Abigail ucieka z domu


Content Warning: śmierć




Maja Baranowska-Karwacka
 
Redakcja i korekta: Anita Weidknecht



Abigail ucieka z domu




    Cmentarz. Najlepsze miejsce w galaktyce. Szkoda, że cmentarz nie mógł zostać galaktyką, a galaktyka cmentarzem. Abigail poniekąd ceniła oba. Zwłaszcza po tylu ucieczkach przed rozwścieczonym Pierre'm. Taa. Od dawna nie był dla niej ojcem. Zresztą była to również i jego teoria, którą przedstawił w porannej kłótni. Skromnym zdaniem Abigail był on co najwyżej jej spłodzicielem.
    
    Śmiała wręcz twierdzić, że plotki się nie mylą. Doskonale pamiętała jego wszystkie stałe kwestie, w zasadzie żywcem wyjęte z tak zwanej sekty rodziców, o której mówiło się jedynie w żartach. Taki bałagan, że tylko nasrać na środku. Jak się nie zgadzasz, to wypierdalaj. Nie jedz, bo dupa rośnie. No i super. Kochany Panie Pierre! Żryj gówno z samego środka wytapetowanego rybkami pomieszczenia, ponoć mojego pokoju. Następnie wypierdalaj. I ciesz się, że nie rozwaliłeś sobie przy tym starego ryja o moją wielką dupę...

    Przytłoczona przetrawianiem kolejnej kłótni, Abigail chwyciła wielką walizkę i spakowała najczarniejsze ciuchy. Spośród nich wygrzebała uroczą minikieckę i ażurowe rajstopy. Po przebraniu się cisnęła swój stary strój przykładnej panny na wydaniu w kominek. Nie trafiła. Wzruszyła ramionami i wzięła pod pachę klatkę ze swoją kawią Davidem. Potem zamknęła drzwi na klucz, wyszła i nie wróciła. Na zawsze opuściła Sklep Pierre’a, vel Dom Pierre'a, Caroline i Abigail, alias Świątynię Yoby. Tu i teraz. Tej jesiennej nocy, poprzedzającej jej urodziny. Miała na celu odnalezienie szczęścia i całej reszty. Abigail rzadko stosowała bluzgi. Teraz prawdopodobnie je przedawkowała. Cała roczna dawka. Abigail zachichotała. Ale z niej ćpunka!
    
    Zwolniła na widok cmentarza i posłała ulubionemu nagrobkowi ciepły uśmiech. Zamyśliła się. Cmentarz. W przypadku Pelikanowa oznaczało to… trzy nagrobki na krzyż? Czasem rozważała wypad na cmentarzysko w Zuzu, zagłębie katakumb. Podobno spoczywali tam najbardziej zasłużeni pracownicy Wielkiej Firmy na "J". Jedyną przeszkodę stanowił autobus bez kierowcy. No i się nie dziwiła. Sama poprowadziłaby lepiej niż nadużywająca alkoholu Pam.
    I tak to właśnie jest, Seb wybełkotała Abigail po którymś z kolei browarze.
    Sebastian dotychczas patrzył jej w oczy jak typowy rozmówca. Zdawał się słuchać ze zrozumieniem. Wyglądał także na steranego życiem, biorąc pod uwagę cienie pod oczami. Choć w jego przypadku nie była to nowość. Takie życie oddającego się prokrastynacji programisty. Kumpel popatrzył w bok, jakby speszony. Prosto w zbitą ze starych klepek ścianę Pubu Stardrop.


    
Cholera, Abby... powiedział chłopak do dziury w desce. Już wiem, czemu nie pijesz ze mną i Samem.
    Abigail na chwilę magicznie odzyskała trzeźwość.
    Bo urodziny mam za godzinę?
Sebastian westchnął. No tak, dwadzieścia jeden lat. Abby niedawno skończyła policealne studium plastyczne.
     Abbs… co ty właściwie chcesz robić w życiu?
Abigail wydęła policzki, nadąsana. Nie cierpiała tematu przyszłości. Żyła teraźniejszością, czytaj wędrówkami w góry i grą na flecie. Patrzeniem, jak jej melodia unosi się nad jeziorem. I być może porusza nieco wodę, tak jak podszeptywała Abby wyobraźnia. 

    W pewnej chwili dziewczyna i chłopak poczuli, jak pochłania ich woń pomarańczy i mocnego potu. Abigail na wielkim rauszu nawet nie spojrzała za siebie. Za to Sebastian niemal spadł z krzesła na widok Gusa. I słusznie. Wszak został oficjalnie przyłapany na rozpijaniu małoletnich.
    
    Gus niecierpliwie tupnął. Ramiona skrzyżował na piersi. Całokształtem przywodził na myśl postać z kreskówki.
     Jakieś wyjaśnienia? rzucił niezadowolny na powitanie.
    Mimo, że do zamknięcia zostało dziesięć minut, a oni rzucili "hej", wchodząc godzinę temu do środka, Sebastian poczuł, jak kurczy się pod ciężarem wzroku barmana. No i racja, bo sprzedawanie alkoholu to wielka odpowiedzialność. Sebastian wiedział, że to on spieprzył sprawę.
     Lecimy bąknął i złapał Abigail za kołnierz ramoneski.
    Wystrzelili z gnijącej chatki w deszczową noc. Sebastian daleko Abigail nie pociągnął. Dziewczyna padła na twarz pół metra od samego wejścia. Sebastian jęknął ku niebiosom, zupełnie jakby sam Yoba ciskał w nich gromy pecha. Jednym, acz niezgrabnym ruchem odkleił kumpelkę od chodnika, po czym zgarnął na barki. I pobiegł przed siebie. Słyszał ciężkie kroki Gusa za sobą. Sebastian pędził, oślepiany deszczem i resztkami własnego makijażu. We wspomnieniach chłopaka kondycja była mglistym pojęciem z lat lekcji wf-u, na których przeważnie cały jego ruch stanowiło unikanie piłki. I nie tylko na samym zbijaku. Dlatego zwyczajnie zatrzymał się przy Świetlicy Wiejskiej. Obrzydliwie cuchnąca chata-zombie, jeszcze gorsza od poczciwego Pubu. Nic, tylko potraktować walcem. Mimo to Sebastian wiedział, że Gus lubi postawić na swoim. Dlatego cicho wślizgnął się do ciemnego, wilgotnego środka. Wraz ze swoim pierwszym krokiem po przekroczeniu progu, wzdrygnął się na mlaśnięcie, które wydała podłoga. Czy to była jeszcze podłoga?
    
    Abigail z braku czegokolwiek do siedzenia położył na ziemi. Potrzebował chwili na wymyślenie planu. Jakiegokolwiek. Nawet najgorszego. Położył się obok dziewczyny. 

    Dobre pięć minut śledził wzrokiem pająka kreślącego ósemki na dziurawym suficie. Potem powoli przeniósł wzrok na posągowo bladą twarz Abigail. Zestawienie twarzy koleżanki ze statuą nie było przypadkowe. Również pod względem żywotności podobieństwo raziło w oczy. Zwłaszcza, że dotąd Abby cechował optymizm i radość życia. Dlatego Sebastian jak bardzo się nie wstydził popatrzył na jej cycki. Ruszały się wraz z każdym oddechem. Dłuższą chwilę upewniał się, że nie zamkną go za doprowadzenie koleżanki do zapicia się na śmierć. Jeśli tylko popłynie najtańszym promem na Wyspę Imbir… Po ile były bilety…? Zastanawiał się, czy Linus ma jakiekolwiek oszczędności albo czy ktoś w okolicy potrzebuje namiotu i ile jest wart namiot Linusa. Od gorączkowych rozmyślań oderwał go ruch na klatce piersiowej Abigail.
    Abby...! zawisł z nosem trzy milimetry nad jej twarzą.
Pragnął porwać dziewczynę w tę zapowiadającą się podróż bez powrotu. Zwłaszcza, że młoda nawiała z lepkiej od zapleśniałych warzyw i korupcji groty Pierre'a. Może dlatego znienawidziła plony ziemi? Wyjątkiem były dynie, jednak Abby wolała w nich rzeźbić, niż je spożywać. Sebastian zaopiekowałby się Abigail. Nauczyłby ją żywić się kąskami ze śmietników - pizzą i Joja Colą. Tak jak Sam, którego równie gorąco chciał zabrać z tej dziury. Tyle, że Samowi zbyt często zdarzało się zawieszać oko na miejscowej korepetytorce, żeby to wypaliło. Być może miał plany wobec Penny. Sebastian dobrze o tym wiedział. W końcu i on czuł się dziwnie, gdy patrzył na Abby. Teraz nawet niezręcznie. Aż czuł gęstniejące powietrze. Zamarł. Subtelnie dusząca woń zataczała drobne kręgi, świdrując nieznośnie jego nozdrza. Nie miał pojęcia, jak jego węch, mocno na wykończeniu dzięki odwzajemnionej miłości do nikotyny, w ogóle to rejestrował. O, Yobo.
    
    Klepnął kumpelę w jeden i drugi kredowobiały policzek, mimo że nie było to szczytem dżentelmeństwa. Abigail to potwierdziła, prawie rozrywając mu twarz plaskaczem. Zszokowany Sebastian wypuścił powietrze i złapał przyjaciółkę za nadgarstek.
     Lecimy…! syknął i pociągnął ją w duszące trupim odorem ciemności.
     Co…?! oburzyła się Abby i zrobiła unik przed spadającą deską.
    Wyglądała na cudownie otrzeźwiałą. Niezbadane były wyroki Yoby.
    Przynajmniej nie muszę cię już dźwigać odwarknął jej Seb.
    Załomotało. Dwójkę okrasiła smuga miękkiego światła. A potem dla konrastu wszystko stanęło w ciemnościach. Ostatnim, co zapamiętali przed urwaniem się filmu, była mocna woń przypraw i kiepskiego dezodorantu.
     Już ja was okraszę usłyszeli zniekształcony głos Gusa.
    Nastąpiła kontynuacja urwanego filmu. Potem Gus włączył światło.
    Abigail zobaczyła, co tam Gus sobie ukrasił. Na stole stał półmisek tak wielki, że żadne "pół" mu nie pasowało. Zawierał poćwiartowanego Sebastiana w galarecie na zimno. Abigail otworzyła usta, ale nie zwymiotowała. Gus podsunął jej czarny zwitek… czegoś.
    To jego włosy. Bardzo lubisz jego włosy powiedział ciepło. Wiem o tym. Zawsze go czochrałaś.
    Abigail trwała w stuporze, z odbijającym się między ściankami jej umysłu śladem pytania o sens ucieczki.
     No masz. Specjalnie dla ciebie zostawiłem nalegał Gus.
     D-dzięki.
    Abigail jednak nie przyjęła relikwii po swoim byłym niedoszłym. I zaczęła spierdalać. Za nią łomotały ciężkie i szybkie kroki wiejskiego barmana. Łup! ...łup! ...łup! Dziewczyna wystrzeliła przez drzwi nieumarłego Stardropa, pozostawiając w nich dziurę odzwierciedlającą jej sylwetkę jeden do jednego. Pędziła, potykając się i szukając po kieszeniach miecza. No i zdała sobie sprawę, że miecz skonfiskował po ostatnim starciu Pierre. W tym samym momencie okazało się, że stoi pod drzwiami swojego domu rodzinnego. Histerycznie szarpnęła klamką. No tak, przecież sama zamykała drzwi!
    TATOOOOO!!! zawyła, łomocząc w drzwi.
    Wtedy ziemie zadrżały, a wszyscy mieszkańcy Pelikanowa wychynęli ze swoich domostw. Z nieba popłynęła światłość, a wraz z nią chóry anielskie. Jasność oświetliła wejście do sklepu Pierre'a, w środy zawsze zamknięte.
    
    Wzruszonym objawieniem wieśniakom przewodził Pierre, który właśnie wypłynął zza otwartych drzwi. Wokół jego głowy jaśniała aureola.
     Idziesz do roboty i płacisz za szybę, gówniaro wycedził tatko Abby.
    I wszystko zgasło. Światełko z niebios wróciło tam, skąd przybyło. Podburzony tłum pelikanianów ruszył na Gusa, który już w drugą stronę nie pędził tak szybko, jak w pogoni za Abigail.


*


    Z Gusa nie zostało nic. Zniknął w trzewiach mieszkańców przy akompaniamencie biesiadnych przebojów spod skrzypiec Elliotta. Miasteczko świętowało aż do rana. Abigail nie zjadła ani kęsa.
     Jak nie Abby! żartowała Caroline, jej tak zwana matka. Ona to tylko batoników z domu nie zapomina. No ja nie wiem, co się z nią dzieje. No co ty, pannico, zakochana jesteś?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bardzo straszny sklep – część pierwsza

Metalowe Love: Popieprzony Piątek

Metalowe Love: Gorzej nie będzie. Eliksir samouwielbienia