Sylwia i Dominika mają wspólny brak mózgu

Maja Baranowska-Karwacka


Content Warning: przemoc fizyczna i psychiczna

Sylwia i Dominika mają wspólny brak mózgu






    
    Malwa wiele zawdzięczała Rafałowi Paschalskiemu ze swojej klasy. Pierwszym było przekierowanie myśli z dotychczasowego złowrogiego strumienia świadomości na pozytywne aspekty codzienności.
    – Myślisz, że to czarna magia? – zapytał podczas przerwy obiadowej, gdy zajęli stolik w piątkę z Maksem, Kamilem i Ewą.
    Panujący wokół gwar i szczęk sztućców nie ułatwiał rozmów konspiracyjnym szeptem na wrażliwe tematy. Malwa pokręciła głową, dając sobie czas na delektowanie się schaboszczakiem. Przełknęła i odpowiedziała:
    – Nigdy nie interesowały mnie takie rzeczy.
    Na śniadej twarzy kolegi z klasy wyrósł wielki uśmiech. Wyglądał, jak zachęcony do podjęcia wyzwania i przekonany o własnej wygranej.
    – Nie gadaj – droczył się. – Wyglądasz jak młoda wiedźma w trakcie treningu. W domku dla lalek.
    To było całkiem miłe, biorąc pod uwagę jej predylekcje do przeważającej w szafie czerni. Malwa uśmiechnęła się, ale pokręciła głową.
    – Może i wyglądam – odparła nie bez stanowczości, którą zadziwiła samą siebie. – Wiedźmy są fajne, ale to nie moja wiara.
    Rafał poprawił okulary, na których zalśniło odbicie sztucznego stołówkego światła. Był październik, dni uciekały szybko, zastępowane burym zmrokiem.
    – A może to właśnie dlatego? – wyraził przypuszczenie. – Wierzysz w coś innego, chodzisz na religię. Tam często słyszysz o otwieraniu się na złe siły, kiedy podoba ci się krzyż ankh czy piosenka metalowa o czczeniu rogatego. Może właśnie wpadłaś w odwrotną sytuację?
    Malwa długo rozkładała tę rozmowę na czynniki pierwsze, a powstałe czynniki na podczynniki, i tak dalej, aż tonęła w opiłkach rozmyślań. Oderwawszy się na moment od nawarstwiającej się sałaty słownej doszła do następujących wniosków: wyznawany przez nią Bóg katolicki najpewniej pomylił się, posyłając ją na ten świat. Teraz pragnął, by odpokutowała fakt swego istnienia. Nie pierwszy i nie ostatni raz, gdy Pan Bóg wybierał kogoś i obdarzał nieskończonym cierpieniem. Dlaczego? Malwa zadając sobie to pytanie bez odpowiedzi, czuła się jeszcze bardziej zagrożona.
    – Rany, Malina! – Z przybierającego coraz gorszy kierunek zamyślenia heroicznie wyrwała ją Ewa. –     Już po dzwonku, a ty ledwo zjadłaś. Wszystko gra?
    Na początku Malwa zamrugała, czując się, jakby miała oczy szeroko otwarte przez wieki. W pierwszej kolejności ujrzała śnieg rodem ze starego odbiornika. Następna była konstatacja, że cały jej dzisiejszy obiad stanowiły dwa kawałki kotleta, który nadal tkwił na talerzu przed nią, zimny jak trup, którego technicznie rzecz biorąc był kawałkiem. Ewa wraz z Rafałem, Maksem oraz Kamilem obserwowała poczynania Malwy. A raczej ich brak.
    – Idźcie do klasy – wymamrotała. – Ja zjem. Powiedzcie, że jestem u pielęgniarki.
    Wiedziała, że to nie przejdzie. Czuła się, jakby beznadzieja rzeczywiście była jej przeznaczona. Została sama w pustej stołówce, z okienka do wydawania porcji dobiegały odgłosy krzątaniny i stukot naczyń. Malwa jadła. Powoli. Potem, kiedy jakimś cudem się zachłysnęła mimo zerowego tempa, odkryła że to odrywa od myśli o Bogu. Dlatego przyspieszyła i po chwili pozostało jej tylko oddać talerz. Podziękowała za posiłek i wyszła. Nie spieszyło jej się absolutnie nigdzie. Odczuwała na ten moment ambiwalencję, niemal frunąc pod sufit z racji olania podstawowej szkolnej zasady, jaką była obecność na lekcjach i zarazem prawie zapadając się pod ziemię od ciężaru myśli burzących jej dotychczasowy świat.
    Najgorsze, że jej jedyne realne wsparcie – Rafał – udał się ze wszystkimi na matmę. Gdyby nie jego jakże dobra rada, Malwa również uniknęłaby prawdopodobnej uwagi za wagary. A obiecał, że uruchomi myślenie. Niemniej, najwięcej leżało po jej stronie, to jest odwrotność tego, co zrobił Rafał: wyłączenie myślenia. Boże, Boże, Boże. Czemuś mnie opuścił? Że–bo, Że–bo, Ż–e–bo. Raz, dwa, trzy.

    Bóg pozostawił Malwę samej sobie. Zupełnie niczym umiejętność złapania oddechu, która również się ulotniła, zastąpiona…
    – Cześć, zerówkowiczko.
…zastąpiona złem w dwóch osobach: Mózgiem w przybrudzonym beżu i Pinkym w barwach tęczy.
Sylwia i Dominika, jak się okazało, nadal nie straciły animuszu, mimo nagany od pana Marcina za wrześniową bójkę. Wyglądało na to, że resztę września przygotowywały się na październikowy odwet na Malwie. Ta jednak miała ważniejsze sprawy na głowie niż znudzone życiem idiotki, z którymi dzieliła klasę. Wśród rzeczonych spraw priorytet stanowiła utrata przytomności i towarzyszące jej zrównanie z podłogą. Ostatnią myślą Malwy było, że podeszwa buta Sylwii wcale nie powinna sąsiadować z jej twarzą.


*

    Sylwia pozbyła się warstewki zeschłego błota z podeszwy, traktując włosy Malwy jak wycieraczkę.

    – Obożeoboże – panikowała Dominika, ale Sylwia szybko zdusiła jej bełkot dłonią.
Beżowe tipsy zalśniły przed oczyma podnóż… koleżanki Sylwii. Dominika cofnęła się o krok, niemniej posłusznie zamilkła.
    – Mam pomysł – zachichotała Sylwia, a błysk w jej oczach przyprawił Dominikę o ciarki.
    Zobaczyła, jak Sylwia nurkuje w szarej torbie na ramię. Kilk stert przedmiotów codziennego użytku później oczom Dominiki ukazały się nożyczki. Być może Dominika jako strona bierna układu pomiędzy nią a koleżanką rzadko przejmowała inicjatywę, ale ta sytuacja mogla zaważyć na jej sumieniu. A nożyczki – zwłaszcza fryzjerskie, z którymi nie rozstawała się Sylwia z obsesją na punkcie podcinania sobie rozdwojonych końcówek w każdych warunkach – w nieodpowiednich rękach stanowiły narzędzie zła. A co gorszego było od zamachu na zdrowie psychiczne Dominiki? Każdy dbał o własną dupę, zrozumiała to gdy zaczęła gimnazjum.
    – Sylwia, nie rób tego – uwolniła całe ukryte pokłady umiejętności perswazyjnych.
    Co okazało się bezużyteczne, bo Sylwia już zbliżała nożyczki do rozkloszowanej czarnej spódnicy w serduszka nieprzytomnej Malwy. – Znowu będziemy mieć przypał u Marcina.
    Sylwia posłała koleżance wzrok nienasyconego drapieżcy, na co Dominika zrobiła kolejny krok do tyłu, dławiąc w sobie sprzeciw. Tylko patrzyła, jak obcięte kawałki koronki spadają na podłogę. Dominika w panice omiatała wzrokiem każdy zakamarek korytarza na wypadek, jakby zaraz miał się przed nimi zmaterializować pan Marcin, inny nauczyciel, czy, o zgrozo ktoś z dyrekcji. Obiad podjechał Dominice do żołądka. Tymczasem Sylwia już pozbyła się koronki, zabierając za pokryty różowymi serduszkami materiał. Dominice przyszło na myśl, że być może rzygiem na spódnicę zakończyłaby te okropieństwa. Natomiast uradowana uwieńczeniem jej dzieła przez koelżankę Sylwia nadal nadawałaby sens jej czasowi wolnemu.
    – Nie tak się robi sztuczne oddychanie.
    Dominika podskoczyła z piskiem. Sylwia podniosła głowę znad oskubywanej Malwy niczym padlinożerca, któremu przerwano w jego codziennej walce o przetrwanie.

    Licząca sobie ze dwa metry wysokości dziewczyna w bordowej minisukience samym swoim wzrostem i szybkim, ciężkim krokiem wystraszyła pierwszoklasistki na tyle, że te odskoczyły od swojej ofiary. Sylwia ulotniła się natychmiast, nie zapominając jednak o nożyczkach. Tymczasem Dominika zrobiła kolejnych parę kroków w tył. Wysoka dziewczyna odgoniła obcięte na pazia platynowe włosy za uszy i przykucnęła nad Malwą.
    – Słyszysz mnie? – mówiła ze spokojem i pewnością co do słuszności swojego postępowania.
Sprawdziła, czy Malwa oddycha.
    – Pielęgniarka – poleciła Dominice. – Pomóż mi.
    Dominika pomogła pomimo nóg z waty.

    O dwie klasy starsza Agnieszka Stolarz górowała nad resztą szkoły wystającą ponad tłumy na korytarzach głową. Tak, wliczając chłopców. To w połączeniu z małomównością, mroczną estetyką i trzymaniem się na uboczu czyniło Agnieszkę cichym postrachem szkoły. A zwłaszcza teraz, gdy doprowadzono ją do mocnego stąpania ku dziewczynom niczym rozwścieczony gigant, tytan furii.

    – Atak paniki – oceniła szkolna higienistka po wysłuchaniu historii ocuconej Malwy. – Ja tu dużo nie zdziałam, twoi rodzice już wiedzą, że warto się wybrać do lekarza. Jeszcze wody?
    Malwa pokiwała powoli głową, odnosząc się tylko do ostatniej kwestii. Poza pragnieniem wszystko było jej obojętne. Pominęła nawet kwestię Sylwii i Dominiki. Już po dowiedzeniu się o sytuacji z wyjazdu integracyjnego przez pana Marcina usłyszała od Sylwii pogróżki w pakiecie z pouczeniem, iż jeśli ma się coś do kogoś, załatwia się to z tym kimś zamiast donoszenia, ty społku. Malwa odnosiła wrażenie, że nie ona zapoczątkowała rzeczone problemy, ale na wypadek zemsty w ciemnym zaułku po zmroku wolała milczeć. Nie miała też pojęcia, kto zniszczył jej spódnicę mimo silnych podejrzeń co do sprawczyń. Malwa popatrzyła na Agnieszkę, niesamowicie wysoką, milczącą dziewczynę, która sprowadziła ją do gabinetu.
    – Jeszcze raz dziękuję – powiedziała sucho mimo litrów wody.

    Agnieszkę widziała nieraz na korytarzach, za każdym razem bez towarzystwa. Ba, ludzie zdawali się od niej trzymać w bezpiecznej odległości. Wstyd przyznać, ale introwertyczna Malwa chyba załapała się na psychologię tłumu, która mocno do niej nie przemawiala. Zakończyła przemyślenia, zgrywając się ze słowami trzecioklasistki:
    – Żaden problem. Nie lubię, jak ludzie nie uważają.
    Malwa pominęła to dziwne podsumowanie milczeniem, mimo że odruchowo poczuła się główną gwiazdą tejże aluzji. Potem dziewczyny już nie rozmawiały, aż do wymiany cześć przy rozejściu się.

    Następnego dnia Sylwia nie pojawiła się w szkole. Dominika za to na lekcje dotarła, skrócona o wolę życia. Wedle obserwacji Malwy całe pozostałe siły koleżanka z klasy wkładała w ukrywanie się w tłumie i rozbiegany wzrok. Zupełnie, jakby to Sylwia wykreowała ją jako osobę, a kolejna konfrontacja z pozostałymi bohaterkami wczorajszej sytuacji miała stanowić koniec świata. Malwa również pozostała tego dnia na uboczu, ograniczając kontakt ze swoją paczką do minimum. Z Rafałem na czele.

    Na wczorajszym spotkaniu z lekarzem psychiatrą usłyszała, iż kolega jest jej winien wyjaśnienia i odbycie szkolenia z empatii. Malwa raczej wychodziła z założenia, że to jej należy się zapadnięcie pod ziemię, by zniknąć z pola widzenia Rafała i żeby ich kolejna czarująca wymiana zdań nie odbyła się najlepiej w ogóle. Jej przygoda ze świeżo wypisanymi lekami stanęła na przeczytaniu ulotki.

 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bardzo straszny sklep – część pierwsza

Metalowe Love: Popieprzony Piątek

Metalowe Love: Gorzej nie będzie. Eliksir samouwielbienia