Folk metalowe trolololo w Warszawie i prywata, czyli mocno subiektywna relacja z koncertu Fintrolla (Proxima, 17.11.2022)


    Pogadajmy o mroźnym listopadowym wieczorze, preludium zimy. I epickiej, drugiej w życiu wyprawie do klubu Proxima. Stanowiła dokładne odbicie tej pierwszej sprzed sześciu lat, kiedy to również musiałam spytać o drogę po dłuższym błądzeniu. Różnica taka, że dziś byłam dumna ze swojego makijażu. I na gigantycznym hype’ie.




    Dzień siedemnasty listopada był wyjątkowo magicznym czwartkiem, obfitującym w zapierdziel, dokładniej ten jego rodzaj, który podkręca poczucie sensu życia, a w nadmiarze wrażenie umierania w środeczku. W kilku słowach: praca–uczelnia–powrót w okolice pracy, a stamtąd wzium do warszawskiej Proximy. Rozkład jazdy można było streścić jako wężyk po Warszawie. Jak się później okazało, popsuty i połamany.

    Zajęcia komiksowe poszły gładko, zarówno moi mali uczniowie jak i ja dajemy okejkę. Spotkanie z promotorem pracy magisterskiej podobnie. Gorzej z powrotem na Ochotę, gdzie wylądowałam o kilka przystanków za daleko, doświadczywszy nie pierwszy raz wątpliwej magii aplikacji pomagających w ustaleniu trasy. Tym oto sposobem rozpoczęłam wędrówkę przez sporą część ulicy Żwirki i Wigury. Wyprowadzona na manowce przez jedną apkę, dałam szansę – nie bez desperacji – innej. Po tymże drugim podejściu stanęłam na środku chodnika z poczuciem kręcenia się w kółko, chęcią wycia do księżyca i spóźniona na koncert do tego stopnia, że grającego jako pierwszy Brymira miałam już z głowy. Bliska kapitulacji, patrzyłam na wpół żywo na przewijających się obok pojedynczych ludzi. Uderzenie świadomości, iż na powrót do Polski głównej atrakcji dzisiejszego folk metalowego wieczora – Finntrolla – czekałam dziewięć lat. A zatem padło na panią na rowerze, która chętnie pomogła mi znaleźć drogę. Pozdrawiam cieplutko miłą Panią! Okazało się, iż… stałam niedaleko od swojego celu. Niemniej, klub Proxima już na zawsze pozostanie w mym serduszku jako jeden z najlepiej skitranych klubów w Warszawie. No ale cóż, nigdy nie byłam mistrzynią orientacji w terenie.

    Do środka weszłam jak zombie i z dużą dozą nieśmiałości, w swym ambiwertyzmie objawiając introwertyczne przytłoczenie ogromem tłumu. Zachowując stan umysłu umarlaka, po wymianie zdań z osobą na szatni zorientowałam się, że warto nosić ze sobą gotówkę, bo za przechowanie płaszcza i plecaka nie zapłacę kartą. Po raz kolejny zwróciłam się o pomoc do przypadkowych ludzi i po raz kolejny spotkałam się z ich dobrymi sercami, bo na prośbę o zapłacenie za szatnię i zapewnienie szybkiego zwrotu kwoty blikiem usłyszałam “na koszt firmy”. Pozdrawiam cieplutko przemiłych Państwa, którzy bezinteresownie pomogli!

    Trwał już występ Skálmöldu. Przez kilka utworów utworów rozgrzałam się tanecznie, resztę przesiedziałam przy stoliku, dbając o nawodnienie. Po wszystkich wieczornych rewelacjach miałam poczucie że takie fatum i wszystko co wydarzyło się wtedy po zachodzie słońca ma być kijowe i kropka. I wiecie co? Dobrze było nabrać sił. W przerwie między Skálmöldem i Finntrollem podeszłam bliziutko sceny, niemal tuż pod. A ON już tam był. 

    Mikrofon z baranią czachą, omg. Popodziwiałam i nacieszyłam się, jak bardzo pasuje to do mojego pseudonimu wyrosłego z nazwiska i sympatii do własnego znaku zodiaku. Niestety karwasza zabrakło, ale kto by się przejmował? Odsunęłam się o parę metrów od barankowego mikrofonu i przycupnęłam w odległości bezpiecznej dla moich uszu. Bycie fangirlem to jedno, ryzyko kaplicy dla słuchu co innego.



    Panowie w przesłodkich trollowych uszkach ukazali się na scenie i zaczęło się od Att döda med en ste z najnowszego albumu, a ja już wiedziałam, że mój wcześniejszy hype tego dnia nie był bezzasadny. Wydałam z siebie swój pierwszy fangirlowski pisk od czasu Rammsteina w 2013 i zaczęłam szaleć. Tanecznie, oczywiście. Nie wyobrażam sobie zabawy na koncercie metalowym inaczej, stąd głównie pojawiam się imprezach folk metalowych. Każdy. Kolejny. Kawałek. Oznaczał coraz większy obłęd, oczywiście nie zapominając o regularnym zerkaniu, czy pogo nie zbliża się do mnie za bardzo. Nie bez myśli, czy nie dołączyć. Te jednak umarły po iluś obserwacjach, że w pogo uczestniczą sami panowie. Gdyby pojawiła się tam choć jedna pani, z chęcią ruszyłabym obijać się o innych pogowiczów, spokojna o ich delikatność (na ile to możliwe w pogo).

    Pisząc to wszystko ponad dwa tygodnie od koncertu, pamiętam wszystko i nic. Wszystko: każdy mój pisk, darcie ryja wraz z kochanymi fińskimi, wysławiającymi się w utworach po szwedzku trolliskami, skakanie aż po sufit, młócenie pięściami powietrza. Pot i łzy szczęścia, no nareszcie mogłam zobaczyć ich na żywo i wyszaleć się po pandemicznych obsuwach. Under Bergets Rot, przy którym doświadczyłam paroksyzmu darcia mordy w apoteozie twórczości mojego zespołu numer jeden (patrz ponad sto zapisanych utworów na Spotify). Trollhammeren, co się rozumie przez samo się, klasyk klasyków. Poczucie uczestniczenia w epickiej bitwie tancerzy, gdy nadeszła pora Solsagan. Krindżujący na widok moich wygibasów ludzie, których nie widziałam, bo tego wieczora nie istniał nikt prócz trolli, no i spotkanych w klubie znajomków, pozdro Gośka i Wiki!

    Było mniej tłoczno niż na występie Korpiklaani w 2016, kiedy tym, co najbardziej zapadło mi w pamięć prócz fajnego koncertu, był ścisk i duchota, które w połowie imprezy zaniosły mnie na koniec tłumu, gdzie już do końca jedynie słuchałam na stojąco gry zespołu. Dlaczego tak – nie mam pojęcia, nie pamiętam, czy w lokalu zaszły jakieś zmiany. Być może ktoś jest w stanie powiedzieć więcej w tym temacie, w czego celu zapraszam oczywiście do sekcji komentarzy.

    Po występach zaczaiłam się na zespół, dostawszy cynk od koleżanki, gdzie może się pojawić. Mój cel stanowiła prośba o wspólną fotkę. Niestety mój evil plan zakończyło stanie się jedną z osób, które ochrona stopniowo i pojedynczo wypraszała z klubu. Zawstydziłam się i pokornie podreptałam do szatni po swoje rzeczy. Przy wyjściu dostałam ulotkę reklamującą gdański Mystic Festival 2023. Chyba zaszaleję i się wybiorę.

    Było tak fajnie, że na swój sposób urwał mi się film, woda niegazowana i mocne wrażenia z nieplanowanej wycieczki po warszawskiej Ochocie najlepszy towar, polecam mocno. Wisienką na torcie była odpowiedź Finntrolla na moją relację na instagramie, w której skierowałam do zespołu słowa, iż koncert był czystą zajebistością wraz z podziękowaniami za super wieczór. Trolle również mnie oznaczyły na swojej, odpisując mi że nie, to one dziękują! Przysięgam, w tamtej chwili prawie się roztopiłam. Było na co czekać przez niemal dekadę!

    Byliście na tym samym koncercie? A może jeszcze pamiętacie ten z 2013 roku, na którym mnie było? Co jedliście na śniadanie? Chcecie mnie pozdrowić? Zapraszam do podzielenia się tym, co Wam w duszy gra w komentarzach! Będę wdzięczna za każdy feedback, a blog będzie się rozwijał <3 Pozdro!       

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Bardzo straszny sklep – część pierwsza

Metalowe Love: Popieprzony Piątek

Metalowe Love: Gorzej nie będzie. Eliksir samouwielbienia