Scyzoryk Mocy

Maja Baranowska-Karwacka


Redakcja i korekta: Anita Weidknecht


Content Warning: samookaleczanie

Scyzoryk Mocy



    Wiosna wydała na świat krocie wirujących w powietrzu i nosie pyłków. Beatrycze radowało, iż jako obywatelka zaświatów miała od alergii święty spokój.
    Wróciła myślami do swojej warty w warszawskim Metrze. Stacja Stare Bielany jaśniała sterylną czystością, z którą kontrastowały ludzie w głównie ciemnych płaszczach. Przemieszczali się szybciej lub wolniej, zależnie od zasobów czasowych i momentu życia, w którym się znajdowali. Nietrudno było odróżnić mieszkającego w okolicy ucznia od takiego, który mając szkołę tutaj, od metra rozpoczynał powrót do domu.

    Beatrycze
duch Metra była niewidoczna dla żywych. Zaletą takiego stanu rzeczy było pilnowanie porządku na stacji a zwłaszcza tej przydzielonej jej dzisiaj. Połączenie jasnej sterylnej szarości z elementami z jasnego drewna cieszyło wzrok i rodziło ciepło w serduszku. Rzecz smakowała jeszcze lepiej ze świadomością słonecznego dnia na zewnątrz. Strażniczka jeszcze takie pamiętała. Ziemski padół opuściła stosunkowo niedawno od jej śmierci minął ledwo rok. Obserwowanie pasażerów przyjemnie zapełniało czas i odrobinę oddalało myśli o pozostawionym na tym świecie chłopaku czy rodzinie.
    Nagle ze wspomnień wyrwał ją wrzask:
    – Inspekcja!
    Pani inspektor kończyła się na wysokości ramion dość wysokiej Beatrycze. Aparycja i ubiór wskazywały na późne gimnazjum. Sama strażniczka była dwudziestopięcioletnią gotką, ale styl ubioru pani inspektor
– różowy pluszowy płaszczyk i granatowa chusta w gwiazdki – nie przywoływały innych skojarzeń.
    – Dziewczyno, wystraszyłaś mnie
– westchnęła Beatrycze.
    Ach, dzieci. Wystarczyło przetrwanie szkolenia na wyższe stanowisko i pojawiała się ta komiczna powaga. Beatrycze z rozrzewnieniem przywołała myśl o swojej młodszej siostrze. Młoda – zupełnie jak Aneta – wydawała się zbita z tropu, kiedy kwestionowało się jej dojrzałość.
    – I-inspekcja elementów drewnianych! – wydukała.
    – Nie musisz powtarzać, słyszę – Beatrycze uśmiechnęła się ciepło. – Pierwszy dzień?
    Młoda spuściła nos na kwintę. Beatrycze uznała to za “tak”. Nastolatka musiała to zauważyć.
    – ...Drugi!
– krzyknęła, rozzłoszczona.
    Dziewczynka dość niegrzecznie przepchała się obok strażniczki i pospieszyła z kajecikiem i długopisem w stronę ściany, coś do siebie mrucząc.
    Beatrycze wzruszyła ramionami i powróciła do swoich obowiązków. Z rozczuleniem odprowadziła aż po schody grupkę alternatywek.
    Też kiedyś taka była. Z tym, że jest nadal. Dobrą stronę kopnięcia w kalendarz za ćwierćwiecza stanowił spokój od odzywek rodziny na temat stylu ubierania. Z tunelu wydobył się szum obwieszczający przyjazd pociągu. Beatrycze obserwowała bacznie, czy wszyscy pasażerowie wsiadają bezpiecznie.
    Po odjeździe machinalnie powiodła wzrokiem po opustoszałym peronie. Ze zdumieniem zaobserwowała zniknięcie dzieciaka od inspekcji. Dziwne.
    Zaniepokojona, szybkim krokiem oddaliła się z miejsca swojej warty. Pośrodku peronu natknęła się na portal w drewnie. Były one widoczne jedynie dla duchów Warszawskiego Metra.
    Co ten dzieciak narobił?
    Beatrycze pogrzebała w kieszeniach czarnego płaszczyka. Nie znalazła swojego scyzoryka. Strażniczce mignęła w głowie chwila, gdy tamta ją popchnęła.
    – Cwaniara – mruknęła do siebie.

    Reasumując, młoda nie miała uprawnień do kontroli wystroju stacji. Miała za to grubą sprawę do załatwienia w zaświatach.

    Beatrycze bez zastanowienia udała się w pogoń za gówniarą. Podróżując między portalami, czuła się jak wywracana na drugą stronę. Wycieczkę zakończyła w Lesie Młocińskim.
    Młodą spotkała zaskakująco szybko w pobliżu ogniska. "Pani inspektor" z wielką determinacją skubała coś w pniu drzewa. Beatrycze przyjrzała jej się z oddali. Po chwili postanowiła ją od razu opieprzyć.
    – Hej, złodziejaszku! – rzuciła, wynurzając się z zarośli. – Za świeża jesteś, żeby dostać swój własny scyzoryk.
    Młoda popatrzyła na nią. W jej spojrzeniu malowała się rozpacz.
    Strażniczka machinalnie się cofnęła. Równocześnie jej serce nadtopniało na widok szczenięcych oczu dziewczyny.
    – Co się dzieje? – zapytała.
    Nie ruszyła się z miejsca. Zagubione dziecko opuściło rękę ze scyzorykiem.
    – Nie chcę być duchem – powiedziała cicho.
    Beatrycze nie miała pojęcia, co na to odpowiedzieć. Chwyciła się pierwszej lepszej myśli.
    – Patrzenie na pozostałych przy życiu ludzi ma swoje wady.
    Wbrew jej obawom, młoda wyglądała na zrozumianą.
    – Lubię metro – ciągnęła dziewczyna. – Ale nie chcę nie móc powiedzieć "cześć" znajomym.
    Strażniczka skinieniem głowy zachęciła ją do kontynuowania.
    – Zginęłam kilka miesięcy temu, na tej stacji. Malowałam graffiti w tunelu. Kochałam graffiti.
    Beatrycze też zostawiła za sobą to, co kochała. Niemniej jej przypadek od przypadku młodej różniło to, co każdą z nich zabiło.
    Beatrycze – jako bogini Metra – nie pojawiała się na powierzchni. Gdyby jednak przyszło jej obserwować jezioro, w którym utonęła, też by się załamała.
    – Pierwszą inspekcję też miałam na tej stacji – rzekła młoda. – I mam dość. Chcę zostać częścią Starych Bielan. To ostatnie drzewo z rodziny tych ściętych i przeznaczonych na drewniane elementy stacji.
    To zdziwiło strażniczkę. Zostanie elementem wystroju gwarantowało śmierć na dobre. Młoda jednak cierpiała z powodu przedłużonego życia, w wersji okrojonej. Beatrycze nie była skłonna twierdzić, iż trafienie po śmierci do świata duchów-bóstw gwarantowało szczęście. Sama jednak nie narzekała, dostrzegając także dobre tegoż strony. A dzieciaka najwyraźniej do decyzji o dokończeniu dzieła śmierci przywiodło to, co w życiu pozagrobowym najgorsze.
– Twoja decyzja – wypowiedziała myśl na głos i z powrotem zanurkowała między drzewa. 


   
Cisza. Małolata najwyraźniej ją zignorowała.

    Strażniczka zaszła ją od tyłu, kiedy ta zbliżyła na koniec rytuału ostrze do nadgarstka, i wydarła jej scyzoryk. Nie miała zamiaru pouczać gówniary o kradzieży i odbieraniu sobie życia. Dlatego najzwyczajniej palnęła ją w pusty czerep, aż dzieciakowi spadła chusta z twarzy.
    
– Hej! – krzyknęła dziewczyna, usiłując odzyskać scyzoryk.
    Beatrycze rąbnęła ją po raz kolejny. Oburzona jej zdemoralizowaniem, pozwoliła płynąć z ust truizmom o powinności cieszenia się życiem, jakie by ono nie było. Aż było jej głupio, kiedy skończyła. Mimo to obie dziewczyny wiedziały, kto tu powinien się się wstydzić. Ich spojrzenia się spotkały.
    
– Masz przerąbane – odezwała się strażniczka.


  Zaiste, piętnastoletnią za życia Magdę czekała dyscyplinarka. Za igranie z zaświatami została skazana na degradację oraz zmianę rejonu na bagna w pobliżu podwarszawskiego Radzymina. Tam ludzi miała widywać rzadko, a ich śmierć – często. To miało ją oduczyć myślenia o własnej.

    Beatrycze, obecna na sali jako świadek, uśmiechnęła się do siebie. Cel osiągnięty. Młoda miała nigdy więcej nie zobaczyć warszawskiego metra, które pozostawiło w niej traumę.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bardzo straszny sklep – część pierwsza

Metalowe Love: Popieprzony Piątek

Metalowe Love: Gorzej nie będzie. Eliksir samouwielbienia