim ojcowskiej furii. Z tą różnicą, że tym razem Akirze zabrakło sił na kolejne zostanie zrównanym z ziemią. Co przywołało siłę pamięci, wedle której Akira, nim pięść starego go dosięgła, zamiast przelatującego przed oczami życia ujrzał ostatnią szybką lekcję samoobrony autorstwa Konrada.
    Jednak dobra pamięć wspierała nie tylko umysł. Z tą refleksją chłopak ze wszystkich sił złapał cuchnącą rękę pseudosprawiedliwości i dalej po prostu podążał za instrukcją, aż do ciężkiego lądowania napastnika na podłodze. Swe dzieło Akira uwieńczył glanem na jego twarzy. Gdy zaczął mówić, jego głos drżał, aż wreszcie uzyskał cokolwiek groźny ton, przynajmniej we własnym uznaniu.
    – Dałem sobie wejść na głowę – wyrzucił z siebie. – Chcę z tobą porozmawiać po męsku, jak to mawiasz. 
    Wraz z każdym zdaniem pozbywał się z organizmu narosłej przez wszystkie lata życia warstwy okropieństw, sponsorowanej przez ojca tyrana i samolubną matkę. Głos chłopaka zyskiwał na chłodnym opanowaniu.
    – Wstawaj. – Wyciągnął do Janika seniora rękę. – Zostaniesz dziadkiem, tato.
    – Co do kur... – wybełkotał ojciec.
    – Słuchaj dalej – uciął ostro Akira. – To nie wszystko. Kończę ze szkołą i szukam pracy. – Tu półprawda przyprawiła go o ból brzucha. – Ja już nie chcę takiego życia jak tamto z tobą.

    Wyglądało na to, że Władysław Janik odzyskał względną przytomność umysłu. Najpierw jednak zamienił otępienie na wyzucie z jakichkolwiek emocji, godne maski pośmiertnej. 
    Tu Akira się zawahał. O Boże. Przez chwilę znowu poczuł się tchórzliwym dzieciakiem z wadliwą prezerwatywą, a nie mężczyzną i przyszłym ojcem. I miał ku temu powody. Bo przez kilka ostatnich lat życia widział u ojca na twarzy cały kalejdoskop spaczonych emocji. No właśnie. Emocji. A teraz pierwszy raz tatko wyglądał na popierdoleńca, jakim był.
    – I co się gapisz? – zapytał retorycznie ojciec.
    Akira uśmiechnął się krzywo, rozważając odpowiedź, że przecież tatuś nie może znieść braku kontaktu wzrokowego, więc jak miałoby być inaczej. Jednak słowa pozostały w głowie, a nogi miał jak z topniejącego wosku.
    – Tyle chciałem ci powiedzieć. – Był zdumiony, że głos ani nie stanął mu w gardle, ani nawet nie drgnął. – Nie chcę żyć jak dawniej, tutaj i z twoim zachowaniem. Chcę, żebyś poszedł do specjalisty.
    To się chyba nazywało reakcja obronna organizmu. Akira poczuł się tak lekki, że niemal zdolny unieść się ku sufitowi jak balon z helem. Znowu. Może latając, zyskałby szansę odwiedzenia kosmosu i ukrycia się gdzieś na Księżycu.
    – Co powiedziałeś? – usłyszał odpowiedź. – Że nie chcesz już żyć?
    Akira przełknął ślinę. Upiorny stoicyzm niemal wylewał się z każdego otworu ciała ojczulka jak narządy wewnętrzne w rozkręcającym się filmie gore.
    Słaby śmieszek wyleciał chłopakowi z ust, pociągając za sobą cały chwilowy strach.
    – Tak – splunął. – Z tobą nie chcę.
    Wtedy na steraną wiekiem i nerwami twarz ojca wypłynął bezbarwny uśmiech.
    – Jeśli nie chcesz żyć, to sprawa jest prosta – wychrypiał, jakby, cholera, nie mógł po prostu przełknąć flegmy.

    Czas spowolnił, ukazując szkaradnie skrzywioną twarz starego. Oraz cholera wie skąd wyczarowaną siekierę. Ano tak, stała przy wejściu. Sam Akira ją przyniósł po narąbaniu drewna na opał. 
    Chłopak musiał działać, jeśli chciał przeżyć to czarujące spotkanie rodzinne.
    – Ty pierdolony dzieciorobie! – ryknął na wstępie tatko, już odzyskawszy widocznie wigor. Szarpnął pierworodnym za bluzę i rąbnął nim w stół, niemal miażdżąc go przy tym swoim brzuszyskiem. 
    Akira zaczął się rozpaczliwie szarpać i wrzeszczeć, cokolwiek! Sąsiedzi jak zawsze milczeli. Nigdy nie lubili takiego kina familijnego, kogo obchodzą krzyki i płacz o litość?
    Akira póki co chyba siłą woli kierował ostrzem. Bo żył. Z ledwie draśnięciem nad grdyką. A stary miał jego włosy jak na tacy. Wystarczyło je chwycić i odchylić głowę jak na filmach. A potem wykonać cięcie. I pa pa, miłego pływania w zupie pomidorowej własnej produkcji.
    Lęk przed ojcem oraz wola życia dla siebie, Lili i kawałka galaretki w jej brzuchu toczyły w nim zawzięte starcie. Oświadczy się jej, jak tylko obydwoje się uspokoją. Choćby miał sam zrobić pierścionek. Tak. Jak wyjdzie z tego cało, zacznie się przyuczać do zawodu kowala.
    – Jesteś dla mnie hańbą! – z ust tatusia numer jeden tryskała piana. – Dawaj ten, kurwa, łeb!

    Wreszcie trybiki machiny zwanej czasem zazgrzytały, a wielka księga imieniem karate przypomniała Akirze podstawową zasadę rzeczonej sztuki walki: spokój ducha. I techniki, których nauczył go Konrad. Co Akira od razu desperacko wykorzystał, mimo że nadal czuł się mniej niż początkujący. 
    Jak to bywało na małych, tanich koncertach metalowych w Miasteczku. Przychodziło się na nie, by poszaleć pod sceną. Nie wiedząc, kto gra. Nie myśląc, czy grają fajnie. Liczył się szaleńczy, ocierający się o wulgarność taniec. I tak było teraz. Akira nie miał pojęcia, co robi. Ktoś albo coś sprawiało, że frunie w tej walce na śmierć i życie. Ktoś albo coś go prowadziło. Wiedział to. W końcu był wierzący. No i dzięki Bogu, bo poczuł się jak w pogo. Albo i nawet w powszechnym poza Polską brutalniejszym mosh picie.
    Z całej sytuacji zapamiętał tylko, że glany jak zawsze okazały się niezawodne. Ze szczyptą krzesła z salonu stanowiły niesamowite combo. Potem ucieczka, ucieczka i jeszcze raz ucieczka. A potem po dotarciu do lasu zwrócenie całej paskudnej wódy do rowu. 
    – Chryste. Nigdy więcej tego syfu. Tylko browary.

*

    – Trzęsą ci się ręce – powitała go Ida znad zarzyganej miski.
    – Ciekawe, czemu – burknął Akira.
    Nie miał jej tego za złe. Przycupnął na łóżku obok niej i przejechał dłońmi po twarzy. Przed wejściem do pokoju związał luźno włosy.
    – Lilka czy tatko?
    – Jedno wynika z drugiego. W najgorszy możliwy sposób.
    Ida powstrzymała uśmiech rodzący się przez fakt, że brzmiało to, jakby Lili zwolniła jej Akirę. Jak się okazało, nie. A Akira jest po krwawej bójce z ojcem. Na okrągłą niczym księżyc w pełni twarz Idy padło silne księżycowe światło, podkreślając jej zblazowanie.
    – Przynajmniej wszyscy żyjecie – spostrzegła dziewczyna. – A dziś znowu ktoś kopnie w kalendarz.
    Dla podkreślenia beznadziejności sytuacji zapełniła miskę do połowy. Akira siedział ze wzrokiem wbitym w starą podłogę. Potem zmitygował się i przytrzymał Idzie włosy ze sporym ciemnym odrostem.
    – Gorzej chyba nie będzie – westchnął chłopak.
    Ida podniosła głowę. Obydwoje popatrzyli na jaśniejący za oknem księżyc w pełni.
    – Będzie – odrzekła Ida. – Jeśli nie zrobimy czegoś z porwaniami.

    Próbując z marnym skutkiem nie myśleć o dzisiejszej ofierze, obiecali sobie, że uratują kolejną. Ale kogo oni oszukiwali? Byli tylko nastoletnimi banitami, z czego jedno z nich nieletnim przyszłym ojcem, który właśnie ledwo uszedł z życiem przed siekierą własnego.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bardzo straszny sklep – część pierwsza

Metalowe Love: Popieprzony Piątek

Metalowe Love: Gorzej nie będzie. Eliksir samouwielbienia