Eskapistyczne jesienne spacery, czyli rok 2007 upomina się o mnie
Luźnym przemyśleniom i tym razem towarzyszy luźny rysunek – Akira i Lili, najlepsza najgorsza para, wagarująca na ławeczce w lesie. Na początku września oczywiście, jeszcze przed dołączeniem do trzeciej c Idy.
Wrzesień 2007. Ostatnia klasa gimnazjum. Widmo nadciągających kwietniowych egzaminów. Powrót do szkicowania w gładkim zeszycie lub notatniku, w zależności od tego, na co się trafi. Albo od nastroju. W zeszycie łatwiej ukryć niecne zamiary niesłuchania na lekcji. Minął wrzesień, a wraz z nim resztki letniej pogody. Chwilę po kalendarzowym początku jesieni rzeczywistość zaczęła przymierać niczym kolor poddany desaturacji w programie graficznym. Poranna mgła, lekcje, powrót po zmroku. Kod Lyoko w tle – czasem zerkanie, czasem słuchanie – i tworzenie kolejnych zarysów tego, co obecnie możecie przeczytać jako Wilczy Bilet. Ta historia o moich ówczesnych rówieśnikach powstała jeszcze w wakacje, odrywając od problemów. Została ze mną na dużo dłużej. Nie zliczę, ile zeszytów na lekcjach zapełniłam szkicami bohaterów. Dla szesnastoletniej mnie było to rodzące się opus magnum.
Wielki napędzany mangą i książkami świat w mojej głowie, w obronie przed docinkami na szkolnych korytarzach, przed ponurą szkolną codziennością. Potem okazało się, że nadszedł najlepszy czas mojego życia: wygrane w szkolnych konkursach plastycznych i literackich, wyróżnienie statuetkami - Gimnarami - w tych dwóch dziedzinach na zakończeniu roku szkolnego. Jesień zawsze napawa mnie nostalgią, przypominając powroty ze szkoły i zanurzenie się w świecie twórczości. Wtedy chciałam dorosnąć jak najszybciej i oczywiście zostać znaną twórczynią. Po jakże magicznej granicy – maturze – od razu tego pożałowałam. Ale o tym kiedy indziej.
Co roku wraz z zeschłymi liściami na chodniku powraca to poczucie zajebistości, rosnące wprost proporcjonalnie do skracającego się dnia. Lubię założyć czarny płaszczyk, ciężkie buty (przez lata przerobiłam ileś par glanów) i zanurzyć się w tłumie, nieobecna. Szlifować w głowie przygody moich postaci i zgadywać, jaki background mają te prawdziwe, mijane na ulicach. Snując w głowie te historie poza domem, czuję się, jakbym frunęła. Z możliwością prześwietlenia głowy każdej osoby, nad którą przelatuję. Dlatego często odwiedzałam i odwiedzam też centra handlowe, nieraz pełne nastolatków w alternatywnych stylówkach. Plus sto do inspiracji, zwłaszcza w kwestii tworzenia samych postaci. Chwała wam, alternatywki.
W domu przychodzi czas – w ilościach mniejszych czy większych – na wyrzucenie z siebie myśli. Na papier, do edytora tekstu, do programu graficznego. Staram się jednak całość procesu twórczego zamknąć w obrębie podróży autobusem, no chyba że to działania we wspomnianym programie. Wychodzę z założenia, że to w podróży mam możliwość spędzić czas jeden na jeden sama ze sobą. I nikt ani nic mnie nie wytrąci z transu. Tak sprzątanie, patrzę na ciebie. Z dużo milszych rzeczy mąż i koty same się nie wyprzytulają.
Życie się zmienia, a mój wielki plan stanowi pozostanie w szkole jak najdłużej. Jako osoba pobierająca naukę – do tytułu magistra jeszcze trochę. Jako nauczyciel – liczę, że jak najdłużej. Wśród tych wszystkich dzieciaków czuję się jak starsza siostra udzielająca rysunkowych protipów. Hej, byłam tam, gdzie wy teraz jesteście. Posłuchajcie moich porad, jak tu być i jak bawić się jak najlepiej. W poczuciu opuszczania miejsca zamieszkania celem wypełniania obowiązków jest coś magicznego. Jak dla mnie – zwłaszcza jesienią i zwłaszcza w szkole; kiedy wszystko się zaczyna i gdzie nadal ma się kontakt z dzieciakami. Inny rodzaj pracy – a doświadczyłam różnych jej odmian – nie utrzymuje tej nostalgii.
A kiedyś, zaczytana w ukochanej mandze Great Teacher Onizuka, zastanawiałam się, jak to by było pójść w ślady głównego bohatera i zostać taką alternatywną nauczycielką. No i cóż… jestem.
A Wam podoba się obecna moda na alternatywny wygląd? Jak nastroje jesienią?

Komentarze
Prześlij komentarz