Lubię mieć grzywkę, bo mi nie pasuje



 DAWNO, DAWNO TEMU


 Po farbę – w kolorze rudym – sięgnęłam po raz pierwszy na studiach, bardziej z chęci posiadania tego konkretnego koloru na głowie, niż potrzeby tuszowania czegokolwiek. Swój naturalny kolor lubiłam od zawsze. Przeszedł on od dziecka opisaną już wyżej drogę stopniowo ciemniejącego wraz z wiekiem złocistego blondu. Obecnie jest jak poddany desaturacji brąz. Przeszłam przez różne kolory, od czerwieni fioletu i róży, aż po powyższy rudy, jasny blond czy brąz. 


    Czy moje naturalki byłby fajniejsze, gdyby stały się nasyconym brązem z ciepłym połyskiem? Dla mnie niekoniecznie, mimo wcześniejszego  przejścia etapu farbowania na brąz. Doszłam do wniosku, że wszystko w świecie wizualnym – w tym beauty – musi opierać się na mocnym kontraście. Owszem, nasze spojrzenia w pierwszej kolejności skupiają takie właśnie zestawienia – czy jednak warto stawiać tak wysoko kwestię ilości osób, którym się spodobamy? Niejako od ich uznania uzależniać dobre samopoczucie? Nie powiem, sama czuję się fajna, dostając komplementy. Ludzie mówią o kimś dobrze, a kiedy dodatkowo jest ich dużo, ma się poczucie słuszności własnych działań. Bo skoro tyle jest pozytywnego feedbacku, coś musi być na rzeczy. Jako wrażliwiec nadto biorący wszystko do siebie długo jechałam na uzależnianiu swojego być albo nie być w wielu kwestiach. Ktoś powiedział – często dosłownie jedna osoba – że coś robię źle? W efekcie byłam przekonana, że ta osoba ma rację, mimo że od iluś innych słyszałam, że wszystko gra. Nic w takim momencie nie było w stanie naprawić mi dnia. Po zmianie kodu na trójkę z przodu odrzuciłam (i nadal odrzucam) te przekonania i mi ulżyło. Wszystko robię z poczuciem tego, iż rzeczy te są dobre, bo robię je ja, w zgodzie ze sobą i własną wizją siebie. Wracając do ciemnego blondu – moja koncepcja na mnie zakłada docenienie wszystkiego, co w danej chwili mam i czerpanie zeń jak najwięcej. Dlatego uwielbiam niedopowiedziany kontrast, jaki tworzą u mnie włosy w zestawieniu z jasną cerą.


 EDIT, kochani.


    Taki tam po paru miesiącach, który sprawił iż powyższy tekst przeleżał swoje w komputerowej szufladzie. Ponieważ wróciłam do farbowania na brąz, uznałam, że mogę całą powyższą opinię wcisnąć głęboko gdzieś.


    Dlatego skonfrontujemy dwa punkty widzenia.


    Jaki z tego wniosek? Modyfikowanie wyglądu jest jak tworzenie postaci w grze, tak, w Skyrima grałam kotełem, a Simsy to moja strefa komfortu. Tak, krótko po wykreowaniu postaci porzucam rozgrywkę. Lubię koteły. Lubię swój wygląd. Lubię lubić, a życie z jednym kolorem na głowie stało się zbyt jednostajne. Dlatego uznałam, że warto wylać różową płukankę na łeb, co skończyło się kolorem nie do zmycia. Finał stanowiło farbowanie na kolor zbliżony do naturalnego.


    No i się kurna zakochałam. Na nowo. Zupełnie jak wtedy, gdy po raz pierwszy skończyłam z brązem na głowie, po przykryciu wypłowiałej purpury na studiach, w imię pozwolenia włosom na odpoczynek od nadawania im kolorów tęczy. Ociekałam fajnością do tego stopnia, że ktoś powiedział mi, że pojęcia nie ma co zrobiłam z włosami, ale wyglądam super.


    Reasumując, zmiana niemal żadna, a ludzie szczęk po kątach szukają. Czy miałam farta? czy wstrzeliłam się w kolor dobry dla mojego typu kolorystycznego? Nie wiem, nie interesują mnie te sztywne ramy, jeśli lubię bordo i czuję się w nim dobrze, to będę ten kolor nosić. Niemniej jestem świadoma, że magia istnieje i dla każdego jest ona inna. Znajoma z liceum, która w moim serduszku zajmuje szczególne miejsce jako moja prywatna beauty guru podzieliła się ze mną mądrością: typy urody to wskazówka, najlepiej poprzymierzać kolory i ocenić, co wygląda fajnie. A jeśli ma się w szafie coś, co nie wygląda, a się to lubi – nosić z tym, co pasuje. A ja dodam od siebie: kształt brwi odpowiedni do twarzy? Dopasowana fryzura? Po co, skoro można mieć wszystko zrobione na czuja i wedle dobrego samopoczucia? Ponoć promieniejąc dużą pewnością siebie, rzeczywiście stajemy się fajni w oczach innych. Dlaczego więc nie jest podobnie z odbiegającymi od tak zwanych kanonów fryzurami czy dodatkami do ubioru które zwyczajnie lubimy mieć na sobie?


    EDIT 2


    Kilka dni temu byłam u fryzjera i skróciłam grzywkę, tak jak lubię, tak jak chciałam i tak, jak stanowczo odradzano mi na forach urodowych. I dawno nie czułam się tak super. Mam wrażenie, że to, co nam pasuje to wypadkowa faktycznego wyglądu, pewności siebie oraz tych możliwości customizacji aparycji, które wybieramy. Mój styl w dużym skrócie to mroczna dziewczęcość. Nie wyobrażam sobie inaczej, taka jestem ja moich marzeń. Trochę taki cosplay samej siebie z odmętów wyobraźni. Zapewniam, jedno z najwspanialszych uczuć.


    

A u Wy jak czujecie się ze swoim wyglądem? Eksperymentujecie? Lubicie wyróżniać się z tłumu? Podzielcie się przemyśleniami w komentarzu!


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bardzo straszny sklep – część pierwsza

Metalowe Love: Popieprzony Piątek

Metalowe Love: Gorzej nie będzie. Eliksir samouwielbienia